Marcel

Marcel wmówił sobie, że jest pisarzem. Drugorzędnym. A był trzeciorzędnym. Zresztą było to bez znaczenia w epoce wyklutej z ogromnego jajka ptaka wszystkojada, który zbierał, połykał, macerował, trawił i wydalał wszystko. Prawie wszystko. Z zadziwiającą nawet dla niego samego szybkością. W pewnym sensie ptak nie był całkiem nowy, bo nosił w sobie znamiona bolesnej tradycji – jak bowiem inaczej wytłumaczyć pochodzenie ogromnego i niestrawnego stołu komisji literackiej i ogólnie kulturalnej w jego żołądku? Wyłapującej wpadające tam perły, diamenty, pocięte zwierzęta w formalinie, ale i książki, druki ulotne, eseje oprawne w skórkę i miesięczniki. I Marcel dostawał nagrody – kryształowe kule, złote olbrzymie stalówki na marmurkowym cokole, co wrogów w oko kole, patynowane rozwiane skrzydła pegaza bez cokołu. A nawet pierścienie, klucze i złote tryby biznesu. Zresztą było to bez znaczenia, bo mieszkał w kraju, w którym wszystkiego jest po jednym oprócz bitew: jedna wiara, jedna gazeta, jeden uniwersytet, jeden król filozofów, jeden poeta, jeden powieściopisarz, jeden elektryk i najbogatszy człowiek też jeden. Marcel musiałby więc czekać, by zająć jedyne wolne miejsce po powieściopisarzu, to znaczy czekać na jego śmierć, czyli również na swoją, bo śmierć też przecież jest jedna. A co człowiekowi po sławie, kiedy już nie żyje? Marcel jako pisarz drugorzędny był człowiekiem uczciwym, choć jak każdy twórca w pewnym sensie chorym, co jest całkowicie normalne w sferze twórczości, gdyż tylko chora muszla potrafi zrodzić perłę. Od początku swojej kariery pisarskiej więc nie zamierzał – gdy nie pisał i nie publikował – ukrywać swojej profesji, ale przez specjalny strój informować i ostrzegać potencjalnych przechodniów, policjantów, poborców podatkowych, a nawet dalszą rodzinę przed swoim potencjalnym biesującym czy biesowatym zachowaniem. Strój jego był czysty, w kolorach stonowanych, wzrok oswojony, wymowa poprawna, pociąg do piołunówki umiarkowany. Na tle drapieżnego i kolorowego tłumu wyróżniał się pozytywnie i nierzadko podczas spaceru w parku słyszał jak młode, mleczne matki, które przecież nie mają czasu na lekturę, karciły swoje pierworodne dzieci, zapalczywie wymachujące znalezionym patykiem: „Tylko nie uderz pana pisarza!”. W domu rodzinnym uwił sobie gniazdko, czyli swój gabinet do pracy, gdzie biurko ze szmaragdowymi przyciskami do papieru, fotel przykryty niedbale skórą łaciatego cielęcia drzemały niczym w Wielkiej Elegii dla Johna Donne’a pod prostymi półkami, przywieszkami, mostkami i niszami pełnymi książek. Ale Marcel nie spał – pracował. Był uparty, choć nie zawzięty, z chłonnym uchem, wyczuciem rytmu i chyba nawet od czasu do czasu bywał mediumiczny, choć przecież słowa nie przepływały przez niego jak pokarm przez wielkiego ptaka. Książki gromadził i czytał pomny na przykazanie pastora Pilcha z Wisły, które mówi: żeby coś napisać, trzeba coś przeczytać. Lub w zestawie dla zaawansowanych: żeby coś niezłego napisać, trzeba coś świetnego przeczytać. Kiedy więc przeczytał, ogarniała go chęć i chodził wtedy po pokojach, zaglądał do kuchni, wychodził na dwór – niby obecny, a nieobecny, uśmiechnięty, otwarty, a przecież w środku „kogitujący” i daleki. Pokój z nim, ale tu chodziło o bliskich – tak, poświęcał w ten sposób rodzinę, bo zabierał jej najlepszy czas, tylko na niby zajmował się dziećmi, roztargniony zawsze myślał o czymś innym. I gdyby był jedynym powieściopisarzem albo nawet wieszczem – można byłoby mu to przebaczyć, że tak fatalnie marnuje najlepszy czas na ziemi, wymyślając coś, co nie istnieje, ale on był drugorzędny, trzeciorzędny tak po prawdzie. Jego skupianie się na wymyślanej historii, napięcie przy doborze słów i kształtowaniu frazy mogły budzić szacunek, bo były dyskretne, powściągliwe, ale już postawienie ostatniej kropki w tekście wyzwalało w nim obleśne ukontentowanie, gadatliwy luz, bratanie się z hydraulikiem wymieniającym kolanko w łazience i ślusarzem odblokowującym zamki – nie tylko podawał się wtedy za głupszego, niż był w rzeczywistości, ale kaleczył język i drapał się z zapałem po swojej porośniętej mizernym włosem piersi jak małpa. I tak Marcel sobie żył, aż ogromny ptak zniósł kolejne jajko, z którego wykluła się epoka. Inna, choć w pewnym sensie podobna do zaprzeszłych. Epoka, w której każdy był zmuszony opowiedzieć się, wybrać, ale to już kosztowało życie, to jedno, niepowtarzalne ludzkie życie, dom, rodzinę, nawet tę łaciatą skórę cielęcia na fotelu. I zimno się zrobiło, a zimne krople potu spływały po plecach i Marcel pewnego dnia odkrył nawet na swoim ciele, którego pewnie dobrze nie znał, specjalny rowek przeznaczony na takie krople. „Nie mogę się opowiedzieć – tłumaczył sobie, szczękając zębami – bo nic nie znaczę, jestem drugo-, no, trzeciorzędnym pisarzem i mogę to udowodnić, bo kryształowe kule, ogromne stalówki na cokolikach, skrzydła pegaza i tryby biznesu zakopałem głęboko i przezornie przy kompoście w ogrodzie. Mnie nie ma. Słyszycie?! Mnie nie ma!”. „Ciszej, na Boga! – przestrzegała go żona, która od pewnego czasu przyjaźniła się z Małgorzatą – kochanką Mistrza. – Ciszej, bo ci, co się opowiedzieli, mogą uznać, że nie jesteś pisarzem! Czy już zapomniałeś, co mówił nam Mistrz przed swoim uwięzieniem w psychiatryku?! Nie jest ważne, czy jesteś drugo- czy trzeciorzędnym pisarzem, ważny jest wspólny front, opowiedzenie się!”. Marcel opowiedział się. Napisał coś tam. Siedział długo w izolatce. Umarł. Potem umarła jego żona. Dom jego zajął niejaki Mogarycz czy Bogurycz, ale to nieważne. Przyszedł sąd. Taki, wiecie, w którym decydują się losy na wieczność, niebo, piekło, rząd pierwszy, rząd drugi, miejsca stojące, dostawki. I on, drugo-trzeciorzędny, sądzony był razem z Mistrzem. A wyrok… cóż. Zdziwił go i uradował, to był jakiś powrót do jego rodzinnego domu, kwitnące wiśnie, spacery nad rzeką, i ogólnie bez bólu. Mistrzowi przysądzono zresztą to samo. Podobno Hanokia nie mógł dać im więcej. Pełnego światła. „A więc Mistrz i ja – dusił się ze śmiechu – w jednym garnku. Mistrz i ja!” – miał już krzyknąć, kiedy zobaczył idących ku światłu podobnych do niego: drugo- i trzeciorzędnych, którzy nie tylko się opowiedzieli, ale i oddali życie. I wtedy zwątpił w sztukę. Zresztą, i tak nie była mu potrzebna w tym niebie.

Marcel
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...