Między Eustatiosem a Jowinianem

Między Eustatiosem a Jowinianem

W lutowym numerze „W drodze” opublikowałem artykuł, który, jak się okazało, wywołał żywe reakcje czytelników. Rzecz dotyczyła zagadnień związanych z szeroko pojętą teologią małżeństwa. Największe wrażenie na czytelnikach wywarło zagadnienie hierarchizacji powołań w Kościele. Czy można powiedzieć, że powołanie zakonne jest doskonalsze od powołania małżeńskiego? Liczba emaili na ten temat, które otrzymałem, przekroczyła moje wyobrażenie. Jestem wdzięczny za wszelkie mniej czy bardziej żywiołowe reakcje, zgodne bądź niezgodne komentarze. Na łamach majowego numeru miesięcznika „W drodze” temat doczekał się trzech polemicznych artykułów autorstwa Małgorzaty Wałejko, Piotra Sikory oraz Agaty i Krzysztofa Jankowiaków. Mam tylko jedną możliwość i piętnaście tysięcy znaków, żeby odpowiedzieć na te właśnie teksty. Proszę zatem wybaczyć, ale skazany jestem na wysoki stopień ogólności wywodu. Odpowiem tylko na pierwszy z polemicznych tekstów, również z tego względu, że w największym stopniu pokrywa się on z innymi głosami polemicznymi, które do mnie dotarły.

Dlaczego źle rozumiana wyższość celibatu jest szkodliwa?

Proszę wybaczyć, że zacznę od mało eleganckiego gestu atakowania samego siebie, ale mam wrażenie, że moi polemiści nadmiernie mnie oszczędzali. Kiedy w artykule Małgorzaty Wałejko przeczytałem o wszelkich zagrożeniach płynących z niepokojącej potrzeby podkreślania wyższości celibatu, byłem przekonany, że kilka linijek niżej znajdę odwołanie do kanonów synodu w Gangrze, który zebrał się około 340 roku, aby potępić ascetyczne pomysły Eustatiosa z Sebasty i jego zwolenników. Kanony 1, 9, 10 i 14 tegoż synodu przy odrobinie nadinterpretacji można by potraktować nie tylko jako odnoszące się do wypowiedzi Eustatiosa, ale i do mojego tekstu. Ojcowie synodu pisali:

Kanon 1. Gdyby ktoś ganił związek małżeński i z obrzydzeniem potępiał wierną i pobożną chrześcijankę, która obcuje ze swym mężem, twierdząc, że nie może ona wejść do Królestwa, niech będzie wyklęty.
Kanon 9. Gdyby ktoś zachowywał dziewictwo albo wstrzemięźliwość i nie chciał zawrzeć związku małżeńskiego, uznając go za rzecz godną obrzydzenia, a nie ze względu na piękno dziewictwa, niech będzie wyklęty.
Kanon 10. Gdyby ktoś z zachowujących dziewictwo z miłości do Pana, uważał się za lepszego od żyjących w związku małżeńskim, niech będzie wyklęty.
Kanon 14. Gdyby kobieta opuściła męża i chciała odejść od niego z pogardy dla małżeństwa, niech będzie wyklęta 1.

Trudno, czytając te kanony, zarzucić Kościołowi, że lekceważył wartość małżeństwa i w ten sposób budował teorię wyższości dziewictwa konsekrowanego. Problem polega jednak na tym, że mniej więcej w tym samym czasie, kiedy powstawały powyższe kanony, przez Kościół przetaczała się zacięta dyskusja na temat doskonałości dziewictwa, w której głównymi adwersarzami byli z jednej strony Helwidiusz i Jowinian, z drugiej zaś Ambroży, Hieronim i Augustyn. Doktor z Hippony tak wspominał ten czas:

Herezja Jowiniana równająca zasługę świętego dziewictwa ze skromnością małżeństwa była tak silna w mieście Rzymie, że niektóre zakonnice, co do których skromności dotychczas nie było najmniejszego podejrzenia, zostały popchnięte do małżeństwa, jak powiadają, szczególnie tym argumentem, iż namawiał je słowami: „A więc ty jesteś lepsza niż Sara, lepsza niż Zuzanna, albo Anna?”. Wymieniając również i inne niewiasty według świadectwa Pisma Świętego najbardziej godne pochwały powodował, że one nawet nie potrafiły myśleć, by były od nich lepsze albo nawet im równe. W taki sposób również łamał święty celibat ojców świętych wzmianką i porównaniem z patriarchami żyjącymi w małżeństwie. Kościół święty w tymże mieście opierał się takiemu dziwactwu bardzo mężnie i wiernie. Jednak te jego [Jowiniana – przyp. mój J.P.] wypowiedzi zawierały się w kazankach albo w cichych rozmowach, a nikt nie odważył się powiedzieć tego głośno. Należało jednak zapobiegać niezwykłej łatwości oddziaływania trucizny nawet i potajemnie, z pomocą Pana, zwłaszcza, że pyszniono się, iż Jowinianowi nie podobna odpowiedzieć z godnością inaczej, niż przez oskarżenie małżeństwa 2.

Dodajmy, że Augustyn był najmniej zajadłym polemistą Jowiniana. Święty Ambroży na przykład, oprócz tego, że na temat dziewictwa i jego relacji do małżeństwa napisał wiele (De virginibus, De viduis, De virginitate), w 393 roku zwołał do Mediolanu synod, który miał oficjalnie potępić herezję Jowiniana. Natomiast w dziełku św. Hieronima Adversus Iovinianum, w którym broni on tezy o wyższości dziewictwa nad małżeństwem, widać, że autorowi nieraz puszczają nerwy. Jowinian zostaje potępiony również przez synod w Rzymie zwołany za papieża Syrycjusza. Co ciekawe, odgłosy tej polemiki znajdujemy jeszcze dużo później, bo aż w kanonach Soboru Trydenckiego. Jeden z kanonów mówiących o sakramencie małżeństwa brzmi następująco:

Jeśli ktoś twierdzi, że stan małżeński należy wyżej cenić niż stan dziewictwa lub celibatu i że nie jest lepiej i szczęśliwiej pozostawać w dziewictwie lub celibacie, niż być związanym węzłem małżeńskim (por. Mt 19,11n; 1 Kor 7,25n, 38–40) – niech będzie wyłączony 3.

Czy da się pogodzić postawę trzech wielkich Doktorów Kościoła, orzeczenia synodów w Rzymie i Mediolanie i wreszcie kanony Trydentu z kanonami Synodu w Gangrze? Zgadzam się z Małgorzatą Wałejko, że podkreślanie wyższości celibatu nad stanem małżeńskim może być niebezpieczne, ponieważ może po kryjomu wprowadzić nas w herezję Eustatiosa, przeciw której wystąpili ojcowie synodu w Gangrze. Równocześnie proszę jednak o uznanie, że tak samo niebezpieczne jest zrównywanie obu stanów życia – wszak niepostrzeżenie można znaleźć się po stronie Jowiniana i wejść w spór z Ambrożym, Hieronimem, Augustynem, Tomaszem z Akwinu, Trydentem, Soborem Watykańskim II i wszystkim, co nieuważnie pominąłem. Sobór Watykańskie II w Dekrecie o formacji kapłańskiej Optatiam totus powiada wprost:

Obowiązki i godność małżeństwa chrześcijańskiego, które przedstawia miłość między Chrystusem a Kościołem (por. Ef 5, 22–33), niech alumni należycie poznają; niech jednak uświadomią sobie wyższość dziewictwa poświęconego Chrystusowi tak, aby po przemyślanym dobrze i wielkodusznym wyborze, poświęcili się Panu z całkowitym oddaniem ciała i duszy 4.

W jaki sposób zatem uniknąć obu herezji – i tej Eustatiosa, i tej Jowiniana? Podstawowa trudność od czasów Augustyna pozostaje ta sama. W jaki sposób mówić o wyższości dziewictwa, nie deprecjonując jednocześnie małżeństwa? Czy jest to w ogóle możliwe? Czy pierwszeństwo jednego nie zakłada z definicji pomniejszenia drugiego z tych stanów? Wszystkich ciekawych naprawdę poważnych rozwiązań tego zagadnienia odsyłam do tekstów Augustyna, które zostały przetłumaczone przez ks. Wacława Eborowicza. Teksty Hieronima nie są dostępne w języku polskim – trzeba albo przedzierać się przez niełatwą Hieronimową łacinę, albo skorzystać z przekładu angielskiego. W Polsce powstała co prawda jedna poważna i wyczerpująca monografia opisująca spór trzech wielkich doktorów Kościoła z herezją Jowiniana, jest to jednak praca retoryczna i filologiczna, nie zaś teologiczna. Tak czy inaczej jest godna polecenia. Autorem jest Przemysław Nehring, a książka nosi tytuł Dlaczego dziewictwo jest lepsze niż małżeństwo? Spór o ideał w chrześcijaństwie zachodnim końca IV wieku w relacji Ambrożego, Hieronima i Augustyna. Warto mieć świadomość, że debatę, którą prowadzimy na łamach „W drodze”, Kościół ma już w pewnym stopniu za sobą i to od mniej więcej szesnastu wieków. Nie będę streszczał tego sporu. Chciałbym raczej wskazać na pewne kwestie, które szczególnie dzisiaj wydają się aktualne.

Obsesja równości

Mam dziwne wrażenie, że obecny sprzeciw wobec hierarchizacji powołań ma swoje źródło w demokratycznej obsesji równości. Kiedy św. Tomasz z Akwinu pisał swoje dziełko O doskonałości życia duchowego, nie czuł się specjalnie skrępowany tym, że co chwilę rozważał, co jest mniej, a co bardziej doskonałe i, co gorsza – który stan w Kościele jest mniej, a który bardziej doskonały. Pytanie, czy na przykład prezbiterzy i archidiakoni są w stanie doskonalszym niż zakonnicy albo czy stan biskupi jest doskonalszy niż stan zakonny, albo wreszcie pytanie o relację celibatu i małżeństwa było dla Akwinaty zupełnie na miejscu. Dziś stwierdzilibyśmy pewnie, że takie pytania są zupełnie bez sensu. Nie ma się przecież co licytować o to, kto jest doskonalszy. Tomasza można jeszcze zrozumieć, żył w epoce królów i książąt, kiedy społeczeństwo z gruntu było hierarchiczne i to właśnie hierarchiczne środowisko odciskało swoje piętno na teologii i Kościele, ale teraz mamy to już za sobą. Przyznam szczerze, że współczesna debata dotycząca wielu religijnych tematów – chociażby takich jak powszechność zbawienia czy właśnie hierarchizacja stanów w Kościele – przypomina mi bardzo kumoterski wyścig, który Dodo z Alicji w Krainie Czarów urządził dla zwierząt. Okazało się, że obwieszczenie, iż wszyscy wygrali wyścig i każdemu należy się nagroda, spowodowało więcej kłopotów, niż przyniosło korzyści. Nie lubimy hierarchizacji, pociąga nas równość. Dlaczego tak się dzieje? Clive Staples Lewis tak pisał:

Żądanie równości pochodzi z dwóch źródeł: jedno z nich należy do najszlachetniejszych, a drugie do najnikczemniejszych ludzkich emocji. Szlachetne źródło to pragnienie sprawiedliwości. Drugie natomiast – to nienawiść powodowana wyższością innych 5.

Skąd jednak się bierze ta nienawiść? Nienawiść – czy może bezpieczniej byłoby powiedzieć: niechęć – powodowana wyższością innych? Myślę, że po prostu z błędnego przekonania, iż ten, kto stoi wyżej od nas, w jakiś sposób nam zagraża. Owszem, może tak być, ale wcale nie musi. Na pewno zaś nie mamy z takim zjawiskiem do czynienia w przypadku hierarchizacji stanów w Kościele. Kościół jest Ciałem Chrystusa. Spróbujmy przez moment trzymać się tego obrazu. Czy jeśli powiem, że głowa jest doskonalszą częścią ciała niż ręka, to ryzykuję, że głowa w jakikolwiek sposób zagrozi ręce? Czy jeśli zgodzę się z Arystotelesem i przyznam, że wzrok jest najdoskonalszym ze zmysłów, to w jakikolwiek sposób umniejszę tym wartość słuchu? To, że głowa jest najdoskonalszą częścią ciała, nie oznacza, że stanowi ona jakiekolwiek zagrożenie dla innych jego członków. Wręcz przeciwnie. To głowa ma się troszczyć o to, żeby nic się nie stało ręce. Co ważniejsze – członki ciała, mimo że są mniej czy bardziej doskonałe, są niezastępowalne. To, że głowa jest doskonalsza od ręki, nie znaczy, iż potrafi ją zastąpić. To, że mózg jest organem znacznie doskonalszym od żołądka, nie oznacza, iż potrafi przejąć jego funkcję. Ciało, organizm, będąc strukturą skrajnie niedemokratyczną i, można by wręcz powiedzieć, hierarchiczną, jest jednocześnie strukturą najbardziej sprzyjającą wszystkim częściom składowym.

Podobnie rzecz ma się ze stanami w Kościele. Fakt, że jedne są bardzo dobre, a inne jeszcze lepsze, nie oznacza, że jedne mogą zastąpić drugie. Małgorzata Wałejko pisze, że „gdyby wszyscy to odkryli [obiektywną wyższość jednej drogi, jednego stanu – przypis mój – J.P.], wyginęlibyśmy jak dinozaury, oświeceni meteorytem celibatu”. Urocza krotochwila tego sformułowania troszeczkę zakrywa jego fałszywość. Otóż kiedy ręka odkrywa, że istnieje głowa, wcale nie oznacza to, że zaraz musi i może się ona stać głową. Obawiam się, że wręcz byłoby to niemożliwe. Jeśli coś jest obiektywnie doskonalsze, wcale nie oznacza, że wszyscy muszą to realizować. Obiektywnie większą wartość niż jeden talent ma pięć ewangelicznych talentów, ale przecież w Ewangelii nie chodzi o to, kto ile dostał, ale jak bardzo pomnożył.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. Spieramy się cały czas o doskonałość stanów, nie zaś o doskonałość osób. Możemy się spotkać z taką sytuacją, że osoba prowadząca życie w doskonalszym stanie będzie obiektywnie mniej doskonała niż osoba prowadząca życie w stanie mniejszej doskonałości. Innymi słowy, konkretny zakonnik może być osobą zupełnie grzeszną i niedorastającą nawet do doskonałości konkretnego małżonka. Ojciec Jacek Salij OP podaje na zilustrowanie tej sytuacji przykład posiadacza złota i posiadacza srebra. Otóż ten, kto ma tonę srebra, jest bogatszy od tego, kto ma pół kilograma złota. Niemniej jednak nie ma co zaprzeczać, że złoto jest kruszcem szlachetniejszym. Konkretne wspólnoty zakonne mogą obiektywnie prowadzić życie mniej doskonałe niż konkretni małżonkowie. Nie wpływa to jednak specjalnie na klasyfikację doskonałości stanów życia.

Małgorzata Wałejko opiera jednak swoją wizję zrównania stanów na „nowatorskiej” koncepcji świętości, która nie zależy specjalnie od ludzkich działań i wysiłków. W tej „nowatorskiej” koncepcji „to nie zasługa prowadzi do świętości, czyli jedności z Bogiem”, zaś „heroiczność cnót uległa detronizacji i okazała się jedynie drugoplanowym skutkiem świętości rozumianej jako więź”. Można by tych tez jakoś bronić, ale tyle już napisano w obronie duchowości kwietystycznej, a później luterańskiej zasady sola gratia, że chyba nie ma co tego powtarzać. Co ciekawe, konsekwentni reformatorzy dokładnie z tych samych pozycji co Wałejko negowali już całkiem otwarcie kult świętych i sensowność życia zakonnego. Najlepszym komentarzem do fragmentu artykułu Małgorzaty Wałejko dotyczącego nowej koncepcji świętości będzie niewątpliwie wszystko, co na ten temat napisali ojcowie Soboru Trydenckiego. A swoją drogą, dlaczego ciągle w procesie beatyfikacyjnym czy kanonizacyjnym tak bardzo liczy się orzeczenie heroiczności cnót, skoro zmieniła się koncepcja świętości? W jaki inny sposób można mierzyć „świętość jako więź”, jeśli nie heroicznością cnót? Przypomina mi się w tym kontekście uwaga lorda Melbourne’a na temat ustanowionego przez Edwarda III Orderu Podwiązki. Otóż ten order w założeniu miał być najważniejszym odznaczeniem rycerskim, ale w pewnym momencie tak rozmyły się kryteria jego przyznawania, że Melbourne mógł z czystym sumieniem, choć nieco cynicznie powiedzieć: „Przepadam za Orderem Podwiązki. Nie ma nic wspólnego, u diabła, z żadnymi zasługami”. Kiedy zapoznałem się z antypowinnościową, antymoralnościową wizją świętości pani Wałejko, miałem ochotę sparafrazować słowa Melbourne’a – „Przepadam za świętością. Nie ma nic wspólnego, u diabła, z żadnymi zasługami”.

W jakim sensie stan zakonny jest doskonalszy od stanu małżeńskiego?

Poza przyczynami podanymi przez Hieronima, Ambrożego i Augustyna jest, według mnie, jeszcze co najmniej jeden powód, dla którego można uznać stan życia zakonnego za doskonalszy od stanu życia małżeńskiego. Mam tu nam myśli podjęte ryzyko. Otóż, mówiąc najkrócej, życie małżeńskie broni się nawet poza rzeczywistością wiary. Albo jeszcze inaczej – małżeństwo znajduje swoje uzasadnienie nie tylko na płaszczyźnie nadprzyrodzonej, ale i naturalnej. Życie zakonne ufundowane jest jedynie na płaszczyźnie nadprzyrodzonej. Nie jest dla nas nie do pomyślenia małżeństwo osób niewierzących, ale niewierzący zakonnik wydaje się sprzecznością samą w sobie. Wybór życia zakonnego to wybór, którego nie usprawiedliwia nic poza wiarą. Życie zakonne byłoby zupełnie bez sensu, gdyby wiara zawiodła. Życie małżeńskie znajduje swoje potwierdzenie już na płaszczyźnie naturalnej. Do rzeczywistości nadprzyrodzonej zostaje podniesione poprzez specjalnie ustanowiony sakrament. Życie małżeńskie usprawiedliwiane jest zatem przez dwie płaszczyzny – naturalną i nadnaturalną. Życie zakonne jedynie przez nadnaturalną. Dlatego mówimy, że jest znakiem eschatologicznym. Dlatego wydaje się większym życiowym ryzykiem. Życie zakonne to z istoty swojej postawienie wszystkiego na jedną kartę.

Oczywiście jeszcze raz powtarzam, że mówię o stanie życia zakonnego, nie zaś o konkretnych osobach. Bez problemu mogę sobie wyobrazić osobę, która zewnętrznie wybiera ryzyko życia zakonnego, ale wewnętrznie upatruje sensowność swojej drogi w bardziej naturalnych działaniach. Zawsze można powiedzieć: „Jestem zakonnikiem, ale i naukowcem, działaczem charytatywnym, społecznym, kulturalnym”. W ten sposób często uciekamy od ryzyka naszego powołania i próbujemy tu, na ziemi, znaleźć coś, co usensowni nasze śluby. W istocie jednak nie o to chodzi. Można robić różne rzeczy, ale sensowność naszego życia jest usprawiedliwiona wyłącznie przez wiarę. Gdyby się okazało – zgodnie z Pawłowym zakładem – że Chrystus nie zmartwychwstał, wielu byłoby głupich, ale zakonnicy byliby pośród nich najgłupsi. Powołanie zakonne w tym sensie można uważać za najbardziej doskonałe, że jest najbardziej ryzykowne. Stan zakonny to stan tych, którzy zagrali o wszystko, zostawili cały majątek, wszystko postawili na jedną kartę. Warto się modlić, aby ta modelowa sytuacja znalazła realizację w jak największej liczbie konkretnych przypadków.

Zamiast zakończenia

Artykuł musi mieć swoje ramy objętościowe i musi się kiedyś kończyć. Mam wrażenie, że po większości problemów, które wywołała nasza polemika, mogłem się tylko prześliznąć. Żałuję, że nie mogłem odnieść się do artykułu Piotra Sikory, który uważam za teologicznie i filozoficznie najciekawszy. Być może będę miał okazję do niego powrócić. Jedno chciałbym oświadczyć wprost. Nie dlatego uważam, że stan zakonny jest doskonalszy od małżeńskiego, iż stan małżeński jest mało warty, ale właśnie dlatego, że jest czymś wspaniałym, wielkim i świętym. Tylko z tego powodu, że rezygnujemy z wielkiego dobra, możemy powiedzieć, iż to, co wybieramy, jest dobrem większym. W zasadzie nasza dyskusja powinna się rozpocząć od tekstu pokazującego prawdziwą teologię małżeństwa jako powołania do pełni świętości. Jestem zaś osobiście przekonany, że kluczem do dobrej teologii hierarchii stanów w Kościele jest nauka o Kościele jako Ciele Chrystusowym.

1 Synody i kolekcje praw, t. I: Dokumenty synodów od 50 do 381 roku, Kraków 2006, s. 126. 
2 Św. Augustyn, O nauce chrześcijańskiej. Sprostowania, PSP XXII, przeł. Wacław Eborowicz, Warszawa 1979, s. 261–262. 
3 Breviarium fidei. Wybór doktrynalnych wypowiedzi Kościoła, Poznań 2001, s. 505. 4 W oryginale fragment ten brzmi: „Officia et dignitatem Christiani matrimonii, quod amorem inter Christum et Ecclesiam repraesentat, alumni debite cognoscant; perspiciant autem virginitatis Christo consecratae praecellentiam, ita ut optione mature deliberata ac magnanimi, integra corporis et animi deditione Domino se devoveant”. Tłumaczenie polskie za: Dekret o formacji kapłańskiej Optatiam totus, w: Sobór Watykański II. Konstytucje, dekrety, deklaracje, Pallottinum, Poznań 1968, s. 293. 
5 Clive Staples Lewis, Demokratyczna edukacja, w: Nieodparte racje. Eseje o etyce i teologii, przeł. Jan Muranty, Oficyna Wydawnicza Logos, Warszawa 2003, s. 50.

Między Eustatiosem a Jowinianem
Janusz Pyda OP

urodzony w 1980 r. w Lublinie – dominikanin, absolwent filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim i teologii w Papieskiej Akademii Teologicznej, kaznodzieja, ceniony rekolekcjonista, duszpasterz, członek...