Mgła w Kazimierzu, mgła w mediach

Mgła w Kazimierzu, mgła w mediach

Kiedy ostatnio byłem w TVN24, aby dyskutować o – no bo jakże by inaczej – Ojcu Dyrektorze, przed wejściem na antenę zagadnął mnie redaktor prowadzący: „Proszę księdza, niebawem rusza nowy kanał tematyczny TVNu – religia.tv, to będziemy mogli rozmawiać nie tylko na takie tematy”. Rzeczywiście, jedynie w ściśle religijnym kanale można będzie – taką mam nadzieję – pogadać o takich sprawach, jak np. Biblia jako księga natchniona albo zmartwychwstanie Jezusa. Czekamy zatem z ciekawością na religia.tv. Czekamy też na nową szatę i treść TV Puls po dofinansowaniu jej przez Ruperta Murdocha, potężnego magnata medialnego.

Na razie jednak jest tak, że media komercyjne zapraszają księdza, kiedy mamy jakiś skandalik. Na przykład zadzwoniła do mnie pani z TVN24, zapraszając mnie do studia, aby na żywo komentować eksmisję byłych sióstr betanek z domu w Kazimierzu Dolnym. Wyobraziłem sobie kobiety w habitach wynoszone przez policjantów trzymających je za nogi i ręce i mnie, emocjonującego się przed kamerą dramatycznym rozwojem wypadków. Bez sensu! Wytłumaczyłem pani redaktor, że rozumiem, iż TVN, a także TVP Info, nie mogą nie chwycić takiego smakowitego medialnie tematu, jak eksmisja zbuntowanych zakonnic, ale zaproponowałem, aby znalazła jakieś świeckiego znawcę. Nie uciekam od tematu betanek z Kazimierza, bo jest on z wielu względów interesujący i wart refleksji. Ale trudno o pogłębioną refleksję w czasie spektakularnego wyprowadzenia ogarniętych religijnym amokiem kobiet przy setkach kamer i aparatów fotograficznych wyczekujących budzących emocje scen. Na szczęście na Kazimierz i dom betanek Bóg zesłał gęstą mgłę, która utrudniła telewizyjne relacje.

Przyznam, że coraz mniej podobają mi się praktyczne skutki rewolucji informatycznej. Z jednej strony łatwość przekazywania informacji może uprościć życie, z drugiej jednak – zamiast wspomagać poznawanie świata – niejednokrotnie służy manipulacji i ogłupianiu. Media elektroniczne mają wystarczającą siłę, by wydarzenie bez wielkiego znaczenia rozdmuchać do rozmiarów wiadomości nr 1. I na odwrót – coś rzeczywiście ważnego można pominąć, spychając w medialne nieistnienie, czyli wedle dzisiejszych standardów w ogóle w nieistnienie. Coraz więcej jest osób, które są znane z tego, że są znane. Raz po raz wyskakuje mi na monitorze komputera niejaka Frytka i jej koleżanki. Zainteresowanie tymi osobami tak naprawdę nic nie mówi o nich samych, a jedynie jest świadectwem kreatywnej mocy mediów. W ten sposób tworzy się wirtualny świat. Może on rozbudzać mocne uczucia, pasjonować i wciągać do swojego wnętrza, ale pozostaje sztuczny.

Piszę ten tekst, kiedy eksmisja betanek trwa. W międzyczasie odebrałem kilkanaście telefonów z różnych telewizji i rozgłośni – wszystkie oczywiście z prośbą skomentowania akcji w Kazimierzu. Ech! Gdyby tak chciano reklamować inne wydarzenia dotyczące Kościoła! W radiu, którego słucham, prowadząca program zaczyna kierować dyskusję na inne tory. Pyta nie o betanki w Kazimierzu, ale o to, czy potrzebne było medialne nagłośnienie sprawy. No cóż! Eksmisja przebiega spokojnie, by nie powiedzieć nudnawo, dlatego – by nie stracić medialnej pożywki, komentuje się własne komentarze. W pewną sprzeczność popadają zaproszeni komentatorzy. Twierdzą zgodnie, że lepiej byłoby przeprowadzić całą sprawę bez medialnego zgiełku. Innymi słowy, komentujący uważają, że lepiej byłoby sprawy na gorąco nie komentować. No cóż! Ja też nie jestem lepszy, bo pod niewątpliwym wpływem całej sprawy piszę ten tekst… A przed chwilą uległem jednak kolejnemu zaproszeniu do TVN. Pocieszam się, że nie kierowało mną tzw. parcie na ekran i potrzeba przyłączenia się do chóru znanych komentatorów. Wezmę ten problem na szczegółowy rachunek sumienia.

Mój kolega mawia: „Stary, my świata nie zmienimy, ale i świat nas nie zmieni”. Można dyskutować z tą maksymą, bo przecież jest w nas pragnienie zmieniania świata, ale niekiedy to powiedzonko jest w sam raz. Nie ma się co na media gniewać, że wolą przez cały dzień relacjonować eksmisję betanek niż poświęcić kwadrans np. rozmowie o modlitwie. Media bowiem są takie, jacy są odbiorcy, a większość telewidzów zawsze będzie lubić skandal, plotkę, sensację. Uderzmy się we własne piersi. Wszak nie chce nam się poświęcać uwagi np. rzeczowym dywagacjom o sprawach ekonomicznych. Tymczasem bawi nas – nawet jeśli jednocześnie irytuje – słowne opluwanie się polityków. A media nie są instytucjami charytatywnymi. Chcą zarabiać, a zarabiają wtedy, kiedy mają widza. Dają więc widzowi to, co on chce oglądać. Gdybyśmy nie chcieli oglądać po raz dziesiąty zdjęć wyprowadzanych z domu w Kazimierzu betanek, to by nam tego nie pokazywano. Wchodzimy – nadawcy, dziennikarze i odbiorcy – w swoiste samonapędzające się koło medialne. Chcielibyśmy inaczej, głębiej mówić o świecie, Polsce, Kościele, polityce, ale nie umiemy wyrwać się z mechanizmów, które każą nam się pogrążać w komercyjnej papce. A może jednak uda się nam choć trochę zmienić ten świat? Problem w tym, że trzeba by zacząć od siebie.

Mgła w Kazimierzu, mgła w mediach
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....