Medytacja o zwiastowaniu i bojaźni Bożej

Medytacja o zwiastowaniu i bojaźni Bożej

W bojaźni Józefa współgra „misterium tremendum” i „misterium fascinosum”, w bojaźni Maryi jest tylko „misterium fascinosum”.

Prehistoria zapisana na dnie ludzkiej duszy

On odpowiedział: Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się
(Rdz 3,10)

Po upadku człowiek tak się zachowuje, gdy uświadamia sobie bliskość Boga. Dziesiąty werset trzeciego rozdziału Genesis ma tak samo, jak cały jej początek, znaczenie paradygmatyczne. Tak będzie zawsze. To „przestraszyłem się” będzie za każdym razem emocjonalną reakcją na nastawanie Bożej obecności. Ów „przestrach” jest złożony. Stanowi mieszaninę lęku przed Bogiem i bojaźni Bożej.

Tam, gdzie jest lękiem, będzie skutkował ucieczką i ukryciem. Konkretnym wyrazem tego przestrachu jest strach przed ofiarą, przed samooddaniem. Lękamy się jakże często działającej incognito opatrzności Bożej, gdy porusza i wstrząsa nieoczekiwany obrót spraw w życiu. Lękamy się działającego Boga, gdy uciekamy przed własną płodnością, gdy nie potrafimy zaakceptować cierpienia. Symbol „przestrachu” oznacza nie tylko te lęki, ale także odnosi się do niemalże instynktownego unikania sytuacji, w których dotarłoby do nas Boże życzenie, w których światło Bożej prawdy padłoby na to, czego poznać w sobie nie chcemy. Ile razy muśnięci zaledwie niepokojem, poruszeniem serca, które trwa krócej niż mgnienie oka, wymijamy to, co budziłoby z odrętwienia nasze sumienie, wytrącałoby ze stanu bezduszności, duchowego marazmu, całej martwoty wybranego i realizowanego sposobu życia, jego ustalonego i uporczywie bronionego status quo, nad którym chcemy mieć niepodzielną władzę. Ten wymiar strachu w owym „przestraszyłem się” będzie za każdym razem żywym udziałem diabła.

Jednak jest też tu udział Boga. To właśnie bojaźń. Jest nią owo drżenie, które wywołuje w człowieku przybliżająca się obecność Boga. Bojaźń Boża nie jest strachem przed Bogiem. Zjawia się po upadku jako przewidziany dar dla człowieka. Uprzednio stworzona jest pasywnie i skrycie obecna w ludzkim sercu na wypadek, gdyby człowiek zdecydował się pójść własną drogą. Jest uprzedzającym darem troskliwej Bożej miłości, jest niezbędnym wyposażeniem na taki trudny czas. Bojaźń Boża jest zdolnością rozpoznawania Boga z oddalenia, zdolnością reagowania na Niego poprzez dystans, który zaistniał. W emocji współwyznaczającej bojaźń odbija się miara rzeczy w relacji upadły człowiek — Bóg, odsłania się prawda tej relacji.

Podstawowym nieszczęściem po upadku jest beznadziejne roztrwanianie tego daru. Tam, gdzie jego rozproszenie jest zaawansowane, tam człowiek nieodwołalnie ślepnie na Boga, na Jego obecność. Traci Jego żywe doświadczenia, chociaż wciąż jeszcze może umieć o Bogu perorować. Bez doświadczenia bojaźni, bez tego poruszającego doświadczenia odniesienia siebie do Bożego majestatu człowiek jest w najdosłowniejszym sensie istotą zagubioną. Może znać wszelkie tajemnice stworzonego świata, może błyszczeć moralnie, a mimo tego jest doskonale zagubiony. Nie przeżywa tego, co go fundamentalnie określa, co go ustanawia. Dopiero doznanie bojaźni „empirycznie” odsłania nam, kim naprawdę jesteśmy — istotą, którą określa odniesienie do Boga — istotą stworzoną wobec Stworzyciela, skończoną wobec Nieskończonego, grzeszną wobec Świętego, czasową wobec Wiekuistego. Nade wszystko poprzez doznanie bojaźni dowiadujemy się, że jesteśmy oddaleni od Boga, że pomiędzy nami zieje przepaść istotowej różnicy, przepaść natur i przepaść grzechu. Grzech pychy, w którym poprzez złudzenie swą samodzielnością i znaczeniem odcinamy się niemalże doskonale od Boga, by móc zagnieździć się w ludzkim sercu, potrzebuje tego, by najpierw zamarła w nim bojaźń.

Są dwa zupełnie podstawowe wymiary bojaźni. Człowiek świadom swej słabości, kruchości własnego istnienia będzie boleśnie przeżywał doznanie bliskości Boga, będzie go ta obecność zachwycać, a zarazem będzie go wstrząsać i przerażać nastawanie mocy Bożego istnienia. Będzie rozpoznawał do bólu, że przed Bożym obliczem jest nicością, prochem. Bolesność kontaktu z transcendującym nas stworzonym światem jest niczym wobec przeraźliwie przejmującej potęgi Bożego istnienia. Zachwycająca, a zarazem wstrząsająca jest obecność Bożego istnienia. Oddalenie od Boga każdego z nas jest tak potężne, że to uczucie w potędze swej intensywności jest ludziom praktycznie obce. Znają je ci, którzy byli w Bożej bliskości na ziemi: Mojżesz, prorocy. Zostawili tego świadectwo. Badania nad ludzkim doświadczeniem religijnym odsłaniają ślad tych doznań w tym, co nazywa się misterium tremendumfascinosum. To pierwszy wymiar bojaźni.

Drugim jest świadomość własnej nicości moralnej wobec Bożej świętości. Człowiek rozpoznaje, że nie ma w nim tego, co pozwala na udział w Bogu, na chociażby trwanie w Jego obecności. Rozpoznaje to poprzez doświadczenie własnej niegodności, radykalnego braku świętości. Ludzie o uwrażliwionym sumieniu pragnący gorąco Boga rozpoznają swój brak prostoty, miłości, pokory. Ustawiczna modlitwa Jezusa praktykowana dzień i noc przez świętych pustelników nie jest żadną przesadą, ale właśnie dobiciem się na swojej duchowej drodze do tego stanu własnego ducha, który zaraz po upadku określa też Adama, w którym człowiek osiąga prawdziwe czucie własnej kondycji moralnej. Bez zbliżenia Boga, bez odpowiedniej bliskości Boga jesteśmy na ten obraz własnego wnętrza generalnie ślepi. Szymon, który mówi do Jezusa: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”(Łk 5,8), doskonale wyraża to, o co tu chodzi.

Na krawędzi czasów

I wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści się odrośl z jego korzenia. I spocznie na niej Duch Pana, duch mądrości i rozumu, duch rady i męstwa, duch wiedzy i bojaźni Pana. Upodoba sobie w bojaźni Pana (Iz 11,1–3).

Dawid, syn Jessego, który figuruje jako praojciec w rodowodzie i Maryi, i Józefa, jest niewątpliwie tą postacią w Starym Testamencie, której najbardziej własnym imieniem jest bojaźń Pańska. Ona ustanawia jego ducha. Modlitwy, czyny, a także grzechy Dawida najpełniej dają się zrozumieć właśnie jako przeróżne manifestacje tego rdzenia duchowego. On żyje bojaźnią Jahwe. Na pierwszy rzut oka religijność Dawida wygląda jak bardzo staranne zabieganie u Boga o własną pomyślność. Jest to jednak interpretacja zwodnicza. Dawid rozgrywa swe życie w obliczu obecności Bożej. Toczy się ono jako udana lub nieudana reakcja na tę obecność. Gdy trzeba, bojaźń Dawida przejawia się w ufności, innym razem w wołaniu o pomoc. I ufność, i błaganie nie są u niego jak u większości ludzi okazjonalne. Są przejawem jego ducha, trwałą wolą przebywania w obecności Boga. Gdy doświadczenie tej obecności słabnie, to król się modli modlitwą błagalną, gdy nasila, uwielbia Pana Zastępów. Gdy o Nim zapomina, to grzeszy. Jego grzechy są grzechami przeciw własnemu imieniu, przeciw bojaźni niezależnie od tego, co jest ich materią. Grzech liczenia ludu jest widomie grzechem przeciw bojaźni, bo ingeruje w to, co do Boga tylko należy. Grzech przewrotności, zabójstwa Uriasza i nieczystości u swego dna jest także takim grzechem. Dawid wszystko przyjmuje jako pochodzące z Bożej dłoni. Zawsze o to prosił lub dziękował, a w przypadku Batszeby działa sam. Jako grzech przeciw bojaźni widzi łajdactwo króla sam Pan, gdy ustami proroka Natana powie: „albowiem Mnie zlekceważyłeś”. Zapomniał o Bożej obecności. I tak jest ze wszystkim w jego życiu. Zadziwiającey szacunek dla oszalałego króla Saula jest wyrazem bojaźni wobec Boga, który go wybrał i rękoma proroka namaścił. Sprawiedliwość Dawida jako władcy, jego wolność w uwielbianiu Boga, jego niemalże absolutny słuch na Boga biorą się z głębi jego ducha, który określa bojaźń Boża. Duch Pana, przemawiając przez ostatnie słowa Dawida, wypowie właśnie takie jego imię: „Kto sprawiedliwie rządzi człowiekiem, kto rządzi w Bożej bojaźni, jest jak światło poranka, kiedy wschodzi słońce, bezchmurnego poranka, co uperla po deszczu ruń ziemi” (2 Sm 23,3–4).

Spadkobiercami tego rodzaju duchowego dziedzictwa są Maryja i Józef. To dziedzictwo dojdzie do głosu podczas zwiastowania.

Zwiastowanie Maryi

Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby oznaczać to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca Dawida (Łk 1,29–32).

Jaka jest bojaźń Maryi, w której upodobał sobie Duch? Nie jest pomieszana ze strachem, jak ma to miejsce u każdego z nas. Każdy bohater biblijny nosi w sobie oba elementy tego pradawnego „przestraszyłem się” — bojaźni i numinotycznego strachu, które ujawniają się, gdy człowiek odczuwa przybliżenie Boga — słyszy Jego głos, widzi znaki, uświadamia sobie obecność anioła Pańskiego. Tak dzieje się z Hagar (Rdz 16,13), Mojżeszem (Wj 3,6), Gedeonem (Sdz 6,23), Izajaszem (Iz 6,5), Dawidem po śmierci Uzzy (2 Sm 6,9), Zachariaszem (Łk 1,12). „W całej Biblii Maryja jest chyba jedyną osoba, która w tej sytuacji nie okazuje przerażenia” (M. Szamot). To niejako biblijny dowód na niepokalane poczęcie Maryi. Ona jest spoza tej rzeczywistości, której dotyczy Adamowe wyznanie: „przestraszyłem się”. Natomiast pełna jest łaski, pełna bojaźni Bożej. W niej ma upodobanie Duch Pana.

Tomasz z Akwinu pisał o bojaźni nadprzyrodzonej jako o tej, która pozostanie w nas nawet w niebie. Argumentem było dla niego zdanie psalmisty: „Bojaźń Pańska święta, trwająca na wieki”. Akwinata twierdzi, że rośnie ona wraz ze wzrostem miłości do Boga. Trzeba pójść za tą jego intuicją. W ramach tego rodzaju miłości, którym jest miłość człowieka do Boga, bojaźń Boża zajmuje miejsce poczesne. Jest ona wyrazem tej miłości, wyrazem w jakiejś mierze analogicznym do szacunku w miłości do rodziców. Są ludzie, których nie kocham, a mimo to darzę ich szacunkiem. Rodziców kocham, a mój szacunek do nich spożytkuję jako wyraz mojej miłości. Istnieje też bojaźń Boża, która nie jest wyrazem miłości. Ta analogia z szacunkiem coś wyjaśnia, ale to ciągle niewiele. Innym, ale też chyba ciągle dalekim obrazem tego, co tutaj ma miejsce, jest doświadczenie dystansu zakochanej wobec piękna ukochanego. To piękno onieśmiela. Onieśmielenie nie bierze się z nieśmiałości, która być może jest cechą jej charakteru, ale jest efektem wpływu, jaki na kochającą wywierają jakości aksjologiczne ukochanego.

Bojaźń Boża, gdy nie jest wyraźnym wyrazem miłości człowieka do Boga, to i tak jest zachwyceniem i przejęciem Boskim majestatem. Wywołuje powinność modlitwy chwalebnej, pragnienie adoracji, uwielbienia. Oddanie chwały jest właściwą odpowiedzią człowieka na majestat Boga. Miłość, która zaczyna wyrażać się poprzez bojaźń Bożą, jest zachwytem onieśmielonym, w którym człowiek pragnie Boga. Z tym onieśmieleniem wobec piękna stowarzysza się pragnienie przebywania w obecności Pana. Dotychczasowy dystans nie zadowala, chociaż brak śmiałości, by go przekroczyć, chociaż człowiek sam tego dystansu już nie zmniejszy. Może tylko pragnąć. Bojaźń Boża staje się wyrazem miłości, gdy stapia się z pragnieniem Boga, z tęsknotą za Jego obecnością, Jego zbliżeniem. Tak chyba jest z tajemnicą bojaźni Maryi.

Obecność Gabriela, który „wszedł do Niej” wywołuje zmieszanie. Zmieszaniem, a nie strachem, przerażeniem reaguje Maryja na zbliżenie Boga. Zachowuje się jak człowiek kochający, który doznał upragnionego a onieśmielającego zbliżenia ukochanego. Dar uwagi ukochanego tyle zachwyca, co konfunduje.

Zwiastowanie Józefowi

(…) oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów (Mt 1,20–21).

Jaka jest bojaźń Józefa, w której także ma upodobanie Duch Pana? Jest radykalnie inna niż u Maryi. Józef ma za sobą walkę duchową, o której niesłychanie dyskretnie sygnalizuje Ewangelia. Okropieństwo tej walki było pewnie odwrotnie proporcjonalne do lapidarności i enigmatyczności zdania, które na nią wskazuje. Józef ją wygrał, ale potęga i złośliwość pokusy dotknęła boleśnie jego wnętrza. Istnieje taka intensywność pokusy, że kuszony doznaje niemalże namacalnie jej zła. Traci rozeznanie, czy jej uległ, czy się oparł. Nad Józefem przewaliło się piekło, ale nie skalało jego duszy ani podejrzliwością, ani rozczarowaniem, ani zazdrością, ani zwątpieniem, ani kombinowaniem, jak pozbyć się Maryi i pozostać sprawiedliwym, a jej nie dokuczyć ani chęcią zemsty, ani urażoną dumą. Im większa jest prostota Józefa i jego sprawiedliwość, tym bardziej bolesne są pokusy, których wir uruchamia odkrycie brzemienności Maryi. O tej walce, o tym wstrząsającym zmaganiu, które stało się udziałem Józefa, o tym bolesnym poznaniu zła przez człowieka sprawiedliwego, wie anioł. Nie mówi jak Maryi o wiecznym królowaniu Jezusa, ale o Jego zbawiającej mocy: „On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów”. Jak dobrze umie docenić Józef anielską wieść! Jakim jest dla niego błogosławieństwem. Zbawcza moc Jezusa dotyka go jako zapowiedź, która przychodzi po tym, gdy zaznał cierpienia pokusy, gdy poznał zło pod postacią możliwości. Ta obietnica koi i uspokaja jego ducha — rzeczywiście wyzwala.

Zwycięstwo Józefa w jego duchowej walce nie polegało tylko na oparciu się pokusie podejrzliwości, zazdrości, rozczarowania w miłości, ale na rozpoznaniu Bożej ingerencji w los Maryi, w jej brzemienność. I znowu, tylko jego prostota pozwoliła mu dojrzeć Boga. Jeśli Maryja nie została zgwałcona w podróży do Elżbiety, jeśli nie zdradziła Józefa, to mógł zaingerować tylko Pan. Nie było trzeciej możliwości, obojętnie jak bardzo nieprawdopodobna była ta ostatnia. „Kiedy święty Józef uświadomił sobie, że Matka Najświętsza jest brzemienna, zrozumiał od razu, że stała się Ona własnością Boga i jest niepodzielną własnością Jego samego. Ogarnęła go bojaźń Boża. Chciał uciec. Poczuł się niegodny i niepotrzebny. Bóg będzie się Nią opiekował, nie on, bo cóż znaczy wobec Najwyższego” (ks. J. Twardowski). Bojaźń Józefa jest uczuciem niegodności. On także pragnie Boga, ale gdy rozpozna Jego zbliżenie, to przeżywa swoją małość wobec Bożej świętości. Pragnie oddalić od siebie Maryję — Boże naczynie. Wspaniale przeżywa dar bojaźni, ale inaczej niż Ona. On czysty i sprawiedliwy, prosty i pokorny, który w cierpieniu pokusy odsunął nawet możliwość zła, widzi siebie jako nieskończenie niegodnego, by opiekować się Dziewicą, która pocznie i porodzi Syna. Tym samym staje w rzędzie sędziów, proroków, których bojaźń wyraża się jako misterium tremendum. Jego duch jest inaczej uformowany niż duch Maryi. W nim zieje ta sama otchłań po grzechu pierworodnym, co i w nas. To przez nią wdzierała się pokusa, to przez nią zło jest na wyciągnięcie ręki. Józef jest duchowym synem Adama, Maryja nie. W bojaźni Józefa współgra misterium tremendummisterium fascinosum, w bojaźni Maryi jest tylko misterium fascinosum.

Nowy eon — „nie bój się”

I Maryja, i Józef słyszą „nie bój się”. Język polski zlał dwa znaczenia w jedno. Gdy mówimy „nie bój się”, to nie wiadomo, które z nich mamy na myśli. Obecnie zwrot ten znaczy już tylko: nie odczuwaj strachu, nie lękaj się. W słowach anioła skierowanych do Maryi i Józefa nie chodzi o strach przed Bogiem. Oni go nie odczuwają, bo są pełni nie strachu, ale bojaźni. Anioł powiada do nich: „nie odczuwajcie bojaźni Bożej”. Anioł oznajmia wolę samego Boga, Jego słowo. Zastanawiające. Bóg znajduje upodobanie w bojaźni Maryi i Józefa, według słów proroka Izajasza upodobanie szczególne, a mimo tego nakazuje im nie okazywać bojaźni, która jest najwłaściwszym zwrotem ku Panu Zastępów. Czyż można prosić, by ktoś zaparł się swojej natury? Czyż można żądać, by człowiek odstąpił od tego, co najwłaściwsze? Boże słowo jest sprawcze. Nie tylko ogłasza, ale i stwarza sobą nową rzeczywistość. Za tym „nie bój się” nie stoi niezrozumiałe polecenie, ale odsłania się nowa rzeczywistość. Bóg mocą swej suwerennej decyzji zniesie dystans pomiędzy człowiekiem a Sobą, określi Go od nowa, zbliży się na sposób, który przekroczy wszelką ludzką wyobraźnię. Anioł każdym słówkiem swego przesłania to wieści. Nawet tym najdrobniejszym.

Bóg nie wypiera się swego daru, którym dla człowieka jest dar bojaźni Bożej — żywej reakcji ludzkiego serca na obecność Pana. Polecenie anioła oznacza przygotowanie Maryi i Józefa na nowy rodzaj Bożej bliskości, na zbliżenie się Boga w Jezusie Chrystusie. Anioł mówi tylko tyle, ile potrzeba: nie bójcie się bliskości Boga. Wasza bojaźń jest wspaniałym wyrazem waszej miłości i pobożności, ale przychodzi nowy czas. Pełne rozumienie anielskiego polecenia odsłoni dopiero przyszłość. Na razie słowa „nie bój się” mają usposobić ich do wypełnienia jedynej w swoim rodzaju misji. Anioł nie opuści Maryi, gdy ta stoi zmieszana ze swoją niewyznaną miłością, ale Pan wyleje na nią Ducha Świętego, osłoni swą mocą i Maryja pocznie Jezusa–Syna Bożego. Józef posłuszny uczyni, jak mu kazano, i dzięki łasce Bożej będzie trwał w niewyobrażalnej dla tego prawowiernego Żyda sytuacji.

W przyszłości Jezus nie odstąpi od Piotra, gdy ten świadom swej grzeszności poprosi Go o to. Powtórzy tylko takie samo „nie bój się”. Umyje mu nogi pomimo protestów. Z przyjściem Jezusa zmienia się odległość pomiędzy Bogiem i człowiekiem. Jezus wkracza w sam środek ludzkiej grzeszności, słabości. Syn Boży likwiduje w ten sposób jeden z wymiarów bojaźni. Wobec Jezusa nie ma sensu przeżycie bojaźni wyrastającej z poczucia przepaści pomiędzy naszą grzesznością a Jego świętością. Jego świętość bowiem objawia się jako wzięcie na siebie naszych grzechów, jako nieugięta wola przebywania w samym rdzeniu ludzkiej słabości.

Widać, że o niezwykłym przybliżeniu Boga do człowieka w Jezusie opowiadają nie tylko śpiewający aniołowie, świadectwo temu dają nie tylko ludzie prości, mędrcy, prorocy, ewangeliści, ale świadczy o nim także drobne, niepokaźne słówko anielskiego zwiastowania.

Pozwala ono tej medytacji trwać i rozwijać się dalej wokół pytania, jak wygląda bojaźń Boża w obliczu Jezusa? Upodobanie Pana do bojaźni przecież nie maleje. Ciągle jest ona darem Ducha Świętego. Ciągle jest początkiem mądrości. I teraz w mocy pozostaje pouczenie Salomona, że żadna cena nie jest za wysoka, by zrozumieć bojaźń:

Jeśli, synu, nauki me przyjmiesz i zachowasz u siebie wskazania; ku mądrości nachylisz swe ucho, ku roztropności nakłonisz swe serce; tak, jeśli wezwiesz rozsądek, przywołasz donośnie rozwagę, jeśli szukać jej poczniesz jak srebra i pożądać jej będziesz jak skarbów — to bojaźń Pana zrozumiesz, osiągniesz znajomość Boga (Prz 2,1–5).

Duch Pana ma dalej szczególne upodobanie w bojaźni Pańskiej. Jaka ona jest wobec Jezusa?

Medytacja o zwiastowaniu i bojaźni Bożej
Marian Grabowski

urodzony w 1951 r. – doktor habilitowany fizyki teoretycznej, profesor zwyczajny nauk humanistycznych i kierownik Zakładu Filozofii Chrześcijańskiej Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autor p...