Mentalność Kalego, czyli otwartość zamknięta

Mentalność Kalego, czyli otwartość zamknięta

News goni newsa, skandalik za skandalikiem, coraz trudniej rozróżnić fakty od opinii, a opinie od zwyczajnych bluzgów. Czasem dzwonią dziennikarze i proszą o komentarz. Na przeróżne tematy. Wczoraj sympatyczna dziewczyna z Antyradia zadała mi dwa pytania: Co sądzić o występach muzyków rockowych śpiewających o Panu Jezusie przed jakimś kościołem w Bogocie? Co Kościół sądzi o eksperymencie (zderzanie protonów) przy użyciu akceleratora w ośrodku badawczym CERN pod Genewą? Na to ostatnie pytanie miałem ochotę odpowiedzieć, że Kościół oczekuje, iż – o ile w wyniku eksperymentu nie powstanie czarna dziura, która nas wszystkich wchłonie – doświadczenie niezbicie udowodni istnienie Boga. Jednak powstrzymałem się w obawie, że ktoś może się nie zorientować, iż żartowałem.

Ojciec Dyrektor od dawna nie palnął publicznie niczego, co media – ku uciesze gawiedzi – mogłyby poddać wielodniowej dziennikarskiej wiwisekcji. Tym bardziej dziwi, że „Tygodnik Powszechny” i „Znak” uczyniły go we wrześniu głównym tematem numerów. Od dawna twierdzę, że najlepiej byłoby nie nagłaśniać postaci ks. Rydzyka i nie budować mylnego wrażenia, iż nie da się mówić o Kościele w Polsce bez odniesienia do Radia Maryja i przybudówek. Niestety, niektórzy mają już jakąś nieuleczalną obsesję ojca Dyrektora i wszystko im się z „Kościołem toruńskim” kojarzy.

Kilku jezuitów oraz ich świeckich przyjaciół stworzyło ostatnio internetowe Radio Rewelacja (www.jezusowy.net). „Gazeta Wyborcza” napisała na temat tej inicjatywy sympatyczny tekst, ale uznała za stosowne zatytułować go „Konkurencja dla Radia Maryja?”. Bez sensu! Tysiące kościelnych przedsięwzięć nie ma żadnego związku z tym, co robi ks. Rydzyk, i nie ma żadnego powodu, by patrzeć na Kościół (w tym na działalność jezuitów) przez szkiełko radiomaryjnych konotacji. Umacniam się w podejrzeniu, że to nieustanne „przereklamowywanie” ojca Dyrektora jest dość przebiegłą formą walki z Kościołem. Nadmuchuje się ks. Rydzyka do absurdalnych rozmiarów, zajmując nim dużą część przestrzeni kościelnej. Następnie ogłasza się na różne sposoby, że słynny redemptorysta to typ spod ciemnej gwiazdy. Z tego wszystkiego „bystry inaczej” obywatel wyciąga usprawiedliwienie dla swego duchowego lenistwa i stwierdza: „Nie chodzę do kościoła, bo Rydzyk robi odwierty i zabiera babci 100 zł z emerytury”.

Spotykam się z różnymi ludźmi z różnych środowisk. Niekiedy czuję się jak św. Paweł, który stwierdził, że jest „wszystkim dla wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych”. Zdarzyło się, że obiad jadłem w zacnym gronie zwolenników PISu, a kolację tego samego dnia w miłym gronie wyborców PO. Podczas obiadu usłyszałem: „Jak patrzę na te fałszywe oczka Tuska, to mnie szlag trafia”, a podczas kolacji ktoś rzucił dowcip: „Putin na pewno przestraszy się mordy Kaczora i wycofa się z Gruzji”. Najciekawsze jest to, że i jedni, i drudzy uważają siebie za ludzi rozsądnie patrzących na rzeczywistość. Ubolewają przy tym nad chamstwem i agresją drugiej strony. No i wszyscy deklarują swoją otwartość – gotowość do dialogu i kulturalnej rozmowy.

Pamiętam pewną dynamiczną działaczkę Radia Maryja. Z uśmiechem mówiła, że stara się patrzeć na wszystkich z miłością i że nie przejmuje się podłymi atakami, ale robi po prostu swoje. Zastanawia się tylko, skąd tyle nienawiści w ludziach plujących na o. Rydzyka i jego dzieło. Ze zrozumieniem kiwałem głową znad talerza ze schabowym. Ze zrozumieniem przyjmuję też komentarz ks. Bonieckiego, który stwierdza dobitnie: „Dla ideologów tego środowiska [radiomaryjnego] świat i ludzie dzielą się na swoich i na wrogów. […] Media ojca Rydzyka uważamy za szkodliwe, bo uzurpując sobie prawo do reprezentowania katolicyzmu, ukazują Kościół jako świat zamknięty”. A mnie się wydaje, że problem polega na tym, iż środowiska z gębą „zamkniętych” rzeczywiście bywają zamknięte, ale środowiska z gębą „otwartych” bywają nie mniej zamknięte (dla nie swoich) niż te pierwsze. Po 1989 roku wielu zwyczajnych ludzi poczuło się obiektem drwin i ataków ze strony „otwartych”, którzy epitetem homo sovieticus obdarzali nie postkomunistów i agentów, ale prostych „solidaruchów” i tzw. tradycyjnych katolików. Nic dziwnego, że tym ostatnim Radio Maryja wydało się opatrznościowym oknem na Polskę i świat.

Naszym społecznym dyskursem rządzi mentalność Kalego. Kiedy na tzw. wykładzie ojciec Dyrektor sugerował, iż pierwsza dama zachowuje się jak czarownica, to domagano się stosu, nie dla rzekomej czarownicy oczywiście, ale dla ojca Dyrektora. Gdy natomiast pan Wałęsa publicznie stwierdził, że durnia mamy za prezydenta, to ci, którzy byli oburzeni chamstwem Rydzyka, teraz uśmiechali się nie tylko pobłażliwie, ale wręcz z satysfakcją, że tak legendarna postać wyraziła ich uczucia i przekonania. Kali napluć i nabluzgać to dobrze, bo to słuszny, choć być może kontrowersyjny sposób walki ze złem. Kalemu napluć i nabluzgać to barbarzyństwo i niczym nieuzasadniony przykład niszczenia standardów.

Mentalność Kalego, czyli otwartość zamknięta
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....