Małe dzieci, wielki krzyż

Małe dzieci, wielki krzyż

To zadziwiające – od niemal dwóch tysięcy lat żyjemy w cywilizacji chrześcijańskiej, której „aktem założycielskim” była śmierć Jezusa na krzyżu, a przecież większość ludzi na świecie, w tym także chrześcijan, nie wie, jak naprawdę umarł Chrystus. Płótna wielkich mistrzów czy też filmy fabularne ukazują ukrzyżowanie w sposób statyczny: Jezus wisi nieruchomo, od czasu do czasu jedynie obracając głowę lub wznosząc oczy ku niebu.

Tymczasem Chrystus nie wisiał wcale tak majestatycznie. Przebite w przegubach dłonie i rozpięte na poprzecznej belce ciało skazańca ciążyło w dół. Ciążyło tak mocno, że ukrzyżowany nie mógł oddychać. Chcąc złapać choć haust powietrza, musiał więc podciągnąć się do góry. Żeby się nie udusić, podciągał się na przebitych rękach, opierając jednocześnie cały ciężar ciała na przebitych stopach i ocierając poranionymi, zakrwawionymi plecami o nieheblowaną belkę krzyża. Toczył walkę o każdy łyk powietrza. Każde podciągnięcie się na rękach i oparcie na nogach oznaczało bowiem pogłębianie się i rozrywanie ran. Każdy oddech, który przedłużał życie o kolejne sekundy, przyprawiał zarazem o taki ból, że ukrzyżowany opadał wycieńczony z powrotem i wydawało się, że jego cierpienie jest tak wielkie, że zrezygnuje z oddychania i więcej się nie podniesie. Jednak gdy zaczynał się dusić, znów podejmował kolejną próbę zaczerpnięcia powietrza, okupioną kolejnym atakiem bólu.

Zazwyczaj, by skrócić męki skazańców, gruchotano im golenie. Wówczas nie mogli się dłużej podciągać, by łapać powietrze – i szybko się dusili. Chrystusowi nie połamano goleni – musiał się długo męczyć. Dopiero rzymski żołnierz skrócił cierpienia Jezusa i przebił Mu włócznią bok.

Scena ukrzyżowania nie była więc tak hieratyczna, jak się ją zazwyczaj przedstawia. Była dynamiczna, gdyż toczyła się w niej walka o życie – konwulsyjna szamotanina o każdy oddech. Nie było w niej wyobrażonego na obrazach czy w filmach dostojeństwa i majestatu umierania. Nie na darmo prorok Izajasz, wieszcząc śmierć „pokornego Sługi Jahwe”, mówił, że „nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał”, że był „jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, że mieliśmy Go za nic”. Rzeczywiście było w tej scenie coś tak odpychającego, że ludzie odwracali twarze. Śmierć Chrystusa nie była śmiercią tytanicznego herosa, przypominała raczej kaźń zwierzęcia. Tak też było: Stworzyciel wszechświata przyjął na siebie rolę zwierzęcia, stając się ofiarą przebłagalną, zastępując zarzynane do tej pory na ołtarzach woły i barany.

Dopiero w tym kontekście staje się zrozumiałe, dlaczego Chrystus nie wygłosił z wysokości krzyża mowy pożegnalnej będącej swoistym testamentem duchowym. Niektórzy egzegeci, zastanawiając się nad tym, że Jezus wypowiedział na krzyżu tylko siedem zdań, uważali, iż musiał On starannie ważyć każde słowo. Tymczasem każde słowo kosztowało Go ból, każde przeszło przez krew, każde było wydarte śmierci. Jezus wcale nie powiedział mało na krzyżu – powiedział bardzo dużo.

O cierpieniu Chrystusa rozmyślałem wiele, gdy realizowałem film o nieuleczalnie chorych dzieciach z warszawskiego hospicjum. Jeden z moich rozmówców chorował na postępujący zanik mięśni i w pewnym momencie stracił zdolność oddychania. Żył dzięki specjalnemu urządzeniu, które miarowo, co kilka sekund, uciskając przeponę, wypychało mu powietrze z płuc.

Żadne z dzieci, z którymi rozmawiałem, nie skarżyło się na swój los. Kiedy z nimi przebywałem, przypomniały mi się słowa z Ewangelii św. Jana, kiedy Jezus spotkał człowieka niewidomego od urodzenia. „Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: »Kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?«. Jezus odpowiedział: »Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże«”.

W towarzystwie chorych dzieci i ich rodzin nie opuszczało mnie wrażenie, że „objawiają się na nich sprawy Boże”. Te sprawy to przyjmowanie daru życia, uczynki miłości, zgoda na wolę Bożą we własnym życiu. Zrozumiałem wtedy, co znaczą słowa, że przeznaczeniem człowieka jest żyć na chwałę Boga. Nie każdy może tworzyć, nie każdy może mieć dzieci, nie każdy może podróżować, nie każdy może robić tysiące innych rzeczy – ale każdy i w każdej sytuacji może w swoim ciele oddawać chwałę Bogu. Nawet ktoś przykuty do łóżka, którego życie może się wydać innym bezwartościowe.

Mój rosyjski znajomy, od niedawna ksiądz, Jakow Krotow, powiedział mi kilka lat temu, kiedy zastanawialiśmy się nad problemem cierpienia: „To wszystko jest nie za coś, ale po coś, dlatego, że w chwili, kiedy leżysz sparaliżowany na łóżku i nie możesz ruszyć nawet ręką, zaczynasz się liczyć jako osoba. Do życia wiecznego przejdziemy bez legitymacji partyjnych, bez komputerów, bez telewizorów, lecz nadzy, tak jak na ten świat przyszliśmy. Dlatego tak ważne jest to, co się dzieje z nami w momencie, kiedy nic już nie możemy uczynić na tym świecie. Człowiek sparaliżowany ma niepowtarzalną okazję, by doskonalić się jako osoba, gdyż inne drogi doskonalenia się zostały przed nim zamknięte”.

Jedna z pielęgniarek w hospicjum wyznała szczerze, że to nie ona pomaga swoim pacjentom, lecz to oni pomagają jej – pozwalają bowiem zobaczyć, co jest naprawdę w życiu ważne. Nigdy, obcując z nikim, nie odczułem tak wyraźnie prawdy, że „nosimy nieustannie w ciele naszym konanie Jezusa”, jak właśnie stykając się z owymi dziećmi. Być może dzięki nim świat jeszcze istnieje. Święta siostra Faustyna zapisała w swoim Dzienniczku: „Widzę dusze czyste i niewinne, na które Bóg wywiera swą sprawiedliwość, i dusze te są ofiarami, które podtrzymują świat i uzupełniają to, co nie dostawało męce Jezusa; takich dusz jest niewiele. Cieszę się niezmiernie, że mi Bóg pozwolił poznać takie dusze”.

Cieszę się niezmiernie, że Bóg pozwolił mi poznać owe dzieci z hospicjum, które każdego dnia dziękują Mu za swoją chorobę.

Małe dzieci, wielki krzyż
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów.W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...