Mały przewodnik po zmaganiach wiary

Mały przewodnik po zmaganiach wiary

Dobra walka to zawody o wiarę. Ona wygląda inaczej niż ta, która przychodzi nam na myśl, gdy mówimy o walce. Nie ma nic wspólnego z przemocą, agresją, wysiłkiem czy ambicjami. Nie chodzi bowiem o zwyciężenie Boga, ale o to, aby pozwolić się zwyciężyć Jemu.

„Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka?” (Hi 7,1). Wszyscy w taki czy inny sposób tego doświadczamy. W sobie i wokół napotykamy coś, co zmusza nas stawiania temu czoła, do walki. Zwykle reagujemy na tę konieczność jak na jakąś ciemną stronę życia, coś, czego powinniśmy unikać, aby w spokoju móc wieść żywot na tej ziemi. A jednak wielokrotnie w niedostatku i kłótniach walczymy na śmierć i życie w interesie własnym i innych.

Istnieje jednak także dobra walka, do której musimy przystępować, aby osiągnąć pełnię życia. Jakub otrzymał swoje prawdziwe imię, stał się tym, kim miał się stać, dopiero gdy w trudzie wywalczył sobie błogosławieństwo Boga. Nie dotrzemy do rdzenia naszej własnej istoty, jeśli nie przystąpimy do walki, ponieważ tak bardzo zostaliśmy wyobcowani z siebie samych. Bramy wiodącej do naszego wewnętrznego raju strzeże „miecz z połyskującym ostrzem” (Rdz 3,24). Tylko ten, kto odważy się rozpocząć walkę z własnym odwrotem od Boga, ma szansę tę bramę przekroczyć.

Walczymy z Bogiem

Biblia uczy nas między innymi tego, że wszystko, co czynimy i czego doświadczamy, ma odniesienie do Boga. Nic się nie dzieje poza Nim, On jest we wszystkim. „Walczyłeś z Bogiem” – rzecze tajemniczy mąż do Jakuba. A Ozeasz poświadcza: „[…] w pełni sił będąc, walczył nawet z Bogiem” (Oz 12,4). To, że człowiek jest zaproszony do stoczenia miłosnego pojedynku z Bogiem, a Bóg traktuje go w nim jako równorzędnego partnera, a nawet pozwala mu „zwyciężać”, pokazuje, iż uczynił nas „istotami niemal boskimi”. Bóg spotyka się z człowiekiem, obdarzając go nieskończonym szacunkiem, nie pragnie niczego innego, jak zawrzeć z nim przymierze; nasza walka nigdy nie rozgrywa się w samotności.

W Biblii wszystko służy nam za „przykład” (allegoria – 1 Kor 10,6). Bóg nie staje do walki z Ezawem, lecz z Jakubem, tym najbardziej umiłowanym. Od początku jest jasne, że historia życia Jakuba toczy się pod znakiem miłości. Był wybrany, jeszcze zanim się narodził: „starszy będzie sługą młodszego” (Rdz 25,23). To on wywalczy dla siebie błogosławieństwo swego ojca Izaaka; a że posłuży się przy tym kłamstwem, tym ani Pismo, ani ojcowie Kościoła wcale się nie martwią. Non est mendacium sed misterium – to nie jest kłamstwo, to tajemnica – skomentuje św. Augustyn, najprawdopodobniej ze swoistym błyskiem w oku. „[…] wszystkie plemiona ziemi otrzymają błogosławieństwo przez ciebie i przez twych potomkówmówi Bóg do Jakuba. – Ja jestem z tobą i będę cię strzegł, gdziekolwiek się udasz” (Rdz 28,14–15). Wzbogacił się pracą u Labana, ponieważ „Bóg jego ojca był z nim” (por. Rdz 31,5). Kiedy wróci do Betel, ponownie będzie pobłogosławiony przez Boga. „Niech powstanie z ciebie naród i wiele narodów, niech królowie wyjdą z twych bioder” (Rdz 35,11). Dla św. Pawła to Boże umiłowanie Jakuba jest przekonującym dowodem na to, że Bóg swoją suwerenną wolnością powołuje tych, których chce: „[…] niewzruszone pozostało postanowienie Boże, powzięte na zasadzie wolnego wyboru, [zależne] nie od uczynków, ale od woli powołującego” (Rz 9,11–12).

Bóg walczy z tymi, których najbardziej miłuje. W nowym przymierzu każdy uczeń Jezusa jest tym najbardziej umiłowanym. Jan, najukochańszy uczeń, wkracza w sferę anonimowości i staje się „uczniem, którego Jezus miłował”, aby wszyscy zrozumieli, że przywilej bycia szczególnym przyjacielem przysługuje teraz każdemu z Jego uczniów. Walka staje się znakiem tego, że zostaliśmy wybrani przez Boga. Gdyby nas w sposób szczególny nie miłował, nie interesowałby się tym, czy „zwyciężymy”, czy nie, a tym samym żadna walka by nie nastąpiła. Wówczas moglibyśmy jeść i pić, i się radować (zob. Koh 9,7 ) – i już nic poza tym.

Bezsensowna walka

Z Bogiem możemy walczyć na dwa sposoby. Możemy walczyć przeciwko Niemu albo o Niego. Walka przeciw Bogu, walka z Nim jest walką bez sensu. Po co wszak walczyć z kimś, kto jest silniejszy? Według Ozeasza, któremu w tym aspekcie przeciwstawia się większość ojców Kościoła i niemal cała tradycja duchowa, walka Jakuba była walką z Bogiem. Uważa, że lud Izraela w swoim buncie wobec Niego idzie za niechlubnym przykładem swoich przodków, prowadząc zażartą walkę z Bogiem: „Pan wiedzie spór z Judą, ukarze postępki Jakuba i odpłaci za jego uczynki. Już w łonie matki oszukał on brata, a w pełni sił będąc, walczył nawet z Bogiem” (Oz 12,3–4).

Współczesna walka z Bogiem to nie jest przede wszystkim wojujący ateizm; raczej skrywa się ona za konsekwentnie postępującym sekularyzmem, zarówno w sferze życia społecznego, jak i prywatnego. Stwarzamy iluzję, że sami wszystkiemu podołamy i że życie dzierżymy we własnych rękach. Nic tak nie zakłóca naszej prawdziwej tożsamości jak wiara w to, że jesteśmy istotami autonomicznymi, mającymi prawo wszystkim kierować – od zaistnienia życia poczynając, a na jego kresie kończąc.

Rzecz jasna, w dużej mierze możemy kontrolować świat fizyczny i w wielu dziedzinach kierować rozwojem życia, co samo w sobie nie jest niczym złym, dopóki jest podporządkowane normom moralnym, które zaszczepił w nas Stwórca. Jednak oprócz wszelkich mechanizmów fizycznych i psychicznych, którymi potrafimy manipulować, istnieje w nas obszar absolutnie nieprzezwyciężalny. Poza fizycznym i psychicznym istnieniem jesteśmy istotami religijnymi pozostającymi w absolutnej relacji do Boga. Zaprzeczanie tej stronie naszego istnienia jest walką w najwyższym stopniu bezsensowną.

Człowiek spycha życie Boże, a niekiedy nawet i sumienie, tak głęboko, że nie stanowią już one dla niego niemal żadnego zagrożenia. Ten proces tłumienia jest tak przemożny, a samoobrona tak intensywna, że Bóg nie ma żadnej szansy, by wejść. Wydaje się, jakby człowiek „usypiał” Boga, jednak w rzeczywistości sam zostaje uśpiony.

Na sztucznie wykreowanej drodze musi przyjmować pozycję obronną. Dba, by wszystko możliwie najlepiej zagrało, albo wypełnia czas zabieganiem o to, aby tak się działo. Może się wydawać, że takie życie jest bardzo wygodne, bo nie troszczymy się o nic więcej poza tym, aby wszystko nam pasowało. Lecz jeśli spojrzymy nieco głębiej, to odsłania się cała tragedia – bezużytecznie się wysilając, tracimy mnóstwo energii, co w rezultacie nie może nam dać żadnej namacalnej i trwałej korzyści.

Przy swoim ogromnym szacunku dla człowieka Bóg przyzwala na to, aby tak się działo. Możemy trwonić nasze siły w bezsensownej walce. Możemy się pławić w przyjemnościach i oddawać się batalii o to, by wciąż mieć się lepiej i przyjemniej. Bóg czeka cierpliwie, aż świat naszych iluzji pewnego pięknego dnia runie. To może być krach finansowy, choroba, utrata kogoś ukochanego; coś, co pozwoli nam dostrzec, że życie to jeszcze inny świat niż ten, na którym dotychczas zasadzało się nasze bezpieczeństwo. Tak stopniowo otwierają się nam oczy na inną rzeczywistość.

Bóg jednak niekoniecznie musi nas przebudzać za pośrednictwem tak dramatycznych zewnętrznych okoliczności. Nieraz – a może nawet tak dzieje się najczęściej – człowiek zwyczajnie doznaje w sobie poczucia pustki: „Po co właściwie to wszystko? Jaki sens dalej to ciągnąć?”.

Często odpychamy tego rodzaju uczucia, szukając jakiejś zewnętrznej stymulacji. Może nią być jedzenie, kontakty społeczne, przeróżne doznania (wywoływane przez muzykę, film itp.). Gdybyśmy jednak mieli odwagę wyjść naprzeciw pustce, wejść w nią i się w nią wsłuchać, dalibyśmy Bogu szansę, by delikatnie rozbudził w nas przeczucie, że oto życie musi być jeszcze czymś więcej. To nasza najbardziej fundamentalna potrzeba. „Nad wszystkimi masz litość, bo wszystko w Twej mocy, i oczy zamykasz na grzechy ludzi, by się nawrócili” (Mdr 11,23).

Spotkać swój lęk

Jakuba ogarnął lęk przed spotkaniem z Ezawem, a to się stało początkiem walki, która przyniosła mu błogosławieństwo (Rdz 32,7). Życie bez Boga pełne jest lęku, choćbyśmy na wszelkie możliwe sposoby przekonywali samych siebie (jakaż bezowocna walka!), że wszystko jest w porządku i sami damy sobie radę. I choć ze wszystkich sił będziemy usiłowali stłumić lęk, on i tak da nam o sobie znać, gdy nagle zobaczymy, że życie nam ucieka, a my nie robimy tego, na czym tak bardzo nam zależy. Gdy dręczy nas sumienie i przypominamy sobie nasze niewierności, ogarnia nas również pełen udręki niepokój. Może nie wyszliśmy naprzeciw komuś, kto nas potrzebował, albo szukaliśmy własnej korzyści kosztem innych. W takich chwilach mamy uczucie, że strach ściska nam gardło. Właściwie nie potrafimy już zupełnie się odprężyć. Owa, może w pewnym stopniu nieświadoma bezradność, jest owocem tego, że nie mamy odwagi stanąć oko w oko z prawdą. Jednak lęk i bezradność mogą być potencjałem – w takiej sytuacji faktycznie możemy wybierać.

Możemy wybrać wiarę w to, że w ostateczności prawda służy naszemu dobru. Tak, faktycznie to my sami decydujemy o tym, czy chcemy uciec od poczucia pustki i lęku, czy chcemy odważyć się na konfrontację z nimi. Nie zawsze możemy wybrać to, co zrobimy lub czemu podołamy, ale możemy wybrać to, czego chcemy.

Również to my sami decydujemy o tym, czy chcemy trwać w tym chceniu czy nie, nawet jeśli doznaliśmy porażki. Trwała wola jest czymś, co od nas zależy. Nie jest wynikiem woli, ale wolą jako taką. Trwanie w woli i nieuciekanie od lęku i pustki ma znaczące następstwa. Nie daje natychmiastowych rezultatów, ale jak kropla z wolna drąży skałę.

Dobra wola to prosta droga do Boga. Często opowiadamy o osobach mających silną wolę, które umieją wykonać większość tego, co sobie postanowią. Jednak tak właściwie to przede wszystkim tutaj nie wola ma znaczenie, ale raczej zdolność stawiania sobie wymagań. Aby wytrwać w dobrej woli, nie musimy być silni, musimy tylko tego chcieć. Dobra wola staje się świetnym wewnętrznym poruszeniem zaufania i nadziei. Tworzy w naszym lęku niewielką szczelinę otwartą na Kogoś, kto – jak wierzymy – dźwiga wszystko; otwartą na Tego, kto nas schwyci, kiedy będziemy spadać w otchłań.

Mamy mnóstwo oporów, by dopuścić do takiego maleńkiego otwarcia. Zbieramy siły po to, by zamknąć się w sobie, by się poddać; po to, by już nie chcieć i nie próbować. Zaczynamy się nad sobą litować albo usiłujemy z niewiarygodną niezłomnością tłumić lęk. Zarówno jedno, jak i drugie zamyka nas w sobie i odgradza od głębi.

Subtelne wewnętrzne poruszenie, które otwiera, to pierwsza kapitulacja. Akceptujemy konfrontację z Bogiem, bycie wobec Niego twarzą w twarz. Dopuszczamy, by źródło odsunęło nasz „właz”.

I oto teraz walka zmienia swój charakter. Z walki z Bogiem przeradza się w walkę o Boga. Bezsensowny bój staje się walką dobrą i owocną.

Dobra walka

Święty Paweł mówi, że wystąpił w dobrych zawodach (zob. 2 Tm 4,7). Przede wszystkim ma na myśli trudną walkę, którą podjął, by głosić Ewangelię coraz większej grupie ludzi. Tutaj natomiast chodzi przede wszystkim o szerzenie Ewangelii również w naszym wnętrzu i o prowadzenie świętej wojny z zakorzenionym w nas egoizmem. Do tego przynależy wszystko, co tradycja duchowa zawarła w słowie „asceza”. Chodzi o to, by nieustannie wybierać Boga, a nie siebie, ogniskować wszystkie swoje siły i możliwości na Nim. Teraz rządzi hasło: „Szukać Boga!”.

To poszukiwanie dokonuje się w sposób szczególny na modlitwie. Jest ona walką Jakubową par excellence. Jakąż walkę podjął Abraham na modlitwie z Bogiem, aby uratować Sodomę i Gomorę (zob. Rdz 18,23–32)! I jakąż walkę Jezus stoczył na modlitwie z Ojcem, kiedy miała nadejść Jego godzina!

Dla nas podstawową walką w tym kontekście będzie prawdopodobnie to, żeby w ogóle przestrzegać czasu przeznaczonego na modlitwę. Wiele może kosztować opieranie się chęci odejścia i porzucenia modlitwy i zajęcia się czymś, co przyniesie nam natychmiastowy rezultat.

Liczni autorzy duchowi również modlitwę ukazywali jako walkę, w której człowiek usiłuje posiąść Boga, ale napotyka opór z Jego strony. Innym razem wydaje się, że Bóg ulega ludzkiemu pragnieniu i pozwala się zwyciężyć. Jednak chwilę później się wycofuje i zostawia człowieka samego. W ten sposób żłobi nowe głębie w jego pragnieniu i pozwala mu pragnąć z głębszych poziomów jego istoty. Przywołuje go do domu.

Gdybyśmy tylko zechcieli być przywoływani przez Boga! Niestety, często opacznie rozumiemy Jego sposób działania, gdy próbuje nas przyciągnąć do siebie. „Wszystko jest łaską” – mówiła św. Teresa z Lisieux (1873–1897), a później dodawała: „trzeba jedynie we wszystkim widzieć działanie Jezusa”. Takim stwierdzeniom wiele możemy zarzucić. Uważamy, że trzeba być realistą i mieć choć odrobinę zdrowego rozsądku, by biorąc sprawy na zdrowy ludzki rozum, zobaczyć, jak wiele przeczy obecności Boga we wszystkim.

Człowiek rozmodlony, który zwraca się do Boga w duchu i w prawdzie, zyskuje z czasem nowy wymiar dla swego rozumu. Niepojęte misterium, jakiego wiara uczy nas o Bogu, który w suwerenny sposób wykorzystuje wszystko dla swoich zamiarów, staje się tak bardzo realne, że ogarnia wszystko. To dopiero w misterium człowiek wkracza do swego domu. Gdyby tylko zechciał tam dojść, gdyby miał odwagę wejść w proces wyzwalania i zrzucił wszelkie krępujące go więzy. Przede wszystkim te zmysłowe. Jan od Krzyża nazywa ten proces nocą zmysłów. Ona znów jest swoistą kapitulacją: zaakceptowaniem tego, że Boga nie można już znaleźć na zewnętrznym poziomie, tym, na którym przywykliśmy Go szukać.

Wciąż noc

Ten, kto chce toczyć walkę do końca, wchodzi w nową noc, w której Bóg nie pozwala się już znaleźć na tym głębszym poziomie, w której również „duch” doznaje zaciemnienia. Jesteśmy prowadzeni ku wyzwoleniu nas ze wszystkich gotowych pojęć o Bogu. Wówczas może się wydawać, że Bóg absolutnie i nieodwołalnie znikł. Zdawało się nam, że po przejściu nocy zmysłów znaleźliśmy naszą prawdziwą tożsamość, że wreszcie staliśmy się „kimś”, że oto rozkwita nasze „życie duchowe”. Utrata tego całego duchowego życia oznacza radykalny kryzys tożsamości. Teraz nie chodzi o to, by stać się lepszym, świętszym, by robić postępy na drodze do doskonałości, ale o to, żeby umrzeć. Teraz już nie ja mam żyć, ale Chrystus we mnie (por. Ga 2,20). Zaakceptowanie tego, że oto moje „ja” jest zupełnie nieciekawe, że moja świętość nic nie znaczy, a ważne jest jedynie, by pozwolić Bogu być świętym – oto trzecia i ostateczna kapitulacja. Teraz pozwalamy Bogu, by był Bogiem w naszym życiu.

W tym momencie dociera do nas, że właściwie wciąż wszystko rozumieliśmy opacznie. Wydawało się, że trzeba zdobyć Boga, szukać Go, być dobrym i pięknym, aby zasłużyć na Jego miłość, walczyć z Nim, aby posiąść „błogosławieństwo”, wzruszyć Go pięknymi modlitwami. Walkę Jakubową pojmowaliśmy jako walkę, którą Jakub stoczył z Nim po to, aby to On stanął po jego stronie. Teraz rozumiemy, że od samego początku to Bóg walczył z Jakubem, by ten padł na kolana, i że to Jakub potrzebował, by Bóg „wywichnął mu staw biodrowy” (Rdz 32,26), żeby ostatecznie przed Nim skapitulować.

Środki bojowe wiary

Teraz rozumiemy, że dobra, słuszna walka to dobre zawody o wiarę (zob. 1 Tm 6,12). Ona wygląda inaczej niż ta, która przychodzi nam na myśl, gdy mówimy o walce. Nie ma nic wspólnego z przemocą, agresją, wysiłkiem czy ambicjami. Nie chodzi bowiem o zwyciężenie Boga, ale o to, aby pozwolić się zwyciężyć Jemu.

Walka o wiarę to walka, w której we wszystkim chodzi o wiarę, czyli o to, by powierzyć siebie, zaufać i zawierzyć, oddać siebie. Tak, cała walka polega na tym, żeby wciąż od nowa kapitulować przed Bogiem. Nawet wszechmocny Bóg niczego nie może uczynić wobec wolnego człowieka, jeśli ten nie da Mu wolnej ręki.

W poranek stworzenia owo Boże „Niechaj się stanie światłość!” nie napotkało na żaden opór i dlatego nastała światłość. A na jak wielkie opory w nas napotyka Jego słowo! Dlatego tak często jest ciemno. Opór stawia nasz egoizm we wszystkich jego wyrafinowanych formach, kiedy sami czynimy się ważniejszymi od Boga. Może tego nie wypowiadamy. Może mamy mocną, pryncypialną wiarę w Niego, i to bardzo dobrze, że ją mamy. Jednak, byśmy poznali Boże zamiary względem nas, Jego marzenia, nasza wiara musi się stać rzeczywistością, która przenika całe nasze istnienie i kieruje wszystkimi naszymi myślami, słowami i postępowaniem.

Gdyby Jakub w swojej walce z Bogiem posłużył się „tarczą wiary” (Ef 6,16) i „hełmem nadziei” (1 Tes 5,8), nie musiałby się zmagać przez całą noc. Walka aż tak się przedłuża, ponieważ my często nazbyt późno odkrywamy, że wcale nie potrzeba tyle siły, aby zdobyć Boga. To może być o wiele, wiele prostsze. Wystarczy powiedzieć Bogu „tak” i pozwolić Mu działać. Summum victoriae genus, divinae celere maiestati (Największym zwycięstwem jest ulec majestatowi Bożemu) pisał św. Bernard z Clairvaux. Zachowujemy się tak, jakbyśmy byli zmuszeni obalić mur obcości albo obojętności Boga, podczas gdy zwracając się do Niego, nie napotykamy ani obcości, ani obojętności, ale Jego żarliwą tęsknotę za zjednoczeniem się z nami.

Prawdziwa asceza

Mała Teresa w sposób niezwykły wzbogaciła chrześcijańską tradycję mistyczną oraz literaturę swoją głęboką nauką o tym, że człowiek nie musi niczego dokonywać, żeby zasłużyć na Bożą miłość. Teresa nie wyrzuciła za burtę chrześcijańskiej ascezy – która zawsze pozostaje nieodzownym warunkiem autentycznej mistyki – ale nadała jej nowy wymiar.

Surową ascezę, polegającą na licznych wymagających ćwiczeniach i sposobach postępowania, przemieniła w ascezę ufności i powierzania siebie. Dla niej warunkiem życia w zjednoczeniu z Bogiem (mistyki) nie jest nic innego jak szczera wola i pragnienie, niezłomna nadzieja i odwaga, by wciąż od nowa próbować żyć Ewangelią.

Dzięki swej definicji świętości Teresa zasługuje na miano klasyka: „Wystarczy upokorzyć się i znosić cierpliwie [avec douceur] swoje niedoskonałości: oto świętość prawdziwa”.

„Kto pragnie sięgnąć wyżyn nieba przemocą i ćwiczeniami ascetycznymi – mówiła św. Mechtylda z Magdeburga (1207–ok.1282)całkowicie się oszukuje. Tacy ludzie zwykli być twardzi. Brakuje im prawdziwej delikatności, a tylko ona sama wiedzie duszę do Boga”. Prawdziwa asceza polega na wciąż ponawianym nieuleganiu temu, co nie jest Bogiem. Czynić to z wielką wiernością – oto prawdziwa asceza. Jednak nie asceza wymagająca czy opresyjna, lecz raczej taka, która dąży zgodnie z ostatecznym planem ku naszemu centrum.

Boga uchwycić nie możemy. On przychodzi sam, gdy zwalniamy uścisk, w którym trzymamy wszystko, co przeszkadza Mu wejść. Niedawno zadano mi pytanie: „Jak słuchać Boga w modlitwie kontemplacyjnej?”. Nie słuchamy Boga, usiłując usłyszeć Jego głos, ale zaprzestając słuchać wszystkiego innego.

Jak przebaczać? Nie wysiłkiem woli, ale pozwalając odejść urazie i chęci zemsty. Jak się nawrócić? Nie tyle wielkim wysiłkiem, ile nie trzymając się dłużej tak kurczowo dawnego życia. Gdy zostawiamy stare, nowe przychodzi samoistnie.

Poddać się

Świadectwo pewnego kapłana streszcza z wielką jasnością, jak wszystko potrafi się zmienić, gdy ustąpimy, gdy się poddamy.

Przez wiele lat, które zdają się całymi wiekami – odkąd byłem jeszcze małym chłopcem – miewałem taki sen: Oto siedzę zupełnie sam na ziemskim globie. Zupełnie sam. Widzę siebie tak siedzącego na tej wielkiej ziemi. I wtedy się zaczyna – ten bezustannie powracający, straszliwy lęk. Ziemia z zawrotną prędkością zaczyna się obracać. Walą się drzewa. Góry rozpadają się na kawałki. Wody występują z brzegów. Wiatr wieje mi w uszy i słyszę: Poddaj się! Ustąp! Ustąp! A ja nie ustępuję. Kurczowo chwytam się ziemi; twarzą, rękami i nogami do niej przywieram. Bo się boję. Co się ze mną stanie w tej przestrzeni, w tej pustce nocy? Nigdy, nigdy… Potem się budziłem. Mokry ze strachu i od potu.

Teraz mam trzydzieści dziewięć lat. Ustąpiłem. Było to mniej więcej sześć lat temu. Nie we śnie, ale za dnia, pośrodku rzeczywistości. Wiedziałem: koniec ze mną; teraz niech już się dzieje, co chce. Smutek czy radość, cokolwiek! Zwolniłem uścisk i powierzyłem się Bożej woli w czymś, co stawało się coraz wyraźniejsze i dotyczyło życia albo śmierci. Zostałem wciągnięty w pustkę, straciłem jakikolwiek punkt zaczepienia czy oparcia.

Coś takiego może człowieka doprowadzić do szaleństwa, do tego stopnia, że rodzi się myśl o samobójstwie. Wszystko staje się obce. Wtedy naprawdę czujesz, że się poddałeś. Jesteś zgubiony. Potrzebujesz ratunku, nowych narodzin z krwi i ciemności.

I kiedy sprawy zajdą już tak daleko, to wszystko staje się nowe, nawet kwiatek, jakiś listek czy szum wiatru w sitowiu. Jednak nade wszystko On.

Tu naprawdę rozgrywa się jedno: wszystko albo nic. Niebo albo piekło dla mnie, stać się albo kimś prawdziwym, albo nieludzką istotą. Szczególnie po wcieleniu Syna stajesz przed pełnym łaski wyborem. Stopniowo dostrzegasz, że to przeciwko temu rozstrzygnięciu nakierowane było życie. Podobnie jak Stare Przymierze przeciw Nowemu. Jak noc przeciw światłu. Jak strata życia przeciw jego odzyskaniu.

Piszę o tym dla tych, którzy o tym wiedzą, aby się cieszyli razem ze mną. I dla tych, którzy dopiero przed tym stają – aby się nie decydowali na odwrót, Pan bowiem jest Panem także pośród nocy. On Cię prowadzi przez ciemne doliny. A tam, dokąd w głębi tęskni Twoje serce, można wejść tylko, zdążając przez ciemne doliny.

Orkan miłości szaleje nad ziemią – Jego orkan! Zrywa z nas pancerze ochronne, wywołuje nas i woła: Poddaj się, ustąp! W imię Boże, ustąpcie wszyscy!

Krótko po tym, jak ów kapłan napisał to świadectwo, zginął w wypadku samochodowym. Nie pozostaje nic innego, jak pomyśleć sobie, że Bóg wypełnił go na tyle, na ile było to możliwe w tym ziemskim życiu. Dlatego też był on gotów oddać Mu ostatnią twierdzę, tak aby Bóg mógł go wypełnić tym, co jest zarezerwowane dla życia przyszłego.

Jan od Krzyża – wielki nauczyciel wyzwolenia – pisał:

Gdy więc dusza całkowicie wyzuła się z siebie i uwolniła się od jakiegokolwiek przywiązania, czyli uczyniła to, co tylko ze swej strony uczynić była powinna i mogła, to jest rzeczą niemożliwą, by Bóg nie działał również ze swej strony i nie udzielał się jej, przynajmniej w ukryciu i w milczeniu. Jest to bardziej niemożliwe niż to, by słońce nie rzuciło swych promieni w czyste i pogodne miejsce. Bo jak słońce podnosi się rankiem, by rzucić snop światła do twej chaty, gdy otworzysz okiennicę, tak i Pan […] ani chwilki nie śpi i natychmiast wejdzie do duszy ogołoconej i napełni ją boskimi skarbami (Żywy płomień miłości, III, 46).

Werset psalmu: „Zatrzymajcie się i wiedzcie, że Ja jestem Bogiem” (Ps 46,11) interpretował na swój własny sposób:

Vacate et videte, quoniam ego sum Deus – Uspokójcie się i obaczcie, żem ja jest Bogiem; czyli: Uwolnijcie się od wszystkich rzeczy, tak wewnętrznie, jak i zewnętrznie, a zobaczycie, że ja jestem Bogiem (Droga na górę Karmel, II, 15,5).

Trudność i łatwość zawierzenia

Człowiekowi nie jest łatwo uwolnić się od siebie. Tak bardzo boimy się tracić. Nie rozumiemy, że właśnie poprzez straty i kapitulacje zyskujemy życie i prawdziwie stajemy się ludźmi żywymi.

Konkretnie możemy się tego uczyć w zwykłych sytuacjach codziennego życia. Być może na poły nieświadomie trzymamy się kurczowo jakiegoś drobiazgu albo chcielibyśmy, by stał się on dla nas czymś specjalnym. Gdy przychodzi moment łaski, nagle zauważamy, że właściwie sprawa ta nie jest warta takiego zaangażowania i starań, i ustępujemy. Ulga może być tak namacalna, że aż odczuwana fizycznie. Prawdopodobnie, gdybyśmy uczciwie zrewidowali samych siebie, to z łatwością w naszym codziennym życiu znaleźlibyśmy liczne przykłady uporczywego trzymania się takiej czy innej sprawy.

To może być coś banalnego, na przykład pragnienie zjedzenia jakiejś potrawy. Nawet tego nie zauważamy, że tracimy przy tym mnóstwo energii, mając nadzieję, że będziemy mieli okazję ją zjeść, i to jeszcze dzisiaj. A przecież moglibyśmy tę energię spożytkować na miłowanie Boga!

Mała Teresa opowiada o walce, którą toczyła, kiedy jej współsiostra w Karmelu szczękała zębami podczas cichej modlitwy w kaplicy. Teresa walczyła ze sobą do tego stopnia, że aż się pociła. I nagle przyszło jej do głowy, żeby ustąpić. Ten szczęk nie musi tak drażnić ucha, jak się jej wydaje. W końcu ten nieprzyjemny dźwięk przerodził się w niej w kojącą melodię i tę Teresa przedstawiała Jezusowi.

Ileż rozpaczliwej irytacji budzi w nas obecnie komputer, gdy nie spełnia naszych oczekiwań albo zmusza nas do długiego czekania na informację. Jak jakaś trująca siła narasta poirytowanie i coraz bardziej umacnia swój uścisk: „Nie, ja już dłużej tego nie wytrzymam!”. Budzi się sprzeciw i niemal wojenne pragnienie odwetu, bo to nieszczęsne urządzenie nie poddaje się naszej woli. Chcielibyśmy mieć całkowitą kontrolę, nieograniczoną siłę. Ileż tracimy przy tym energii!

Irytacja przy komputerze nie jest grzechem śmiertelnym. Jednak w jej miejsce mogłoby wejść prawdziwe życie, gdybyśmy spokojnie zaakceptowali, że nie wszystko potoczyło się zgodnie z naszymi projektami, albo nawet gdybyśmy dziękowali Bogu za to, że dał nam okazję do krótkiego wytchnienia, kiedy to mogliśmy Go spotkać w głębi naszego wnętrza.

Gdy nasze ambicje zostają zniweczone, mamy niezwykłą okazję do kapitulacji. Myślimy, że uda nam się dokończyć jakąś pracę jeszcze tego samego dnia, jednak coś krzyżuje nasze plany. Jakaż cudowna okazja, by pozwolić Bogu spełniać Jego plany! „Karmelitanka nigdy nie doznaje satysfakcji z wypełnionej pracy” – takie stwierdzenie słyszą nowicjuszki w klasztorze. Wielka duchowa oczyszczająca i twórcza siła tkwi w tym, że można zostawić to, w co jest się w danym momencie zaangażowanym, gdy zadzwoni dzwonek na modlitwę. To brak ufności budzi w nas największy lęk przed tym, żeby ustąpić.

Pamiętać o początku

Dlaczego tak trudno zaufać Bogu i sobie nawzajem? Zapewne liczne psychologiczne tego powody możemy znaleźć w doświadczeniach z okresu dzieciństwa, w niestabilnym środowisku, w którym żyjemy. Jeśli jako dzieci nie byliśmy kochani i chronieni, to zostawia w nas głębokie ślady. Zaznaczają się one później w naszym zachowaniu, reakcjach i może już przez całe życie sobie z nimi nie poradzimy. To czyni nasze życie bardziej bolesnym i może także uniemożliwiać wchodzenie w głębsze relacje z innymi.

Jednak żaden z powyższych czynników nie może stanowić zasadniczej przeszkody dla tej miłości, do której jesteśmy stworzeni. Jest w nas głębsza strefa, wolna dla Boga, sfera poza naszymi psychicznymi zranieniami i mechanizmami. W każdym człowieku istnieje coś, co pozostaje niezłomne, wewnętrzna godność, której nic z całego stworzenia nie jest w stanie zaatakować. Nie mają tam przystępu nawet wrogie siły duchowe. Tam pozostajemy sami z Bogiem. Nasze psychiczne rany i słabości nie mają bezpośredniego wpływu na to odosobnione spotkanie z naszym Stwórcą. Tu chodzi o dwa zupełnie różne poziomy, niewykluczające pewnej komunikacji ze sobą.

Pozwalają nam one pomyśleć o Boskiej i ludzkiej naturze Jezusa, które nie są zmieszane (inconfuse), ale które też nie są od siebie oddzielone (indivise).

Nasze psychiczne zranienia mogą budzić poziom duchowy, a z tego poziomu czerpiemy siłę, by właściwie kierować naszą psychiką. Błogosławieństwem, o które winniśmy „walczyć”, nie jest uporanie się ze wszystkimi trudnościami pochodzącymi z naszej psychiki i ziemskich uwarunkowań. Istnieje bardziej zasadnicza harmonia, którą Bóg chce nas obłaskawić: głęboka kapitulacja wobec rzeczywistości, kapitulacja, kiedy oto przestajemy stawiać opór i pozwalamy, by wszystkim się zajął Bóg.

„Ale życie tak mnie poraniło – powiadasz – więc jak mam mieć zaufanie?” Być może to ziemskie życie było wobec ciebie brutalne. Jednak zanim się stałeś w łonie matki, istniałeś w zamyśle Boga. On zamarzył o tobie, zanim jeszcze otrzymałeś swoje fizyczne istnienie. „Mnie w zalążku widziały Twoje oczy i w Twojej księdze zostały spisane wszystkie dni, które zostały przeznaczone, chociaż żaden z nich [jeszcze] nie nastał” (Ps 139,16). Tam, w Jego łonie, otrzymałeś fundament bezpieczeństwa. Jeżeli później okoliczności życia sprawiły, że poczułeś się niepewnie, i głęboko cię poraniły, to jednak w twojej ontologicznej pamięci odciśnięte są najbardziej głębokie ślady o twoim początku, który jest w objęciach Boga.

Życie nie musiałoby tak bardzo boleć, jak być może to się dzieje, gdybyśmy się nauczyli żyć bardziej zakotwiczeni w prawdzie o nas samych i o Bogu. Wielokrotnie sami się przyczyniamy do tego, że doświadczamy tyle bólu, a faktycznie można by to zniweczyć – jeśli tylko byśmy chcieli. Francuska karmelitanka Maria Angelika od Jezusa (1893–1919), nazywana Płomieniem Radości, pisała w swej autobiografii:

[…] liczne cierpienia to fantazja, inne są spowodowane błędami, które sami u siebie musimy korygować, te prawdziwie krzyżowe są nieliczne […]. Wydaje mi się, że najpewniejszą drogą we wszystkich okolicznościach, zarówno w radościach, jak w strapieniach, jest zapomnienie o sobie. Mam wrażenie, że na wszelkie inne ścieżki mniej można liczyć, gdyż jest na nich więcej niebezpieczeństw i przepaści. Jednak zapomnieć o sobie – to wydaje mi się drogą wprost do Jezusa.

Nasze serce jest stworzone do ufności i wiary. Wiara jest stałą podstawą naszej istoty, skałą, na której możemy odpocząć. „W ciszy i ufności leży wasza siła” (Iz 30,15). Cisza też wzmacnia zaufanie. Jeśli odważymy się wsłuchać w głos naszego ogołoconego ducha i pójdziemy za owym wszczepionym w nas kompasem, to doprowadzi nas do ufności.

Ja będę sobą, a Bóg będzie Bogiem

Bóg jest centrum naszej istoty. Możemy dojść do Niego tylko wówczas, gdy zaakceptujemy prawdę o sobie. Dopóki zakładamy maski, nie jest możliwe żadne autentyczne spotkanie.

Bycie prawdziwym nie jest takie skomplikowane. Prawda nie jest wyczynem. Natomiast kłamstwo jest czymś, co sami musimy konstruować. To kosztuje sporo wysiłku – podtrzymywać swój kamuflaż. Być prawdziwym to wyzwolić się z napięcia, stać się sobą, być tym, kim się rzeczywiście jest. Nie kontrolujemy całej prawdy ani o Bogu, ani o sobie. Jednak prawda, w której trwamy właśnie w tej chwili, jest dostępna w każdym momencie. Akceptując ją, stopniowo rodzimy się do całej prawdy. To tak, jakbyśmy wsiadali do pociągu, który zdąża prostą drogą coraz dalej w głąb krainy prawdy.

Trwonimy mnóstwo energii na to, by się ukryć. Prawda odsłania się na koniec, a to ona właśnie nas wyzwala (zob. J 8,32).

Jednak spotkanie z samym sobą to nie koniec. Pojednanie z naszą własną prawdą sprawia, że jesteśmy gotowi na spotkanie Bożej prawdy, a w spotkaniu z Nim na powrót odnajdujemy siebie.

Panie, Ty nigdy nie jesteś gdzieś daleko, Tyś był i pozostajesz tam, gdzie jesteś. Jednak mnie nie było tam, gdzie jestem. Gdy znalazłam Ciebie znalazłam siebie i to wszystko, co tylko jest w Tobie 1.

Naszym wielkim nieszczęściem jest to, że uciekamy i nie mamy odwagi się zmierzyć z prawdziwym życiem. Tak było na samym początku. Adam i Ewa skryli się przed Bogiem. Cóż by się stało, gdyby wówczas całkowicie wystawili się na Boże spojrzenie, w całej swojej nędzy? Jakże byłoby inaczej, gdyby wybiegli Mu na spotkanie, kiedy usłyszeli, jak się przechadzał po raju, gdyby się Go uchwycili i zawołali jak Jakub: „Nie puszczę Cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!”.

W Ewangeliach widzimy, jak wiara skłania Jezusa do kapitulacji. „Twoja wiara cię ocaliła” – słyszymy, jak często to powtarza. „Czyż to […] Twoja sprawa, Niewiasto?” – odpowiada swojej matce, gdy ta prosi Go o pomoc dla nowożeńców w Kanie Galilejskiej. Jednak wobec jej zaufania On się poddaje. Kananejka zostaje wpierw brutalnie odesłana słowami, że niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać psom. Jednak jej wiara pokonuje Jezusa. Również wiara sprawia, że Jakub tak usilnie trzyma się Tego, który może mu udzielić błogosławieństwa. Kapitulacja wiary zmusza Boga do kapitulacji. „Wszystko jest parzyste, jedno naprzeciw drugiego” (Syr 42,24).

Wiara odsłania Boga. Sprawia, że „traci” On wszystko, co mogłoby opóźniać Jego działanie. Namiętnie tęskni za tym, by być „obnażonym” i ukazać swoją chwałę taką, jaka jest. W Trójcy Świętej dokonuje się to bezustannie. Ojciec i Syn odsłaniają się wobec siebie nawzajem. Für Gott ist es Seligkeit sich für Gott zu enthüllen (Szczęściem Boga jest odsłaniać się wobec Boga) – pisała Adrienne von Speyr (1902–1967). Miłością jest odsłaniać się wobec siebie nawzajem. Jednak miłość zakłada wiarę. Bóg chce, aby człowiek Go zwyciężał. Chce, byśmy walczyli tak żarliwie, aby zasłona opadła. Chce, byśmy przed Nim kapitulowali, tak aby On mógł skapitulować przed nami.

Istnieje prosta i bezpośrednia droga do spotkania z Bogiem – to sytuacja, w której się zgadzamy odsłonić, w której w głębi ducha akceptujemy stanięcie przed Nim w naszej nagości. Odkładamy wszelkie udawanie, wszystkie nasze misternie skonstruowane fasady. Cicho, bez wewnętrznych osądów i komentarzy, pozwalamy Bogu patrzeć na nas, stajemy przed Nim tacy, jacy jesteśmy, i ze wszystkim, co posiadamy. Jeśli będziemy słuchać, to posłyszymy, jak mówi: „O, jak piękna jesteś, przyjaciółko moja, jak piękna!” (Pnp 1,15). A kiedy On spojrzy na nas, to nasze oczy tak się otworzą, że to my z kolei ujrzymy Jego obnażonego, w całej Jego chwale.

Epilog

Jako przewodnik duchowy miałem liczne okazje być świadkiem Jakubowej walki wielu ludzi, którzy prowadzili ją z tęsknoty za błogosławieństwem Boga.

Szczególnie utkwiła mi w pamięci pewna karmelitanka bosa, która prowadziła swoją walkę bardzo radykalnie. Z natury była osobą niezwykle wrażliwą, a jej zmaganie niosło ze sobą wiele bólu, który ją przeszywał do głębi, zarówno duchowo, jak i fizycznie. Jednak tylko wówczas, gdy aktywizowała swoje wspomnienia, stwierdzała, że to, czego doświadczała, to był ból. Natomiast w trakcie walki nie miała ani czasu, ani sił na to, żeby się zastanawiać, czy odczuwa oschłość, czy pustkę, czy cokolwiek innego. Ona szukała Boga, a wiara uczyła ją, że czymkolwiek by było jej subiektywne doświadczenie, to On pozostawał zawsze ten sam. Wiedziała, że może ufać, iż możliwe jest dojście do Niego we wszystkim i poprzez wszystko. Uchwycić się Go i Jemu zawierzyć – zabiegała jedynie o to. Cała jej walka polegała na tym, aby zdobyć Boga, kapitulując przed Nim. Pewnego dnia ta walka się skończyła i jej życie stało się tak niezmiernie proste, że do dziś mnie to zadziwia. Bóg jest teraz dla niej rzeczywistością, która ogarnia wszystko.

Dla kogoś, kogo ogarnęła taka pasja, nie ma znaczenia, że odczuwa to w taki czy inny sposób. Bóg jest we wszystkim. Życie zawsze jest Jego zwiastunem, jakąkolwiek postać by przybierało. Wiara, ta wiara, która jest ufnością i zawierzeniem, otwiera nasze oczy na to, by we wszystkim widzieć Boga.

„Aby żyć z wiary, mamy tylko to życie” – mówiła Teresa z Lisieux. Bóg namiętnie pragnie, abyśmy wykorzystali nasze życie jedynie na to, co jest w nim istotne, aby On mógł skapitulować wobec naszej wiary i otworzyć bramy do całego bogactwa swej chwały. Wówczas będzie mógł powiedzieć do nas, jak mówił do Jakuba: „Walczyłeś z Bogiem i z ludźmi i odniosłeś zwycięstwo”.

przeł. Justyna Iwaszkiewicz
 

Tekst ukazał się w języku szwedzkim En liten vägledning till den kjämpande tron, Corida 2003.

1 Livet är min vän (Życie jest mym przyjacielem), Karmelitarnas förlag, Tågarp 1993, s. 17.

Mały przewodnik po zmaganiach wiary
Wilfrid Stinissen OCD

(ur. 10 stycznia 1927 r. w Antwerpii, Belgia – zm. 30 listopada 2013 r. w Tågarp, Szwecja) – belgijski karmelita bosy, doktor filozofii, współzałożyciel klasztoru w szwedzkim Norabby, znany w całej Skandynawii rekolekcjonista, ważna postać nie tylko szwedzkiego chrześcijańst...