Medytacja o Eucharystii

Medytacja o Eucharystii

Chrześcijaństwo to Ktoś do pokochania. Kapłani i pastorzy z definicji są ludźmi pochwyconymi przez Chrystusa, którzy mogą świadczyć o tym, że On jest ich wielką radością.

Nie ma nic piękniejszego, nic wyższego, głębszego ani cenniejszego nad Eucharystię. To perła Kościoła 1.

Eucharystia od samego początku zajmowała w Kościele miejsce centralne. Święty Łukasz w Dziejach Apostolskich opowiada, jak pierwsi chrześcijanie spotykali się po domach na łamaniu chleba (zob. Dz 2,46). Łamanie chleba to coś typowo chrześcijańskiego. Niektórzy ojcowie Kościoła twierdzili, że Eucharystia formuje Kościół i pozwala mu trwać. Sobór Watykański II powie, że jest ona „źródłem i zarazem szczytem [fons et culmen] całego życia chrześcijańskiego” 2. Papież Jan Paweł II swoją encyklikę rozpoczął słowami: „Kościół żyje dzięki Eucharystii” (2003).

Nie są to żadne abstrakcyjne spekulacje. Sam Jezus mówi: „Jeżeli nie będziecie jedli Ciała Syna Człowieczego ani pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie” (J 6,53). Kościół bez Eucharystii jest martwy. I nie są to ani symboliczne, ani metaforyczne stwierdzenia Jezusa, ponieważ pozwala On tym słowom trwać w ich szokującym realizmie, nawet jeśli w rezultacie wywołują poważny kryzys u słuchaczy. Jak można pić Jego krew? Picie krwi było w Izraelu zawsze haniebnym wykroczeniem. Przecież krew decyduje o życiu, a człowiek nie może czynić siebie panem życia. Jednak gdy chodzi o życie Boże, to owszem – może, a nawet musi. Inaczej nie będzie miał życia w sobie. Ludzie uważają jednak za zbyt trudne to, co Jezus im mówi – On zapewne „odszedł od zmysłów” (Mk 3,21). I tak to, co najpiękniejsze, co Jezus powiedział o sobie i co dał, sprawiło, że został opuszczony. Eucharystia staje się przeszkodą.

W tych rozważaniach chciałbym się posługiwać określeniem „Eucharystia”, nie „Wieczerza Pańska”. Eucharystia bowiem to coś więcej niż święta uczta. Ona jest streszczeniem całego chrześcijańskiego orędzia i chrześcijańskiego życia.

Głosić słowo

Do Eucharystii należy po pierwsze liturgia słowa. Słuchamy słowa Bożego. Wielu – być może i my jesteśmy pośród nich – ma problem z określeniem „słowo Boże”. Czy wszystko, co znajdujemy w Starym Testamencie, rzeczywiście jest słowem Boga? Problem w dużej mierze znika, gdy zrozumiemy, że Stary Testament opowiada pewną historię, obrazuje rozwój, proces wzrostu. Bóg spotyka swój lud w tym miejscu, w którym on właśnie się znajduje, dostosowuje się do stopnia jego rozwoju. Nie mówimy przecież dziecku tego, co opowiadamy dorosłym. Ducha Świętego charakteryzuje nieskończona elastyczność. Jest jak powietrze – pneuma – wypełniające przestrzeń, którą Mu damy do dyspozycji. Prawda, którą znajdujemy w Starym Testamencie, wzrasta, dlatego jest ona prawdą tymczasową. Ostateczna prawda przychodzi wraz z Chrystusem. Zatrzymywać się na poszczególnych wypowiedziach Starego Testamentu to czynić z Biblii tajemną i nieprawdopodobną księgę. Biblia jako całość jest długą wędrówką ku Chrystusowi. Wszystko nabiera sensu dopiero wówczas, kiedy w Nim znajduje swój początek. On sam mówi: „O Mnie bowiem on [Mojżesz] pisał” (J 5,46). Historia Abrahama, któremu się zdawało, że otrzymał rozkaz od Boga, by ofiarować swojego syna, jest potworna i odrażająca, jeśli nie widzimy, że wskazuje na Ojca, Ojca niebieskiego, który za nas ofiaruje swojego Syna. Żaden człowiek nie może ofiarować swego dziecka w taki sposób, jak to rozumiał Abraham. Prawo do tego zastrzega sobie Bóg. Bóg to uczynił. Ten tekst, zamiast mówić o okrucieństwie Boga, opowiada o niepojętej hojności i miłości Bożej, równocześnie mówiąc nam coś o niezłomnej wierze w Boga, jaką znajdujemy u Abrahama.

Kiedy jako kapłani i pastorzy głosimy słowo Boże, nie zapominajmy, że nie jesteśmy tylko jego podmiotami, ale i przedmiotami – głosimy je również sobie samym. W tym wypadku nie jest egoizmem rozpoczynać od siebie! Jeżeli nie pozwolimy, aby słowo Boże nas samych dotykało, jeśli sami nie będziemy się nieustannie nawracać, to nasze słowo będzie tracić swą moc. Dopiero gdy przemyślimy i przemodlimy Boże słowo, wówczas i nasze słowa, jak te Jezusowe, staną się „duchem i życiem” (J 6,63). Jakkolwiek lud Boży by błądził, to jednak zachowuje dość zdrowy instynkt rozpoznawania, w jakim stopniu nasze słowa są zakorzenione w rzeczywistości. Ludzie wyczuwają, czy one się pokrywają z naszym życiem, czy wypływają de profundis – z naszej głębi, czy są puste. Na nic się zda mówienie o Bogu, jeśli sami z Bogiem nie żyjemy. Ignacy Antiocheński zaklina wspólnotę w Rzymie, by nie powstrzymywała go przed rzuceniem go na pożarcie dzikim zwierzętom. „Wówczas – pisze – stanę się słowem Boga” 3. Powinno być pragnieniem nas wszystkich, stać się małym słowem w Wielkim Słowie.

W pełni nigdy nam się to nie uda. Nigdy całkowicie nie zdołamy żyć Ewangelią. Wystarczy jednak, że będziemy się o to starali, będziemy próbowali i nigdy tych prób nie zaniechamy. Dopóki je podejmujemy, nie jesteśmy obłudnikami, a te po części nieudane mogą nas nauczyć pokory. Jeżeli będziemy usiłowali zharmonizować nasze życie z naszym przepowiadaniem, to niejako automatycznie staniemy się pokorni. Kapłanowi, bardziej niż komukolwiek innemu, jest potrzebny ten niewielki, ale jakże istotny wstęp do Mszy, znajdujący się w naszych obrzędach liturgicznych, kiedy to wyznajemy grzechy i prosimy Boga o ich odpuszczenie. Zawsze będzie istniała pewna dysproporcja między tym, kim jesteśmy, a tym, czego nauczamy; naturalnie jeśli założymy, że to, czego nauczamy, jest rzeczywiście słowem Bożym, a my, w źle pojętym pragnieniu bycia szczerymi, nie sprowadzamy tej nauki do naszego poziomu. Natomiast to, że nie udaje mi się przełożyć całego Jezusowego kazania na górze na moje osobiste życie, nie upoważnia mnie, aby łagodzić ostrość słowa Bożego albo rozcieńczać je nieco swoistym wodolejstwem. W takim wypadku nie spełniam mego zadania i należę do tych złych pasterzy, których Bóg karci surowo w Księdze Ezechiela (zob. Ez 34).

Ofiarniczy charakter Eucharystii

Zmierzając dalej ku temu, co stanowi istotę Eucharystii, stajemy natychmiast wobec pytania: Czy Eucharystia jest tylko posiłkiem, czy ma także charakter ofiarniczy? Jak wszyscy wiemy, Kościoły katolicki i protestancki wielokrotnie spierały się na ten temat. Kontrowersje w dużej mierze biorą się stąd, że się wzajemnie źle rozumiemy. Podczas kiedy w katolicyzmie podkreśla się, że Eucharystia jest ofiarą, w protestantyzmie mówi się, że istnieje tylko jedna jedyna ofiara – ofiara krzyża Chrystusa. W Liście do Hebrajczyków czytamy przecież, że Jezus ofiarował siebie i uczynił to raz na zawsze (zob. Hbr 7,27). Kościół katolicki całym sercem przyznaje temu rację. Eucharystia nie jest żadną nową ofiarą, ale ofiarą Chrystusa, tą jedyną, która uobecnia się wśród nas tu i teraz. To prawda, że niektóre sformułowania Trydentu pozwalały na interpretacje, które sugerowały, że chodzi o zupełnie nową ofiarę. Od czasu II Soboru Watykańskiego możliwość takiego sposobu rozumienia jest wykluczona. Nie mówi się już, że ofiara Chrystusa jest odnawiana przez Kościół, ale że jest aktualizowana. Dzięki wiecznemu wymiarowi, jaki ma Chrystusowa ofiara, może się ona uobecniać pośród nas. Możemy w niej mieć swój udział tak bardzo, jak mieli udział Maryja i Jan, a nawet w pewnym sensie jeszcze bardziej, ponieważ głębiej rozumiemy to, co się w niej dokonuje.

Odpowiedź na pytanie o to, czy Eucharystia jest posiłkiem, czy ofiarą, brzmi zatem: Eucharystia jest ucztą ofiarną. Przez to, że Chrystus nie tylko jest jej Gospodarzem, ale i samym pokarmem, Eucharystia jest zarówno ucztą, posiłkiem, jak i ofiarą. Sam Jezus podkreśla ofiarniczy charakter Eucharystii. Nie mówi: „To jest Ciało moje, to jest Krew moja”. To właściwie by nie wystarczyło. On dodaje z naciskiem: „To jest Ciało moje, które za was będzie wydane, to jest Krew moja, która za was będzie wylana”. Te słowa – „wydane”, „wylana” – jasno pokazują, że Jezus odwołuje się tutaj do swej wielkiej ofiary, którą wypełni dzień później na Golgocie. Uczta eucharystyczna jest sakramentalną zapowiedzią śmiertelnej ofiary Jezusa na krzyżu. Równocześnie jest też i przedłużeniem tej wielkiej ofiary. Po śmierci Jezusa, aż do Jego „powtórnego przyjścia w chwale”, Kościół dzięki Eucharystii może być obecny w Jego ofierze.

Na krzyżu Jezus okazał miłość największą z możliwych: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13). Tam objawia się Boża chwała, chwała miłości w całym swym blasku. Okazuje się, że ma On rację, nazywając siebie samego Prawdą (J 14,6). Greckie słowo alétheia znaczy „coś, co nie jest już ukryte”. W Starym Przymierzu Bóg był Bogiem ukrytym, w Nowym się odsłania. Teraz już nie tylko możemy wiedzieć, ale i możemy zobaczyć, że najgłębszą istotą Boga jest miłość. U Lutra znajdujemy owo genialne sformułowanie: Crux probat omnia (krzyż tłumaczy wszystko, świadczy o wszystkim). Krzyż jest rozwiązaniem problemu teodycei. Kiedy stajemy wobec krzyża, to nie sposób wątpić o miłości Boga. Nie można oskarżać Boga ukrzyżowanego.

Można by sądzić, że miłość Boża, która jest wydaniem samego siebie, nie jest tak samo wyraźnie obecna w Eucharystii. W rzeczywistości jednak, dla tych, którzy mają oczy, aby widzieć, jest ona jeszcze bardziej wyraźna. Czy można być bardziej wydanym niż wtedy, kiedy samego siebie daje się za pokarm i napój? Na krzyżu nie natychmiast staje się jasne, że Jezus umiera za nas, że Jego śmierć jest naszym życiem. W Eucharystii to jest już krystalicznie jasne, że On wydaje się za nas i że wydaje się nam. My wyraźnie to wypowiadamy, w Kościele Szwedzkim wybrzmiewa to jeszcze dobitniej niż w katolickim. Podczas gdy kapłan katolicki, rozdzielając konsekrowany Chleb, mówi: „Ciało Chrystusa”, to kapłan Kościoła Szwedzkiego wypowiada słowa: „Ciało Chrystusa za ciebie wydane”.

Znaleźć życie na przekór cierpieniu i śmierci to zasadnicze orędzie Ewangelii. To orędzie głosi się bez przerwy w Eucharystii. W niej bezustannie świadczymy, że cierpienie i śmierć są owocne, że ten, kto gotów jest zaakceptować cierpienie i śmierć, staje się chlebem dla innych. To, co zdawało się bezsensem, czymś daremnym, okazuje się źródłem najwyższej płodności. „Nie ma nic, czego by nie zwyciężyła miłość, która cierpi”.

„To czyńcie na moją pamiątkę”, dopowiada Jezus. Tutaj jednakże chodzi o nader specyficzną pamięć. Kiedy spoglądam na fotografię mojej nieżyjącej już matki, przypominam ją sobie, ale nie mogę jej objąć. Jej tutaj nie ma. W Eucharystii inaczej – w niej to, co się pamięta, jest rzeczywiście obecne. Łacina kościelna znalazła słowo, które wyraża tę różnicę, a jest nim: memoriale. Memoria to zwyczajna pamięć, która oczywiście sprawia, że przeszłość staje się obecna w moich myślach, ale nie w rzeczywistości. Memoriale natomiast aktualizuje przeszłość tak radykalnie, że staje się rzeczywista tu i teraz. Zmartwychwstanie Jezusa nie jest tylko rzeczywistością przeszłości. Jego śmierć i zmartwychwstanie transcendują czas. Baranek jest zabity raz na zawsze. W niebie Baranek „stoi” jakby „zabity”, powiada Księga Apokalipsy (zob. Ap 5,6). I tak też jest w Eucharystii. W niej spotykamy i spożywamy zmartwychwstałego Pana jako zabitego. Tutaj czas i wieczność obejmują się nawzajem.

Wszystko pochodzi od Boga

W Eucharystii Oblubieniec oddaje się swej oblubienicy, Kościołowi. Byłoby dziwne, gdyby nie miało to wpływu na oblubienicę. Jeśli Go miłuje, to chce być jak On. Oblubieniec sam powiedział, że musimy wziąć swój krzyż i pójść za Nim. Gdy On się ofiaruje, to i ona powinna się ofiarować. Nie dlatego, że tego domaga się sprawiedliwość, ale ponieważ to przynależy do miłości – chcieć być razem i dzielić wzajemnie swój los. Kościół jest ciałem Chrystusa. Gdy Głowa Kościoła, Chrystus, się ofiaruje, to tym samym pociąga ze sobą całe ciało.

To niepojęty dar, móc mieć w tym uczestnictwo. W wieczności będziemy się cieszyć tym, że mogliśmy mieć w tym swój udział, że Bóg zechciał się nami posłużyć, aby wielkie zbawcze dzieło Jezusa również jakoś trochę było nasze. Bóg chce nas wynieść do swego własnego poziomu. Nie traktuje nas jak niemowlęta, które jedynie potrafią przyjmować. Pragnie, abyśmy i my mogli dawać, tak jak On daje. Traktuje człowieka jak swojego partnera. On miłuje nasze dary ofiarne nie dlatego, że ich potrzebuje, ale dlatego, że one podkreślają naszą wielkość. Nasza ofiara potwierdza, że naprawdę jesteśmy stworzeni na obraz Boży, że podobnie jak trzy Osoby Boskie nie tylko przyjmujemy, ale również dajemy. Jak mielibyśmy być włączeni w życie Trójcy Świętej i w Niej uczestniczyć, nie mogąc mieć udziału w Jej odwiecznym dawaniu się sobie nawzajem?

Według Lutra herezją było myśleć, że Kościół mógłby uczestniczyć w ofierze Chrystusa i sam z kolei siebie dawać. Jego zdaniem umniejszałoby to ofiarę Chrystusa, a to tak, jakby Jego ofiara nie była wystarczająca. Lecz wystarczająca do czego? Do pojednania Boga z nami? Przecież Bóg nigdy nie był naszym wrogiem, On nigdy nie odwrócił od nas swojego oblicza. To my, to człowiek musi się przemieniać, to on znów musi uwierzyć w Bożą miłość. Eucharystia jest wspaniałym Boskim sposobem okazywania nam tej miłości. Rzeczywiście, z całą powagą wierzyć w Bożą miłość znaczy na nią odpowiadać. Miłość domaga się, tęskni za wzajemnością. Sic nos amantem quis non redamaret (Kto nie chce miłować Tego, który tak umiłował?) – od stuleci wyśpiewuje lud chrześcijański w adwentowej pieśni Adeste fideles. Gdy On całkowicie się ofiaruje, także i my chcemy coś ofiarować. W Eucharystii manifestuje się to ofiarowaniem chleba i wina, doprawdy małą i ubogą ofiarą, ale symbolizującą nasze życie, to wszystko, co mamy i kim jesteśmy. Ofertorium jest ważnym momentem Eucharystii. „Msza święta jest przede wszystkim ofertorium”, pisze Jonas Jonson w czasopiśmie „Pilgrim” 4. Pamiętam, że gdy byłem dzieckiem, uczono nas, byśmy w myślach składali na patenę naszą małą ofiarę, nasze dobrowolne małe umartwienia, ale i nasze niewielkie kłopoty. W ten sposób uczyliśmy się aktywnie uczestniczyć w Eucharystii.

Jednak ofertorium, składanie wina i chleba, to dopiero pierwszy krok. Kiedy te dary stają się Ciałem i Krwią Chrystusa, Kościół nie może ich zatrzymać dla siebie. Ma świadomość, że wszystko pochodzi od Boga, i w postawie dziękczynienia na powrót Mu to oddaje. Czyni tak, jak Jezus, który mówi do Ojca: „Wszystko bowiem moje jest Twoje, a Twoje jest moje” (J 17,10). Kościół jest włączony w trynitarny strumień, w którym wszystko pochodzi od Ojca i wszystko do Niego powraca.

Kościół od początku wyrażał to w głównej części Eucharystii, tak zwanej modlitwie eucharystycznej, wielkiej modlitwie dziękczynienia. Modlitwa eucharystyczna ma bowiem swoje korzenie w wielkiej modlitwie dziękczynienia, którą odmawiał ojciec rodu podczas wieczerzy paschalnej. To w ramach tej dziękczynnej modlitwy (eucharistésas, pisze św. Marek – Mk 14,23) Jezus ustanawia właśnie Eucharystię. W jednej z najstarszych modlitw eucharystycznych, pochodzącej jeszcze z czasów Hipolita (III wiek), czytamy: „[…] ofiarujemy Tobie, Boże, Chleb życia i Kielich zbawienia i dziękujemy, że nas wybrałeś […]”.

Kościół – i każdy z nas z osobna – staje z nieskończoną wdzięcznością wobec Boga. Nie wiemy, jak Mu dziękować. Powtarzamy za Psalmistą: „Czym się Panu odpłacę, za wszystko, co mi wyświadczył?”. Jednak jest na to odpowiedź: „Podniosę kielich zbawienia” (Ps 116,12–13). Kielich zbawienia zawiera Krew Chrystusa. Ten kielich umożliwia doskonałe dziękczynienie, dziękuję na miarę Boga. Równocześnie Kościół wie i chętnie o tym mówi, że to, co ofiaruje Bogu, nie jest czymś, co sam sprawił. „[…] składamy Twojemu najwyższemu majestatowi z otrzymanych od Ciebie darów […] ”, powtarza. Niczego Bogu nie odbiera. Cała chwała jest Jego.

I znowu, nie jest to żadna abstrakcyjna spekulacja, ale ma to konsekwencje w naszym życiu. W Eucharystii kapłan odgrywa najważniejszą rolę. Bez niego nie ma Eucharystii. To kapłan odczytuje słowa konsekracji. Zgodnie z tradycyjną teologią kapłan występuje in persona Christi. Na mocy święceń kapłani tak identyfikują się z Chrystusem, tak są Nim naznaczeni i przez Niego ukształtowani, że mogą użyczać Mu swego głosu i mówić o Jego Ciele tak, jakby było ich własnym ciałem. Są wydani jako Chrystus i z Chrystusem. W tym momencie pasują do nich słowa św. Pawła: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20).

Radość kapłana

„[…] tak jak On jest [w niebie], i my jesteśmy na tym świecie” – czytamy w Pierwszym Liście św. Jana (4,17b). Choć słowa te dotyczą wszystkich chrześcijan, kapłani powinni rozumieć je jako imperatyw, który w sposób szczególny ich dotyczy.

Jeżeli ja, jako kapłan, nie żyję w głębokiej przyjaźni z Chrystusem, jeśli On nic dla mnie nie znaczy w codziennym moim życiu, lecz jedynie wówczas, gdy głoszę kazania i sprawuję Mszę Świętą, to jestem aktorem, hipokrytą i nieszczęściem dla Kościoła. Kłamstwem jest sprawować Eucharystię i być rzecznikiem Chrystusa, a jednocześnie nie być głęboko z Nim złączonym. „Osobiste życie z Bogiem ojców duchownych – oto miejsce największego kryzysu w Kościele obecnej doby”, mówił Peter Halldorf w niedawno opublikowanym wywiadzie. Kryzys Kościoła jest przede wszystkim kryzysem kapłanów i pastorów.

Kapłaństwo to nie zawód, lecz powołanie. „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem” (J 15,16). Bóg kładzie swoją rękę na człowieka i mówi: „Jesteś mój”. A człowiek odpowiada: „Oto jestem”. Powołanie ma zawsze swój początek w osobistym zawołaniu Pana i osobistej odpowiedzi człowieka.

Święty Marek opowiada, jak to Jezus powoływał apostołów. „I ustanowił Dwunastu, aby Mu towarzyszyli, by mógł wysyłać ich na głoszenie nauki” (Mk 3,14). Grecki tekst formułuje to nieco ostrzej: „On sprawia, żeby Dwunastu było z Nim (hína ôsin met’autoű)”. Ewangelia tylko raz mówi nam o wysłaniu uczniów, natomiast wciąż powtarza, że uczniowie byli z Nim. Jeżeli rozdzielimy te dwie sprawy, jeżeli nie będziemy zatroskani o to, by z Nim być, a siebie będziemy traktować tylko jako Jego wysłańców, to powstanie w nas głębokie rozdarcie.

Chrześcijaństwo nie jest przede wszystkim jakąś koncepcją oraz reakcją na nią, którą należy rozumieć, ani nie jest liczbą spraw, które należy załatwić. Chrześcijaństwo to Ktoś do pokochania. Kapłani i pastorzy z definicji są ludźmi pochwyconymi przez Chrystusa, którzy mogą świadczyć o tym, że On jest ich wielką radością. Trudno by było zobaczyć, jak my, kapłani, możemy odpowiadać na nasze powołanie, gdybyśmy się nie cieszyli możliwością sprawowania Eucharystii. To tutaj jesteśmy najbardziej sobą, działamy przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie. Tutaj jesteśmy najbardziej Chrystusem. Już sama święta czynność skłania nas, by wraz z Nim być Eucharystią, być ludźmi oddającymi siebie, ludźmi ofiarowanymi. Nie możemy wypowiadać słów konsekracji „bierzcie i jedzcie z tego wszyscy”, nie wypowiadając ich także wobec siebie samych.

Co to konkretnie znaczy, pokazuje nam Jezus podczas umywania nóg. Wielu intrygowało to, że Ewangelia według św. Jana nie wspomina o ustanowieniu Eucharystii. Oczywiście u św. Jana znajdziemy Jezusa mówiącego o chlebie życia (zob. J 6,22–59), jednak w przeciwieństwie do Synoptyków Jan nigdy nie opowiada o tym, że Jezus wziął chleb i wino i powiedział: To jest ciało moje, to jest krew moja. Natomiast jest on jedynym Ewangelistą, który mówi, że Jezus wstał od stołu, zdjął szaty, przepasał się prześcieradłem i zaczął umywać uczniom nogi (zob. J 13,1–17). Tutaj tkwi rozwiązanie zagadki. Jest to bowiem tekst eucharystyczny. Tam, gdzie Mateusz, Marek i Łukasz opisują samo ustanowienie Eucharystii i przytaczają słowa Jezusa, Jan wskazuje na sens Eucharystii. Opowiadanie o umywaniu nóg wyjaśnia nam tę rzeczywistość, którą wyraża Eucharystia.

Umywanie nóg swemu panu było czymś, czego można było wymagać od niewolnika niebędącego Żydem. Żydowski niewolnik uznawał tę czynność za uwłaczającą jego godności i nie mógł być do niej zobowiązany. Jezus nie umywa nóg swemu panu, lecz umywa nogi swoim uczniom. Odsłania przez to istotę Boga. Bóg chce być sługą ludzi. Jezus pokazuje, że służba ma Boski charakter.

To, co wyrażają symbole eucharystyczne – że Jezus chce być pokarmem i napojem dla tych, których miłuje – Jezus pokazuje, umywając nogi apostołom. Aby nikt błędnie nie zrozumiał eucharystycznych symboli, Jezus konkretnym czyni to, na co symbole wskazują. Staje całkowicie oddany do dyspozycji swoich uczniów. W całej pełni im służy.

Hans Urs von Balthasar (1905–1988) pisał, że ostatni i decydujący czyn Jezusa jest dramatem w trzech aktach. Akt pierwszy to umywanie nóg, drugi to ustanowienie Eucharystii, a trzecim jest śmierć Jezusa na krzyżu. Te trzy akty to jedno, one razem stanowią jeden dramat, podobnie jak Ojciec, Syn i Duch są jednym Bogiem. Trzy akty dramatu mają tę samą treść, ale każdy z nich wyraża ją na swój własny sposób. Słowem kluczowym, streszczającym cały dramat, jest miłość albo raczej miłość najwyższa. Na trzy różne sposoby Jezus ukazuje tę najwyższą miłość. Akt pierwszy przedstawia nam, że miłością jest być sługą wszystkich, drugi – że miłość to stać się pokarmem i napojem dla tych, których się miłuje, a trzeci – że miłość to oddać swoje życie.

Kościół zawsze był świadom jedności tych trzech aktów. Dlatego się nie waha, by pozwolić nam czytać opowieść o umywaniu nóg w Wielki Czwartek, pomimo że w tym dniu czcimy ustanowienie Eucharystii. Umywanie nóg i Eucharystia mówią o tym samym, wyrażają tę samą najwyższą miłość. I oba się kończą takim samym wezwaniem: „Dałem wam przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem” oraz „To czyńcie na moją pamiątkę”.

Jako kapłani jesteśmy w sposób bardzo szczególny obleczeni w Chrystusa. Święcenia odciskają na nas niezatarte znamię (character indelebilis). Kapłanem pozostaje się w czasie i na wieczność. To znamię Chrystusowe sprawia, że staliśmy się ludźmi wydającymi siebie, ofiarującymi siebie, sługami.

Jednak sprawą najwyższej życiowej wagi jest to, abyśmy w naszej posłudze nie stracili kontaktu z Chrystusem. Jeżeli z naszej posługi uczynimy jakąś abstrakcyjną zasadę, to wszystko będzie pomyłką i grozi nam ryzyko wypalenia. Jeśli nasza posługa nie ma swego początku w Nim, jeśli nie On nas inspiruje, jeśli nie On oraz Jego Duch nas niesie, to jesteśmy puści i wyschnięci jak Sahara. Nie uda się nam zaspokajać pragnienia ludzi życiodajną wodą, jeśli nie mamy kontaktu ze źródłem. Jeżeli czerpiemy z własnych zasobów, to szybko nastąpi koniec i pójdziemy, rzecz biorąc dosłownie – na bezrobocie. Może chcielibyśmy objąć cały świat i rozkładamy swoje ramiona tak szeroko i z takim impetem, że je opuszczamy. Chodzi o to, byśmy pozwolili, aby wszystko wypływało z naszego centrum. Aktywność, jakkolwiek wspaniała by była, jeśli nie będzie zakorzeniona w naszym centrum, jakim jest Chrystus, osłabia nas i niszczy.

Najbardziej scentralizowaną siłą, która istnieje, jest modlitwa. Jeżeli nie znajdujemy czasu na to, by być z Chrystusem, aby było to nasze „poufne i przyjacielskie z Bogiem obcowanie i wylewna, po wiele razy powtarzana rozmowa z Tym, o którym wiemy, że nas miłuje” 5, jak pisała św. Teresa z Avili, to nasze życie będzie jednym wielkim zamętem. Jeżeli mamy dużo, może zbyt dużo do zrobienia, to rozwiązanie prawie zawsze jest tylko jedno – poświęcić więcej czasu na modlitwę. Modlitwa uczy nas odróżniać to, co ważne, od tego, co nieistotne; uczy nas priorytetów, spokojnej pracy, a tym samym oszczędności energii. Modlitwa daje siłę naszym słowom i działaniu, w wyniku czego potrafimy zrobić więcej, a z mniejszym trudem. Doświadczenie Kościoła, szczególnie zaś świętych uczy nas, że prawdziwa modlitwa nie uszczupla zdolności do pracy, ale je zwiększa i pomnaża. Inaczej być nie może. Jezus podał nam przecież dwie podstawowe zasady: „Beze Mnie nic nie możecie uczynić” i „Jeśli kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity” (J 15,5).

przeł. Justyna Iwaszkiewicz

1 Prezentowany tekst jest prelekcją wygłoszoną przez autora 28 marca 2007 roku w kościele w Vårdnäs w czasie spotkania duszpasterskiego szwedzkich pielgrzymów, kapłanów i pastorów, a wydaną w serii „Silentium Liturgia”, nr 3, Malmö 2007. 
2 Zob. LG 11. 
3 List Ignacego do Rzymian, nr 2. 
4 „Pilgrim” 3/2006, s. 38. 
5 Księga życia, 8,5.

Medytacja o Eucharystii
Wilfrid Stinissen OCD

(ur. 10 stycznia 1927 r. w Antwerpii, Belgia – zm. 30 listopada 2013 r. w Tågarp, Szwecja) – belgijski karmelita bosy, doktor filozofii, współzałożyciel klasztoru w szwedzkim Norabby, znany w całej Skandynawii rekolekcjonista, ważna postać nie tylko szwedzkiego chrześcijańst...