Miasto nieodwracalne
fot. lynn lynum / UNSPLASH.COM

Miasto nieodwracalne

Podróżuję w poszukiwaniu miast szczęśliwych, czyli takich, w których życie i przestrzeń należą jeszcze do ludzi. Coraz o nie trudniej. I coraz o nie pilniej. Bo ucieczka ze złego miasta jest już niemożliwa. „Pewnego dnia rzucę to wszystko i wyniosę się na wieś!” – podpowiada zmęczonym miejskim umysłom wewnętrzny duch wolności. Na wieś – czyli dokąd? Tam, gdzie ziemia leży odłogiem, a masło i ziemniaki kupuje się w sklepie zagranicznej sieci spożywczej, z powodu której przed rokiem splajtował ostatni lokalny warzywniak? Na wieś, czyli tam, gdzie z dachów sterczą anteny telewizyjne, łączące ludzi z medialnym strumieniem z miast, niosącym te same niby-treści, od których pragniemy uciec? Na wieś, czyli do odrestaurowanego domu lub chałupy z czterema osobnymi prysznicami i stadem sympatycznych alpak, hodowanych przez entuzjastów makrobiotycznej kuchni, którzy przy starannie skomponowanych i drogich posiłkach opowiedzą o horrorze genetycznie modyfikowanej żywności? Dokądkolwiek by się udać, trafia się nie tyle na wieś, ile do jej wyobrażenia, stworzonego w miejskich umysłach i przemysłach. Nawet w odległych zakątkach globu życie inne niż miejskie przestaje być możliwe. Ziemię od rolników przejmują firmy spożywcze. Dyktują, co, z jakich ziaren i w jakim tempie się uprawia. Dlatego w XXI wieku przybywa terenów wiejskich, których mieszkańcy cierpią głód i niedożywienie. Pozbawieni połączenia z ziemią, wypędzeni ze swej tradycyjnej roli i sensu pracy – ruszają do miast. Czyli dokąd? Mówiąc oględnie, do przestrzeni, w której życie zostało zorganizowane i wyspecjalizowane i w której podlega daleko idącej kontroli, przewidywalności. Podstawową przyczyną miejskiego ładu, który częściej imituje wolność niż ją faktycznie oferuje, jest zaplanowana i sztucznie utworzona przestrzeń. Współcześni urbaniści i aktywiści, a raczej ta część z nich, która stała się kaznodziejami mitów miejskich, dowodzi nieprzewidywalności i spontaniczności życia w „nieustannie zmieniających się metropoliach”. Ale gdyby spojrzeć na sprawy uczciwiej, okaże się, że świat coraz szczelniej wypełniają miasta będące wytworem sztucznie napędzanych potrzeb. Megamiasta rosną, ponieważ potrzebują ich „rynki”. Benjamin Barber wozi po świecie biznesową mantrę. Gdyby burmistrzowie rządzili światem – tak zatytułował książkę promującą przyszłość, w której liczą się wyłącznie miasta i ich bogactwo.

Tymczasem miasta od Seulu po Los Angeles to karykaturalne fantazmaty – skutki pogoni za fałszywą obietnicą szczęścia. Ot, choćby sformatowanego jako dom pod miastem, z ogrodem i dwoma samochodami na podjeździe. W didaskaliach do tego marzenia są bowiem: kredyt na całe życie, codzienne dojazdy w korkach i gigantyczne opłaty za trującą benzynę. Amerykański sen o życiu na przedmieściach skusił miliony ludzi na świecie. W złożonym z samych niemal posiadłości Los Angeles jest dziś więcej bezdomnych niż w jakimkolwiek innym amerykańskim mieście. W Seulu mieszka się w betonowych klitkach, a żyje głównie pod ziemią, ciągle. To hipermiasto nie śpi, lunatyczna społeczność kupuje, klika i krąży w zurbanizowanych korytarzach bez ustanku, jakby inny tryb funkcjonowania (zatrzymanie, refleksja czy sen) był nieosiągalny. Są tylko bodźce, reakcje, pozbawiony celu ruch. Seul to jedno z najbardziej konsekwentnie, nieodwołalnie zaprojektowanych, narzuconych ludziom miast. Podobnie jak Singapur – ekskluzywna kropka na mapie Azji, pozbawiona biedy, totalnie zurbanizowana wyspa luksusu. Co wieczór na jej promenady wybiegają obleczeni w obcisłe stroje pracownicy koncernów, szukający ukojenia w joggingu. Mkną smukli, spoceni przez rozświetlone futurystyczne mosty i ścieżki, przez krajobraz kosmicznej urban-planety. Osiągnęli szczyt, więc doznają frustrującego poczucia bezcelowości dalszego życia. Trudno powiedzieć, czy chcą i lubią biegać – przestrzeń została zaprojektowana tak, by sprowokować konkretny styl życia. Od miejskiego sukcesu nie ma odwrotu. W imię wskaźników nieludzkiego, biznesowego spełnienia puchną miasta na całym świecie. Planowane na chłodno, w zamyśle perfekcyjne, w praktyce – sprawujące władzę nad naszymi zachowaniami i pragnieniami. Od Pudongu w Szanghaju po bombajskie suburbia ludzie wpisują się w gotowy kontekst. Bitwę o suwerenność miejscy obywatele toczą na skalę jednej dzielnicy, jednego wiaduktu czy muralu. Odbijają skrawki, przywracając im charakter publiczny, wspólnotowy i bezpłatny. Bojownicy o powtórne uczłowieczenie miejskiej przestrzeni są w mniejszości. Ale też jako jedyni niosą nadzieję na to, że dobre i czułe miasta są jeszcze możliwe.

Zostało Ci jeszcze 1% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się