fot. fot. pratiksha-mohanty/unsplash

Medycyna naturalna

Jeden z moich byłych współbraci zwykł powtarzać, że każdy jezuita powinien w życiu napisać, albo przynajmniej przeczytać chociaż jedną książkę. Różnie z tym bywa. Są jednak kwestie, na których jezuita znać się powinien. Jedną z nich jest pycha. Nieskromnie – jak na pysznego jezuitę przystało – powiem, że mam w tym względzie niemałe rozeznanie. A że niemal czterdzieści lat pysznego, jezuickiego życia na karku, tośmy się z pychą zdążyli wzajemnie poznać i zaprzyjaźnić, jak – nie przymierzając – diabetyk z cukrzycą. Obydwoje dobrze wiemy, że już się ze sobą nie rozstaniemy, i jedyne, co możemy zrobić, to znaleźć taki modus vivendi (błyśnięcie łaciną to też klasyka pychy), który nie pozwala drugiemu ani unicestwić mnie, ani też zawładnąć mną całkowicie. Im dłużej żyję, tym bardziej jestem przekonany, że jedynym lekarstwem, jedyną insuliną, która działa na moją pychę, są upokorzenia. Nie tylko te wielkie, przełomowe, ale również te wszystkie małe prztyczki w nos, które życie niesie ze sobą, a które konsekwentnie podprowadzają do największej łaski wieku dorosłeg
Zostało Ci jeszcze 79% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2020, nr 11, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść