Miałem kilku katechetów…

Miałem kilku katechetów…

Prawie niczego się nie nauczyłam

Katecheza w szkołach nie jest obowiązkowa, ale z moich obserwacji wynika, że prawie wszyscy rodzice posyłają swoje dzieci w podstawówce na religię, żeby mogły w drugiej klasie bez problemów przystąpić do pierwszej komunii. Sami często nie chodzą do kościoła, nie dają dzieciom żadnego przykładu. Trudno się dziwić, że te nie uważają na lekcjach, nie wiedzą, jak się zachować w kościele czy w stosunku do katechety. Problemu nie było przed rokiem 1990, kiedy katechizacja odbywała się przy parafiach. Brały w niej udział dzieci, których rodzicom naprawdę na tym zależało. Nic nie zastąpi wychowania i nauki rodziców, przykładu, który oni dają.

Nic nie może jednak usprawiedliwić kiepskiego poziomu katechezy w szkołach. Nauczyciele w większości są słabo wykształceni. Ukończyli teologię, ale nie wiedzą, jak prowadzić lekcję. Zdaje się, że nie pamiętają nic ze swoich studiów. Moi nauczyciele bali się pytań, co sprawiało wrażenie, jakby nasza wiara była tak niekonkretna i niepewna siebie, że każde pytanie jest w stanie zburzyć cały system. Potrzebne są osoby kompetentne, które potrafiłyby zbudować swój autorytet i miały pomysł, jak dotrzeć do uczniów. To jest trochę paradoks, ale panuje opinia, że osoba świecka mało wie o Bogu, za to konsekrowani mało wiedzą o życiu, więc tak naprawdę nie ma nikogo, kto mógłby dobrze uczyć katechezy.

Program katechezy jest nieciekawy, mały nacisk kładzie na Pismo Święte i Katechizm Kościoła Katolickiego. To są konkrety, coś, co trzeba znać, o czym można porozmawiać. Moje doświadczenie jest takie, że omijaliśmy je skrupulatnie…

Często lekcje religii traktuje się jako coś dodatkowego, co można sobie odpuścić. Przez 12 lat katechezy w szkole nie nauczyłam się prawie niczego. Uczyło mnie ośmiu różnych nauczycieli (księża, zakonnice, katechetki i katecheci). Może katecheza w szkole nie jest najlepszym pomysłem. Może powinno się jej uczyć przy kościele, organizując przy okazji konkretną wspólnotę. Powinno się od uczniów wymagać aktywności, zaangażowania i pracy. Może powinno się zadawać prace pisemne, które wymagałyby konkretnej wiedzy, zadawać lektury i organizować dyskusje oksfordzkie na tematy związane z wiarą.

Jula

Pseudonaukowe dyskusje zamiast szukania Boga

Kiedy myślę o katechezie, którą miałam przez te kilka lat szkolnej edukacji, widzę przeważnie małą salkę z kiczowatymi obrazkami gdzieś w podziemiach szkoły; i to niezależnie od tego, czy była to szkoła podstawowa, gimnazjum czy liceum. Zmieniali się katecheci, podręczniki, tematy odrobinę poważniały, ale zawsze zostawało to samo rozgadanie, rozleniwienie i obojętność niemalże całej klasy, bo przede wszystkim traktowało się katechezę jako przedmiot balansujący na granicy zbędności i archaicznych wymysłów Kościoła. Dzisiaj według wielu młodych lekcje religii są niepotrzebne, a przecież ich brak powoduje zanik życia religijnego młodego pokolenia.

Paradoksalnie przyczyna takiego stanu rzeczy leży też w programie nauczania religii w szkole. O ile jeszcze dzieci są posłuszne i dość chętnie chłoną różne opowieści biblijne, o tyle młodzież poszukuje czegoś więcej niż katechizmowe formułki i pusty rytuał. Osobiście nigdy nie spotkałam się z odpowiedzią na te poszukiwania w czasie lekcji religii. Wciąż toczy się pseudonaukowe dyskusje o aborcji, eutanazji i seksie przedmałżeńskim. Jednak zupełnie zapomina się o wprowadzeniu młodzieży w pogłębione poszukiwania Boga, w modlitwę, prawdy o Bogu. Jest to jak brak przejścia między uczeniem się pacierza przez małe dzieci a modlitwą Pismem Świętym, której trzeba uczyć się samemu, bo nikt nam jej nie pokazuje. Podobnie nie funkcjonuje wprowadzenie młodzieży we wspólnotę Kościoła. Nawet nie próbuje się jej przekazać, jak jest ona ważna w rozwoju duchowym, a przecież nie jesteśmy wobec Boga sami.

Myślę więc, że warto tak przygotować programy i tematy katechezy, aby stanowiły chociaż początek drogi życia wiary — aby uczyły stawiać pierwsze kroki w wędrówce ku spotkaniu z Bogiem żywym. Może wtedy katecheza wyszłaby z podziemi i stała się czynnikiem kształtującym Kościół — uczącym żyć wiarą.

Gosia

Niech uczy ksiądz i ocen nie stawia

Myślę, że nauczanie religii w szkołach jest potrzebne. Jednak tylko wtedy, gdy jest przeprowadzane umiejętnie, i to najlepiej przez księży, a nie przez świeckich katechetów. Dlaczego przez księży? Dlatego, że już na wstępie mają większy autorytet, są uważani za bardziej kompetentnych — tych, którzy mają większą wiedzę dotyczącą prawd wiary, życia Kościoła i życia społecznego.

Świecki katecheta tego nie ma. Często nawet sprawia wrażenie bardziej „zdewociałego” niż niejeden ksiądz — wydaje się bardziej papieski niż sam Papież. Przykładem tego może być katechetka mojej koleżanki, która zabroniła kupować pewnych wafelków. Uważała bowiem, że przypominają one komunię świętą — Ciało Pana Jezusa. Oczywiście, jej prośby i zakazy nie przyniosły pożądanego efektu, a nawet te wafelki stały się pożądanym towarem, który każdy chciał mieć.

Moje doświadczenie odnoszące się do lekcji religii prowadzonych przez świeckich katechetów również nie jest wesołe. Wydawali się oni niezbyt rozgarnięci. Jednak najbardziej nie dawali sobie rady z utrzymaniem porządku na zajęciach. Byli za słabi. Dawali sobie wejść na głowę. Dochodziło do tego, że niektórzy z nich, płacząc, uciekali z sali lekcyjnej.

Nie twierdzę, że nie ma świeckich katechetów z prawdziwego zdarzenia, którzy dobrze prowadzą zajęcia. Ja i moi znajomi mieliśmy jednak wyłącznie do czynienia z takimi, którzy nie dawali sobie rady lub byli zdziwaczali. Tacy nie powinni uczyć religii. Swoją słabością i różnymi dziwnymi poglądami przyczyniają się do tego, że sama katecheza staje się czymś groteskowym i nie jest wtajemniczeniem w życie Kościoła. W ten sposób wiara, która winna być przekazana, wydaje się równie szalona jak oni.

Wracając do duchownych. Ci, jeżeli tylko nie będą dziwakami i nie będą się ograniczać jedynie do ciągłego mówienia, na co Kościół pozwala, a na co nie, oprą się zaś na czystym nauczaniu Kościoła, mają szansę na wprowadzenie młodych w tajemnicę wiary.

Katecheta powinien dobrze znać świat młodych ludzi: ich ambicje i rozterki, marzenia i obawy, również ich zwyczaje i język. Powinien także łatwo wchodzić ze swoimi uczniami w dialog. Musi nawiązać z nimi partnerski kontakt, jednocześnie jest konieczne, aby był on prowadzącym i nie pozwolił wejść sobie na głowę.

Myślę też, że nie powinno być ocen z katechezy, bo nie jest to przedmiot jak każdy inny, którego można się po prostu nauczyć. Oczywiście można tak katechezę prowadzić, ograniczając się jedynie do podyktowania podstawowej wiedzy katechizmowej i kilku wybranych informacji o Piśmie Świętym. Jednak trzeba pamiętać, że w szkole nikomu nie chce się uczyć takich rzeczy. A przecież w katechezie chodzi o pogłębienie wiary, nauczenie się, jak dojrzale żyć, i warto, aby to był cel nauczania religii w szkole. Natomiast oceny, które dostajemy z katechezy, nie świadczą o naszej dojrzałości czy rozwoju wiary.

Podsumowując, chciałbym, aby katechezy w szkole uczyli duchowni, którzy znają świat młodych i potrafią z nimi rozmawiać. Tacy, którzy byliby dla nas ojcami. Warto też, aby nie było z katechezy ocen, bo one o niczym nie świadczą.

Kamil

Niefortunne uatrakcyjnianie katechezy

Ocenę mojej katechezy trzeba podzielić na dwa rozdziały. Wynikają one ze sposobu prowadzenia zajęć, który jest indywidualną umiejętnością każdego pedagoga. W mojej czteroletniej przygodzie z liceum poznałam trzech księży. Jeden z nich był dobrym katechetą. Z lekcji religii można było wynieść czystą merytoryczną wiedzę, pogłębić ją w żywiołowej dyskusji na zajęciach, można było podzielić się z księdzem własnymi spostrzeżeniami i poglądami. Prowadzący niektórych z nas bardzo inspirował, inni pozostawali względnie obojętni, ale do rzadkości należało pogardliwe wypowiadanie się o zajęciach. Byliśmy traktowani, jak dorastający ludzie, którzy myślą, mają własne problemy, i których dobrze byłoby nauczyć żyć z Bogiem na co dzień. Takie podejście owocowało atmosferą, która sprzyjała modlitwie i dyskusji. Jasne było dla nas, że mówimy o czymś innym niż tylko czysta historia, bo ta Historia ożywała.

Dwóch kolejnych katechetów spróbuję opisać razem, chociaż będzie to dla każdego z nich na swój sposób krzywdzące, bo mieli zupełnie różne podejście do zajęć i do klasy. Łączy zaś ich to, że próbowali niefortunnie uatrakcyjniać lekcje — a to przez przymusowe śpiewanie piosenek oazowych odpowiadających poziomem dzieciom ze szkoły podstawowej, a to przez odgrywanie mało śmiesznych scenek z księdzem w roli głównej (niestety ksiądz był bardzo spragniony poklasku), a to przez aranżowanie „lekcji szczerości” zwanych przewrotnie „tramwajem” (tramwaj był kwizem, w którym można było anonimowo zapytać o wszystko). Wszystkie te zabiegi tragicznie odbijały się na przebiegu zajęć, z których często najbardziej jaskrawym przekazem był żart rzucony tuż przed końcową modlitwą. Trudno się dziwić, że frekwencja na lekcjach religii gwałtownie spadła. Poprawiła się, gdy ksiądz zdecydował się na przytaczanie interesujących nas fragmentów prawa kanonicznego i wyjaśnianie czysto praktycznych niejasności dotyczących np. ślubów. Czy można to jednak nazwać katechezą, nie wiem.

Katechezę uważam za potrzebną, chociaż nie wiem, czy w formie, w której sprawowana jest teraz w szkołach. Nie wydaje mi się dobre podejście: „jeśli nie chcesz — nie musisz”, które jednocześnie nie gwarantuje niezainteresowanemu uczniowi możliwości wcześniejszego wyjścia ze szkoły i przyjścia do niej. Wiążą się z tym problemy, o których nie chcę tu szerzej wspominać, ale warto mieć świadomość ich istnienia. Jako alternatywę mogłabym zaproponować coś na kształt „kółka katechetycznego”, które organizowane dla każdego poziomu osobno, przyciągnęłoby osoby zainteresowane i poszukujące, a jednocześnie odciążyłoby salę z „odsiadywaczy” i tak zawsze zajmujących się czymś innym.

Dominika

Żują gumę, a siostra się uśmiecha

Dzwonek. Nikt go nie słyszy. Ciągły śmiech, głośne rozmowy, brzydkie kawały. Ktoś próbuje się przygotować do sprawdzianu. Nagle słychać głośne uderzenie dziennika o stół. To nasza siostra — katechetka. Arcyspokojna kobieta. Bardzo cicha. Za dobra. Za wrażliwa. Za mało asertywna. Siostra się unosi. Bardzo to do niej nie pasuje. Po klasie przechodzi już tylko pomruk. Komuś się przypomniało, że to lekcja religii, a nie dłuższa przerwa. Wstaje, żeby się pomodlić razem z s. Małgorzatą. Powoli wstaje reszta. Nie wszyscy! Kilka osób na tyłach klasy nie szanuje siostry, swoich kolegów, czasu na modlitwę, a przede wszystkim siebie! Bezczelnie siedzą i żują gumę, podśmiewając się z tych, którzy pobożnych udają tylko przy katechetce. Siostra M. się uśmiecha. W klasie znowu robi się głośno. Słucha jej tylko kilka osób. Ale czy słuchają, bo wypada, czy dlatego że są zainteresowanie tematem? Pozostali, kiedy odkryli, że mogą się siostrą nie interesować, w pełni to wykorzystują. Siostra już się do tego przyzwyczaiła. Cieszy ją bardzo, że na 32 osoby w klasie sensowny dialog może nawiązać z szóstką. Za resztę się modli i jak mówi: „wybaczam, bo młode to i głupie — nie ich wina”.

Myślę, że czas katechezy u mnie w klasie był czasem straconym. Dużo bardziej przejmowałem się tym, że siostra sobie z nami nie radzi. Próbowałem uspokajać klasę i przynajmniej samemu słuchać… co często nie było łatwe. Ciekawe, że ludzie byli tak bardzo zamknięci na tematy duchowe. Im się niczego nie chciało. Nie chciało im się rozmawiać o Panu Bogu. O tym, co lubią, a czego nie. O podstawowych tematach — jak o aborcji, eutanazji, antykoncepcji. Wszystko olewali. Byli znudzeni. Taka atmosfera nie zachęca tych bardziej ambitnych do poważnej rozmowy, nie zachęca też prowadzącego do tego, żeby się starał. Choć muszę przyznać, że nasza siostra przygotowywała się do zajęć.

Lekcje religii były pomyłką! Zróżnicowanie poziomu dojrzałości duchowej jest bardzo duże. Nie sposób znaleźć złoty środek. Nie sposób też zmuszać ludzi do wkuwania Katechizmu Kościoła Katolickiego. Chyba nie o to chodzi, żeby brak wiary i zainteresowania wiarą u młodych ludzi zastąpić wiedzą religijną. Uważam, że ludziom w liceum dużo bardziej potrzebna jest ewangelizacja (kerygmat). Katechezy w liceum z założenia zakładają minimalne zaangażowanie młodzieży w życie duchowe i podstawową bazę merytoryczną, a tego zazwyczaj nie ma.

Zastanawiam się, jaki sens mają takie katechezy w szkole. Niby nieobowiązkowe, bo każdy w zamian może pójść na etykę. W praktyce często etyki nie ma, bo i tak wiadomo, że wszyscy to zlewają, więc po co jeszcze dokładać kasę do kolejnego niepotrzebnego przedmiotu. Moim zdaniem, religią się nie przejmują ani młodzi ludzie, ani rodzice, ani nauczyciele. Nie wszyscy oczywiście, ale taką tendencję odkryłem u mnie w szkole. No właśnie, co jest celem religii w szkole? Zwiększanie świadomości religijnej? Rozwój duchowy? Udawanie, że młodym ludziom bardzo zależy na Kościele, religii, życiu duchowym? U mnie w klasie, gdyby obecność nie była sprawdzana, to nie wiem, czy ktokolwiek chodziłby na religię. Młodzi ludzie też do końca nie wiedzą, po co na religię mają chodzić. Przecież, jeżeli chcą żyć duchowo aktywnie, to szukają duszpasterstwa, oazy albo innej wspólnoty.

Moja klasa zdominowała siostrę Małgorzatę. Rodziło to tylko irytację siostry, tych, którzy starali się coś wynieść z tych 45 minut, i tych, którzy musieli tam siedzieć, aby mieć obecność i wyższą ocenę z zachowania.

Bartek

Nie każdy może być nauczycielem

Właściwie nie mogę powiedzieć, żebym w mojej karierze szkolnej kiedykolwiek miała dobrego katechetę, tzn. takiego, który miałby zarówno wystarczającą wiedzę teologiczną, jak i talent pedagogiczny. Zazwyczaj nauczyciel opowiadał bzdury lub nie był w stanie zapanować nad klasą.

Religia — delikatnie mówiąc — nie jest uważana za najważniejszy przedmiot pod słońcem, dlatego jeśli uczniów nie zainteresuje się formą lekcji, to zostaną one po prostu zlekceważone w natłoku innych zajęć. Sądzę, że katecheza mogłaby być bardzo rozwijającą lekcją, twórczą i uczącą myśleć, ale do tego nauczyciel musi mieć talent i ochotę, a nie występować w roli skazańca z parafii.

Gdybym miała powiedzieć, jakie widzę rozwiązanie tego problemu — a problem jest niewątpliwie duży, bo wiele osób rezygnuje z chodzenia na religię, gdyż są tak bardzo rozczarowane lub znudzone — wspomniałabym o trzech sprawach.

Po pierwsze, nie każdy może być nauczycielem. To znaczy, że już na początku studiów teologicznych należy rozpoznawać, kto jest powołany do uczenia w szkole, a kto nie. Ufam, że o to, by katechetów nie zabrakło, zadba sam Pan Bóg, jeśli tylko Mu na to pozwolimy.

Po drugie, kiedy już wiadomo, kto będzie w przyszłości prowadził religię, należy uczyć go, jak młodych ludzi zainteresować tym przedmiotem. Muszą to być metody nowoczesne, np. praca w grupach, wspólne opracowywanie projektów, krótkie inscenizacje. To nie może być wykład, na którym wszyscy siedzą równo w ławkach.

Po trzecie, często zastanawiam się (i nie tylko ja), czy dobrym pomysłem jest religia jako przedmiot szkolny. Nie mam na ten temat jasnej opinii, bo łatwo znaleźć argumenty zarówno za, jak i przeciw. Jednak w szkole uczę się już 11 lat i wiem, że ta opcja nie skutkuje najlepiej… Na religię prowadzoną przy kościele przychodziliby niewątpliwie tylko faktycznie zainteresowani i łatwiej byłoby robić coś interesującego. Z drugiej jednak strony, kiedy religia jest nauczana w szkole, wówczas większość osób, chcąc nie chcąc, czegoś się dowiaduje i ma minimalną styczność z Kościołem.

Krysia

„Pochwa!”, czyli rzecz o katechezach

O tak, trzeba przyznać, że każda katecheza jest i była dla mnie przeżyciem, począwszy od spotkań z siostrami w Szkole Podstawowej ss. Urszulanek Unii Rzymskiej, po księdza Batmana w gimnazjum oraz „autentiko spoko” księdza w liceum. Moje doświadczenia są więc dosyć bogate i różnorakie. Tak więc myślę, że mam prawo do własnych poglądów na ten temat i nie zawaham się ich zaprezentować.

W podstawówce było chyba najlepiej. Zarówno uczący ksiądz, jak i zakonnica mieli świetny stosunek do dzieci, potrafili przejąć nas i zachwycić, było więc mocno niestereotypowo i fajnie po prostu. Pamiętam, że dużo rysowaliśmy, siostra tłumaczyła nam wszystko po dziecięcemu, ale też jak najbardziej poważnie. Na pamięć uczyliśmy się, ale raczej chętnie, bez mobilizującego terroru, jak u mojego brata, który dotąd pamięta, jak szeroko rozchylić usta w chwili przyjmowania Ciała, by wyszło to ładnie na zdjęciu.

Ksiądz z mojej parafii przygotowujący Zbyszka był wyśmienitym reżyserem wielkiego widowiska, równe rzędy biało odzianych niewiniątek, kosze kwiatów i wstęgi. Absolwenci kursu na ateistów. Przyznaję, ja miałam szczęście. W gimnazjum za to czekała mnie niespodzianka w postaci masywnego księdza zwanego ze względu na posturę Batmanem, niedoszłego sportowca i zaciekłego Bożego bojownika, słowem i czynem nawracającego opornych niewiernych podrostków, których każde zdanie skierowane było przeciw niemu i tylko niemu. Nic dziwnego, że lekcja religii była cudowną lekcją przekory, kursem dla młodych szyderców. Bardzo radośnie wchodziliśmy w swoją rolę, zwłaszcza gdy trzeba było dyskutować o tolerancji, a ksiądz powtarzał, że jesteśmy jak Żydzi, którzy powiesili Pana Jezusa. Robiło się drastycznie, co śmielsi dowiadywali się, że mają „ranę na mózgu” lub „uprawiają nierząd”. I tak spokojnie, bo w innych klasach dochodziło do rękoczynów. W owej szkole uczyła również pani widząca świętych na tablicy i kładąca się przed nimi krzyżem. Tak. Było ostro. Najświeższe wrażenia mam jednak z liceum, w gromadzie ateistów i szyderców, kulturalnych na szczęście. Ksiądz jest jakby żywcem wyjęty z kawału, który w całości przytoczę:

Do nowej szkoły przychodzi młody ksiądz i nie radzi sobie. Idzie zatem po radę do starego proboszcza słynącego z tego, że ma autorytet wśród młodzieży. — Mój synu, należy posługiwać się językiem, którego używają nasi podopieczni, zaobserwować, czym się interesują, co jest dla nich ważne — tłumaczy. Młody ksiądz namyśla się, obserwuje, po czym przychodzi na katechezę z wzniesioną dłonią i powitalnym „pochwa!”.

Bardzo cenię poglądy naszego księdza, choć przedstawia je w taki sposób, że po kilku lekcjach można by napisać „Czyny i przewagi ks. S”. Nie jest to jednak bardzo rażące. Kłopot w tym, że ateistom i szydercom nie wystarcza. Ja miałam szczęście, mogę traktować „spoko lekcje” z uśmiechem i pobłażliwie, inni niestety wychodzą rozdrażnieni lub nienasyceni. Zastanawiam się czasem, czy w ogóle nie jest za późno, czy najlepszy katecheta nie byłby na tym ostatnim już etapie przegrany, ale chyba nie, jeszcze nie jesteśmy dorośli, za rok osiemnastka, czas płynie. Nie rozumiem, po co potrzebne są nam aż dwie religie w tygodniu, to i tak niczego nie zmieni. Kościół niemożebnie przecież traci na każdej godzinie katechezy, rozsiewa wątpliwości. Nie wiem, może chodzi o jakiś rodzaj selekcji naturalnej wśród przyszłych katolików.

Gdyby chodziło o inny efekt, do prowadzenia katechezy przeznaczone byłyby siły doborowe, wykształcone elity, zapoznane z podstawami pedagogiki i psychologii dziecięco–młodzieżowej. A może… Nie, tak na pewno w tej chwili nie jest.

Theresa

Czas w większości stracony

Religia w szkole? W moim przypadku mnóstwo straconego czasu. Uczyło mnie łącznie sześć sióstr, dwie katechetki i jeden ksiądz. Pierwszą siostrę pamiętam już z przedszkola — w wieku czterech lat usłyszałam od niej o Duchu Świętym, który wzbudzał we mnie pewien lęk (w końcu to duch).

Następna siostra, która przygotowywała mnie do pierwszej komunii, wprowadzała terror, kazała się uczyć co tydzień nowej pieśni i pisać rodzicom w zeszycie, czy słuchają radia Maryja. Co do uroczystości komunijnej (z której niewiele zrozumiałam), siostra dyskryminowała uczennice w sukienkach kupionych poza parafią, nie pozwalała na wianki ze sztucznych kwiatów i rękawiczki (żeby się nie bawić). Najmilej wspominam ciągnące się cukierki, którymi rzucała w nas w nagrodę za dobrą odpowiedź.

Potem siostra, która kazała nam skrupulatnie prowadzić segregator z opisami kolejnych świąt liturgicznych.

Następna zakonnica w czasie lekcji religii 20 minut poświęcała na katechezę, a resztę czasu mogliśmy przeznaczyć na odrobienie zadania z angielskiego, gdy ona wyszywała serwetki. Wspominam ją bardzo dobrze.

Potem trzy miłe i nudne katechetki, w końcu ostatnia przewrażliwiona zakonnica, mówiąca o swojej misji cierpienia i trwania w naszej klasie pomimo wszystko. Aha, i jeszcze czytała makabreski z „Niedzieli” dotyczące przerabiania płodów poaborcyjnych (kremy, pasty do zębów i autostrady).

I teraz ksiądz. Rozsądny, zabawny, skory do dyskusji, sympatyczny, nieprzewrażliwiony na swoim punkcie, ale przeciwnie, z dystansem. Wniosek? Jeśli religia, to z przygotowanymi katechetami, którzy nie są sztywni jak święci na obrazku i nie zamieniają lekcji w nieciekawe, 45–minutowe kazanie. To mam w kościele, a na religii chciałabym porozmawiać o problemach i zadaniach Kościoła konkretnie tutaj i teraz, słuchać nie tylko o modlitwach, uroczystościach i sakramentach, a w ramach rozmów o problemach na czasie nie słyszeć w kółko o aborcji, eutanazji i satanizmie.

Tak naprawdę nie wiem, dlaczego wciąż na nią chodzę, dlaczego nie zrezygnowałam wcześniej. Z poczucia obowiązku. Niestety, aż do zeszłego roku był to raczej przykry obowiązek.

Kalina

Gramy w statki

Przez dziesięć ostatnich lat spędzonych w czterech różnych szkołach spotkałam chyba wszystkie możliwe typy katechetów. Moje lekcje religii zawsze miały trochę inny niż w pozostałych szkołach charakter. Prywatne zakonne gimnazjum, a wcześniej podstawówka, obie placówki z ambicjami przetransformowania uczniów w szereg grzecznych i uprzejmych, identycznie ubranych i uśmiechniętych dzieci. Katecheza, gdzie indziej odsuwana na dalszy plan, u nas podniesiona była do rangi języka polskiego, matematyki czy biologii. Pamiętam swój wstyd, kiedy ze sprawdzianu w drugiej klasie dostałam plus czwórkę, a wszystkie moje koleżanki szóstki. I strach przed uczącą nas charyzmatyczną siostrą Maksymilianą. Najbardziej bali się jej chłopcy — kiedy byli niegrzeczni, potrafiła bić drewnianą laseczką po nogach. Pod koniec podstawówki siostry katechetki zmieniano nam średnio cztery razy do roku, pamiętam tylko dwie z nich. Siostrę Magdalenę z twarzą zawsze śmiertelnie bladą i oczami jak spodki i siostrę Joannę — zawsze czerwoną, która na każdej lekcji wybuchała płaczem.

Najciekawiej było w gimnazjum. Te gimnazjalne katechezy dały mi chyba najwięcej. W wieku, kiedy właśnie zaczyna się budzić i kształtować świadoma religijność, ważna jest dyskusja, możliwość wymiany zdań z kimś kompetentnym. Ksiądz, który był przez te trzy lata moim katechetą, robił wszystko, aby religia stała się naszym własnym wyborem — żebyśmy mieli świadomość, że wierzymy w to, w co sami chcemy wierzyć, a nie w to, co nam narzucono. Poznawaliśmy zatem podstawy wszystkich najważniejszych religii i systemów etycznych, słuchaliśmy o życiu Matki Teresy, Ghandiego, Martina Luthera Kinga. Najlepsza była właśnie ta otwartość, pokazanie, że katolicyzm nie jest jedyną właściwą drogą. Że — jeśli ma być wyborem na całe życie — musi być wyborem szczerym. Błędem większości katechetów jest kontynuowanie w gimnazjum nauki w myśl zasady, że „jeśli ktoś urodził się w katolickim kraju i ma rodziców katolików, to sam też będzie wzorowym katolikiem”. Taki system, dobry dla ośmio–, dziesięcio–, nawet jeszcze i dwunastolatków, stosowany później staje się zwykłą indoktrynacją. A niestety w większości gimnazjów nauka religii sprowadza się do obwarowywania uczniów ze wszystkich stron nakazami i zakazami. Chodź do kościoła, nie pij i nie pal, słuchaj rodziców i pomagaj starszym. Nikt nie tłumaczy poważnie, dlaczego należy to robić, stosuje się argumentację na poziomie „bo Bozia się pogniewa”. Gdzie nie ma miejsca na szczerą wymianę zdań, tam zaczyna się oportunizm, „religia z przydziału”. Młodzi ludzie, widząc, że dyskusja nie ma sensu, prędzej czy później milkną, woląc się nie narażać. Jeśli lekcje katechezy mają mieć jakikolwiek sens w późniejszych latach, trzeba zmienić podejście katechetów do uczniów już na poziomie gimnazjum.

Na tle wyczynów niedouczonych, ale poczciwych sióstr z podstawówki i mądrych pomysłów księdza, lekcje religii w liceum wypadają dość blado. W środku dnia mają formę „okienka”, luźniejszej godziny, na której gra się w statki, czyta książkę, odpisuje zadanie z fizyki. Pod koniec dnia — są nieustannym zerkaniem na zegarek i powstrzymywaniem się przed zaśnięciem. Rozmawiamy o planach wakacyjnych, o maturze, żalimy się na nauczycieli, czasami — chociaż rzadko — zdarzają się gwałtowniejsze dyskusje, ale zazwyczaj nikt nie ma siły się z nikim kłócić. To lekcje, na których nic z siebie nie dajemy i z których nic nie wynosimy, co najwyżej pustkę w głowie. Tak wygląda katecheza w większości liceów — po prostu kolejny niezbyt ważny przedmiot, jak WF, czy wiedza o kulturze, który należy odfajkować i iść do domu. Ani nie tłamsi, ani nie rozwija, nikt się nikomu nie naraża, nikt nie krytykuje niczyich poglądów. Chodzi się na nią dla zasady albo żeby nie zrobić księdzu przykrości.

Czy religia w szkole średniej ma sens? Nie na takim poziomie i nie w takiej formie. I, dopóki w polskich szkołach nie pojawią się wykwalifikowani i kompetentni katecheci, nadal nie będzie go miała.

Ola

Katecheza w szkole

Temat katechezy w szkole to problem nader interesujący. Jako uczeń trzech szkół, w tym katolickiej, mam ogląd na sposób traktowania tego przedmiotu przez uczniów. W szkole świeckiej przeciętny wychowanek, dla którego szkoła jest rodzajem przykrego obowiązku do odbębnienia, do katechezy odnosi się mniej więcej jak do zajęć seksuologii czy prac ręcznych, czyli jak do godziny, którą trzeba przesiedzieć. Rzadko zdarza się nadgorliwiec, który przedmiot ten traktuje na tyle poważnie, aby w pełni uważać czy przygotowywać się do lekcji. Bywa jednak, że omawiany temat z zakresu etyki zainteresuje klasę, prowokując do dyskusji, która jednakże kończy się nieuchronnie kłótnią ideową małych filozofów, nie mającą jednak wiele wspólnego ze sprawami wiary czy religii. Wszystko to wynika z nastawienia młodych ludzi do spraw wiary. O ile pamiętam, nie jest szczególnie mile widziane przyznawanie się do religijności. Młodzież nie odczuwa potrzeby katechizacji albo raczej nie przyznaje się do tego. Choć każde z tych dzieci przeżywa wewnętrzne rozterki, stawia pytania i poszukuje, choć każde potrzebuje pokierowania, boi się zwrócić się o pomoc tak oczywistą. W szkole katolickiej powinno być inaczej. Nie zmienia to jednak faktu, że katecheza jest tam traktowana jako przedmiot luźniejszy. I choćby prowadził ją najostrzejszy katecheta o niezwykle wysokich wymaganiach edukacyjnych, prawdopodobnie żaden z uczniów nie określiłby katechezy jako jednego z ważniejszych przedmiotów, takich jak język polski, matematyka, historia, biologia. Może i szkoda, bo poniekąd świadczy to o tym, że młodzież przywiązuje większą wagę do zdobywania wiedzy niż rozwoju duchowego. I chociaż może nie zawsze mamy na to ochotę, być może warto by było posłuchać czasami, co prowadzący lekcję chce nam powiedzieć. Zawsze przecież możemy się z nim nie zgodzić, a każda myśl na ten temat przyczynia się do naszej duchowej ewolucji.

Marzena