Miłość, która zejdzie na samo dno

Miłość, która zejdzie na samo dno

Jest taka prośba, której się boję. Zstąp ze mną do piekieł.

A jeśli już tam jestem, nie odchodź.

– fragment modlitwy osoby wykorzystanej seksualnie jako dziecko

Te dramaty rozgrywają się wśród nas. To nie są scenariusze, których akcja toczy się w egzotycznych, odległych geograficznie i kulturowo krajobrazach, wywołując w nas, słuchaczach, bezpieczny dystans, pozwalając jednocześnie wielkodusznie uronić niejedną łzę nad losem owych biednych, nieznanych nam istnień.

Gwałt na dziecku

Ten koszmar dzieje się niejednokrotnie za ścianą naszego bezpiecznego, cywilizowanego domu, w rodzinie takiej jak inne: porządnej, kulturalnej, a może czasami nieco podpitej, z lekka awanturniczej, ale w gruncie rzeczy kochającej się, jakoś. Ta tragedia rozgrywa się czasami na plebanii sympatycznego, zaangażowanego w pracę z młodzieżą księdza. Może nieco samotnego, ale pewnie nie bardziej niż inni duchowni, w końcu starającego się pobożnie żyć, jakoś.

To może być internat, szkolny wyjazd, świetlica, klub sportowy, do którego z ufnością oddajemy dziecko. Bywa, że scedowanie opieki nad dzieckiem na wujka, starszego brata czy przyjaciela rodziny, który z kredytem zaufania wchodzi w młode życie, ze swoim nikomu nieznanym problemem, buduje potajemny dramat.

Jaki to problem, dramat, jaki koszmar, który latami często zakryty dla samego zainteresowanego, potrafi po pewnym czasie wybuchnąć w dojrzewającym albo już dorosłym mężczyźnie lub kobiecie?

To molestowanie seksualne dziecka, a może lepiej nazywając – to gwałt na dziecku, zadany przez tego, ze strony którego takiego ciosu nie można było się spodziewać. Mój mąż? Nasz wychowawca? Nasz ksiądz? Trudno uwierzyć, ale nie o wiarę przecież tutaj chodzi. Albo odważnie otworzymy oczy i uszy na to, co chcą nam powiedzieć i pokazać niemym krzykiem lub wielką agresją zranione dzieci, także już te dorosłe dzieci, albo po raz kolejny pozostawimy ich w samotnym tyglu nienawiści do siebie, kata i Pana Boga.

Odsłanianie tajemnicy

Co istotne dla nas księży – ten tygiel bywa odsłaniany w konfesjonale, w rozmowie z księdzem czy w konflikcie wychowawczym w duszpasterstwie (młodzieżowym czy akademickim). Czasami jest on wylany wprost, jak wrzątek, wiadro pomyj, bez upiększeń i domysłów, a czasami w sposób zawoalowany, w pewnym kodzie językowym lub grypsie zachowań.

Najczęściej jednak najistotniejsze wyznanie osoby molestowanej dotyczące jej dramatu będzie się dokonywać w spowiedzi, dlatego że jest ona przestrzenią zamkniętą, objętą klauzulą tajności. Sprzyja temu także to, że ofiary przemocy seksualnej postrzegają często sakrament pojednania asekuracyjnie, jako kolejne przedłużenie wszechobecnej w ich życiu zmowy milczenia, do której już przywykły. Czasami w domu ktoś wiedział lub domyślał się tego, „co się działo”, ale nie potrafił zmierzyć się z tym problemem. Także wtedy, kiedy wykorzystana seksualnie osoba, już jako dojrzała, próbowała porozmawiać wprost na ten temat, słyszała często poradę „lepiej nie wracać do tego, lepiej dla wszystkich o tym nie mówić”. Zmowa milczenia, która buduje osamotnienie, wyizolowanie i niezrozumienie siebie w pełni, dodatkowo pogłębia ranę osoby wykorzystanej seksualnie jako nieletnia. Dlatego cichym zakładnikiem tej tajemnej historii gwałtu może mimowolnie stać się ksiądz jako spowiednik czy duszpasterz.

Nieświadome uciszanie brudnej sprawy

Ksiądz, zachowując obowiązującą go tajemnicę spowiedzi i sekret rozmowy duszpasterskiej, może się stać nieświadomym przedłużeniem całego łańcuszka uciszaczy brudnej sprawy, tym razem kneblując krzyk ofiary lub tamując ranę zakażonym opatrunkiem, posługując się sakramentem pojednania. Żeby tak się nie stało, a została zachowana oczywista tajemnica spowiedzi, warto mieć świadomość tego, kim jest ten, który przychodzi do spowiedzi jako ofiara molestowania seksualnego. Pomijam fakt, o którym się czasami nie pamięta wśród księży, że poza spowiedzią powtórzone fakty mogą być wyjaśniane w świetle prawa cywilnego, czemu może patronować ksiądz.

Szalenie istotne jest, aby ucho spowiednika było nie tylko wyczulone na prawdę o Bożym Miłosierdziu, znajomość dogmatyki, kazusów teologii moralnej i prawa kanonicznego, ale także na ludzką, psychologiczną sytuację spowiadającego się, którym okazuje się ofiara przemocy seksualnej. Te psychologiczne mechanizmy silnie oddziałujące na spowiadającą się ofiarę przemocy, często będą w niej dokonywać zniekształceń i zafałszowań nawet najlepszych duchowo i dogmatycznie dobranych porad, kierowanych przez spowiednika, niedostrzegającego na czas u penitenta specyficznej pajęczyny zranień emocjonalnych, w którą nieświadomie sam się zaplątał. Zdarzyć się może wówczas, że spowiedź na poziomie ludzkim zaognia dramat, a nie prowadzi do uzdrowienia, albo jego rozwiązanie opóźnia, bo osoba zmolestowana po takiej źle wysłuchanej spowiedzi, niezrozumiana adekwatnie, obciążona nietrafionymi poradami duchowymi, przez długi już czas nie podejdzie do kratek konfesjonału, by odsłonić swoją ranę.

Nieuzasadnione poczucie winy

Przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę z potężnego poczucia winy, jakie targa spowiadającą się osobą, która w dzieciństwie była molestowana seksualnie. Często jest to neurotyczne poczucie winy, zupełnie nieuzasadnione, przejawiające się w braniu na siebie odpowiedzialności za to, co wydarzyło się w dzieciństwie, za gwałt, który się na niej dokonał. Często nie rozumie, że jest ofiarą, że została zgwałcona, wykorzystana. Niejednokrotnie z tego powodu fakt kontaktu cielesnego z kimś starszym będzie uznawała za swój grzech, który niewyjawiany w konfesjonale ze wstydu będzie budził w niej poczucie, że odbyła same nieważne spowiedzi. Ciągłe poczucie winy, obecność w sumieniu źle odczytanego grzechu jako nieprzebaczonego, niezmazanego z własnego wyboru, rodzić może zaś nieustanne oskarżanie się, życie religijne w ciągłym szantażu wszechobecnego grzechu.

Może to prowadzić do sumienia skrupulanckiego, które jest krańcową niezdolnością sumienia do oceny tego, co jest rzeczywistym grzechem. Ciągłe śledzenie siebie, katowanie poczuciem winy nieprzebaczonej, wizje nieważnie odbytych spowiedzi, przyjętych świętokradzko Komunii Świętych. To jest świat osoby, która zraniona poprzez molestowanie seksualne rani siebie w świecie religijnym, szukając ukojenia przy kratkach konfesjonału. Spowiedź skrupulanta potrafi być koszmarem dla niejednego spowiednika, ale niedostrzeżenie przez niego powiązań molestowania z chorobliwym poczuciem winy skazuje molestowaną osobę na powolną agonię.

Poczucie winy może być karmione u spowiadającego się pamięcią o tym, że doznał jednocześnie przyjemności w kontakcie seksualnym z osobą molestującą. Rodzić się może u molestowanej osoby przypuszczenie, że być może sama chciała tego, być może potem sama przychodziła już do molestującego, domagając się takiego kontaktu. Bo może było tak, że kontakt seksualny, dotyk, przytulenie, pocałunek z osobą molestującą był paradoksalnie pierwszą dla dziecka tak intymną, bliską i ciepłą relacją! Trzeba umieć odsłonić tę prawdę spowiadającemu się, tym bardziej jeśli wychowywał się on w rodzinie zaburzonej (np. alkohol, brak jednego z rodziców).

Zafałszowana seksualność

Mogło się zdarzyć, że dziecko po raz pierwszy usłyszało, że ktoś je kocha, że jest dla kogoś jedyne, kiedy było molestowane. Dramat takiego gwałtu polega na tym, że tworzy się swoisty skrypt – dokonuje się wykorzystanie seksualne, które jednocześnie zapisuje w dziecku informację o tym, że jest w taki sposób kochane. Zostaje zatem zdeptane i pokochane jednocześnie. Z tego powodu bardzo długo osoby molestowane seksualnie nie podejrzewają, że były molestowane, skoro w ich doświadczeniu zapisana była informacja o miłości, a nie o wykorzystaniu.

Jednak ta informacja niesie kolejne ryzyko, przekaz bowiem brzmi: „jestem kochany tylko cieleśnie” (seksualnie), albo „tylko poprzez cielesny kontakt mogę doświadczyć miłości”. Podczas spowiedzi, w których osoba molestowana oskarża się o notoryczne kontakty seksualne z dopiero co poznanymi przypadkowymi osobami, warto pamiętać o tym, że może nie chodzić jedynie o rozwiązłość i nieczystość, ale o pewien skrypt, który taką drogę podpowiada w poszukiwaniu miłości! Warto pamiętać o tym również, kiedy spowiadać się będzie człowiek prostytuujący się… który niejednokrotnie był ofiarą przemocy w dzieciństwie.

Ofiara molestowania nie rozumie siebie, bierze więc na własne barki zbyt wiele odpowiedzialności i winy. A konfesjonał przecież nie może stać się miejscem, gdzie z powodu naszego przytępionego słuchu psychologicznego będziemy nakładać na penitentów ciężary, które im te barki zgniatają.

Doświadczenie przez dziecko molestowane intensywnej przyjemności na poziomie choćby fizjologicznym (doświadczenie orgazmu w wyniku pobudzania), stać się może stygmatem, rzucającym się cieniem na całe życie seksualne już dojrzałych mężczyzn czy kobiet.

Słowo „nieczystość” osoba molestowana silnie kojarzy z brudem, którym została oblepiona w dzieciństwie przez molestującego. Ale ten brud przenikać może wszystko, co seksualne u tego człowieka, także gdy będzie starszy, dlatego każda bliskość fizyczna może być odczytywana jako nieczysta (także małżeńska) czy każde ujawnienie się wymiaru seksualnego będzie nieczyste (wzwód, polucja, podniecenie). Skutkiem tego może być z jednej strony silnie napięta seksualność, silnie rozbudzone potrzeby seksualne, a z drugiej strony całkowite negowanie ich, swoista aseksualność.

W małżeństwie może objawiać się to choćby unikaniem kontaktów seksualnych: kobieta molestowana będzie chciała mieć życiowego powiernika, ale nie kochanka i partnera, będzie więc unikała fizycznych kontaktów z mężem, bo akt seksualny będzie dla niej po prostu aktem przemocy. Dlatego nic się tutaj nie wskóra, gdy będzie się mówiło o powinnościach małżeńskich i przekonywało, że katolicka nauka w pełni dowartościowuje seksualność małżonków, więc nie ma sensu unikanie współżycia. A już z pewnością można sobie podarować jako absolutnie żenujące w tym miejscu mówienie o wzniosłych ideach życia w tak zwanym „białym małżeństwie”, bo to po prostu nie ten adresat i nie to rozwiązanie. Warto się też zastanowić, czy ksiądz przygotowujący narzeczonych do sakramentu małżeństwa, dysponując informacją o tym, że jedna ze stron była molestowana w dzieciństwie, dostrzega konieczność udzielenia w odpowiednim czasie pomocy zakochanym, którzy nie są w pełni świadomi siebie? Czy wolno mu przymknąć na ten fakt oko i pozwolić, by z czasem mogło dojść do rozbicia się małżonków o ukryte rafy ich lęków i zranień?

Mężczyzna w dzieciństwie molestowany przez dorosłego – najczęściej mężczyznę – będzie często miał poczucie pękniętej tożsamości seksualnej, przeżywając bądź to lęki homoseksualne, bądź odkrywając u siebie skłonności biczy homoseksualne, które niezrozumiane, mogą go zdominować. Albo poszukując silnego wzorca męskości, będzie się boleśnie mierzył ze swoją zachwianą męskością, udowadniając sobie i światu własną męskość, wchodząc w relacje pełne przemocy, agresji czy wulgaryzmu.

Niedostrzeżenie tego „tła o charakterze molestującym” przez spowiednika, a tylko wyławianie i okładanie moralną okrasą suchych „kazusów”, jak choćby wspomniane unikanie pożycia seksualnego w małżeństwie czy skłonności homoseksualnych u mężczyzny, może prowadzić do złej diagnozy i nieodpowiedniego „leczenia”: może pogłębiać tylko u penitenta poczucie winy i udręki, ustawiając go jako współwinnego tego, co się stało i dzieje aktualnie, bez powiązania tego z przeszłością, wskazania na bycie ofiarą i ukazania drogi wyjścia.

Bardzo ważny jest tutaj język spowiednika, który popadając w kapłańską rutynę albo obawiając się zbytniego psychologizowania, będzie się uciekał do utartych schematów teologicznych, które przez osobę wykorzystaną zostaną jednak opacznie zrozumiane. Język zbyt pobożnościowy w takich sytuacjach staje się językiem teorii i postulatów, które wypowiadane w dobrej intencji przelatują w najlepszym wypadku ponad głową penitenta, a w najgorszym i najczęstszym skutecznie trafiają go w sam środek obolałej pamięci i traumy. Darujmy sobie może historie żywcem wzięte z hagiografii oficjalnie kanonizowanych, gdzie wzniosłe heroiczne ideały są chlebem powszednim, jak choćby przykład młodej dziewczyny, która broniąc swojego dziewictwa, dała się zamordować – pamiętajmy, komu chcemy to opowiedzieć! Niekoniecznie mówienie wprost o obowiązku czczenia ojca, który okazał się osobą molestującą latami naszego penitenta, i wezwanie do przebaczenia dokona oczyszczenia jątrzącej się rany.

Także słowo „nieczystość” dla osoby molestowanej to po prostu brud, a co za tym idzie, cała seksualność wydawać się może w tym ujęciu brudna. W praktyce spowiedniczej wolę tu używać języka ewangelicznych błogosławieństw i mówić o tym, że ludzie czystego serca są błogosławieni, niż skrótowo wspominać o „nieczystości”. Jedna z osób molestowanych przez lata nie potrafiła narysować siebie z sercem, bo molestujący ją człowiek jakby wyrwał to serce, dokonując gwałtu. Dopiero po przebyciu pewnej drogi umieściła nowe serce w swoim ciele, które rysowała. Wskazanie na to, że ludzie o czystym sercu są błogosławieni, uświadamia osobie wykorzystanej seksualnie, że może odzyskać w sobie coś błogosławionego, nie przeklętego, coś, co było cały czas, ale pozostawało ukryte: swoją niewinność, którą zawsze miała. Serce pozostaje w człowieku nienaruszone, choć ktoś zdeptał ciało. Serce, czyli niewinność ofiary, która nie potrafiła się obronić. Także jej seksualność, która została wykorzystana, ale jest błogosławiona.

Przezwyciężyć lęk

Kiedy staje przede mną ofiara przemocy seksualnej – czy to kobieta, czy mężczyzna – widzę w jej oczach lęk. Najbardziej uderzający jest strach przede mną jako mężczyzną – bo to najczęściej mężczyzna jest sprawcą wykorzystań seksualnych. Jeśli do tego sprawcą wykorzystania był ksiądz, lęk ów może narastać. Nieraz byłem poddawany przez penitentkę czy penitenta pewnego rodzaju testowi, który miał sprawdzić, czy im nie zagrażam. W takich sytuacjach szalenie ważna jest klarowność odpowiedzi, a nie obnoszenie się z poczuciem urażonej dumy, że ktoś nas chciał wystawić na próbę. Te osoby mają prawo otrzymać od nas gwarancję nietykalności. A jeśli w takiej sytuacji, z jakichś powodów nie czujemy się pewni siebie, lepiej wskażmy penitentowi kogoś godnego zaufania spośród znanych nam duchownych.

Czasami sposób mówienia, intonacja, fraza, której używamy, gestykulacja czy w końcu sam wygląd mogą wywołać poczucie lęku albo agresji u penitenta, bo któryś z tych elementów przez przypadek przypomina mu osobę, która go przed laty molestowała. Warto wówczas próbować wspólnie określić tę emocję, np. złość, by nie walczyć z nimi na oślep, ale aby je sobie uświadomić, nazwać i oswoić po to, by dalsze spowiedzi czy kierownictwo duchowe nie były nimi przysłonięte, co mogłoby doprowadzić do zniechęcenia do dalszej współpracy. Trzeba być przygotowanym także i na to, że w krańcowej formie lęku przed nami penitent może zupełnie się zablokować i nie wypowiedzieć już ani słowa albo uciec z konfesjonału. Trzeba mieć świadomość tych mechanizmów, a nie obrażać się i mówić o rzekomej niedojrzałości spowiadającego się.

Lęk może być związany także z tym, że molestowane dziecko zostało wepchnięte w kanał milczenia. Często kat zobowiązuje ofiarę do milczenia, szantażując ją tym, że wszystko ujawni. Może też grozić okaleczeniem czy inną formą przemocy. Z chwilą, z którą osoba odsłania w spowiedzi tę „brudną i tajną” część swojego życia, może narastać w niej lęk, że zdradza tamto zobowiązanie. Trzeba wtedy pomóc jej wyplątać się z bycia zakładnikiem chorego układu z molestującym człowiekiem i dać prawo w końcu, po latach milczenia, do mówienia. Często będą temu towarzyszyć silne emocje (łzy, szloch, przekleństwa). Pozwólmy, by ten lęk wyszedł z człowieka tłamszonego latami, a nie prawmy morałów, że coś nie wypada. I nie mówmy, że się spieszymy… ta osoba latami czekała na tę chwilę!

Lęk dotyczy także osądzenia, niezrozumienia, wyciągnięcia przez spowiednika pochopnych wniosków. Kruche poczucie wartości siebie albo raczej jego zupełny brak sprawia, że penitent jest szalenie wrażliwy na wszelką ocenę, wyrażoną nie tylko słowami, ale mimiką czy intonacją głosu. Ludzie ci boją się jak małe dzieci krzyku, gniewu spowiednika czy zniecierpliwienia, które mogą zniweczyć próbę wyjścia z kryjówki. Dlatego tak ważne jest, by spowiednik w kontakcie z osobą molestowaną w dzieciństwie był opanowany, serdeczny, wypowiedział słowo zachęty, okazał zrozumienie, afirmację i ciepło.

Spotykając się w konfesjonale z osobą molestowaną seksualnie jako dziecko, warto pamiętać, że pojedyncza spowiedź może się stać dobrym początkiem procesu uzdrowienia, który będzie najczęściej jednak rozłożony w czasie. I o ile penitent tylko wyraża zgodę czy chęć, a my gotowość towarzyszenia mu, powinniśmy przygotować się na długofalowe działanie. Najlepiej być gotowym do posługi jako spowiednik i jako kierownik duchowy. Praca taka powinna mieć zabarwienie lekko psychologiczne, uwrażliwione na wymiar antropologiczny, by człowiek mógł spokojnie dojrzewać na poziomie czysto ludzkim, by mogła następować jego integracja jako osoby ludzkiej, potem zaś jako chrześcijanina. Te dwa etapy są po to, by nie nastąpiło wymieszanie przekazu wiary z przekazem zranionych emocji, w których trudno wskazywać na odpowiedzialność za popełnione, ale w pełni nieuświadomione czyny. Warto polecić także takiej osobie terapeutę, którego pomoc istotnie dynamizuje proces uzdrawiania oraz uwalnia księdza od działania w zakresie wykraczającym często poza jego kompetencje.

Dawać czas

Spowiednik czy kierownik duchowy powinni zaakceptować powolne przekraczanie z penitentem kolejnych progów, a nie rzucać się od razu na głęboką wodę. Trzeba dać czas: wieczny Bóg działa w czasie. Chwilami będzie wydawać się, że penitent przeżywa regres, np. przestaje się spowiadać, chodzić na Eucharystię, ponownie pogrąża się w depresji, w grzechach i problemach. Wówczas trzeba uważnie słuchać, co przeżywa dany człowiek, jakie nowe odczytanie siebie i Pana Boga przetacza się przez jego sumienie, bo najczęściej taki kryzys to kolejna szansa na pogłębiony i bardziej autentyczny powrót do siebie i do Boga.

Z jednym z penitentów przeżywających wielkie lęki i silne poczucie winy, które uniemożliwiały pojawienie się w kościele na mszy świętej, przechodziliśmy od etapu czytania Pisma Świętego w niedzielne popołudnia w parku, traktowanego jako swoista początkowa paraliturgia, na którą było go wówczas stać, do powolnego zbliżania się do ołtarza w kościele w czasie Eucharystii. Człowiek ten przekraczał powoli swój lęk i poczucie wstydu za to, co wydarzyło się w jego życiu. Początkowo nie mógł wziąć udziału w liturgii w kościele, bo bał się, że każdy z obecnych tam pozna prawdę o jego życiu i go potępi. W tym akcie potępienia miały wziąć udział nawet figury świętych, które, według tego człowieka, miały spaść na jego głowę i ją przygnieść jako kara Boża. Powoli głód Boga nieprzymuszany zbyt intensywną konfrontacją z kościołem wzrastał, zmniejszając lęk przed własnymi wyobrażeniami o karze.

W tym towarzyszeniu często trzeba będzie zgodzić się na uczucie czy postawę nienawiści penitenta do molestującego, którym mógł być np. własny ojciec lub ksiądz, i nie ignorować agresji wobec ojca czy wobec Kościoła. Trzeba towarzyszyć czasami w krzyku do Boga, który po wielu latach wydobywa się ze ściśniętego gardła molestowanej osoby z bolesnym pytaniem: „Gdzie byłeś, Boże, dlaczego na to pozwoliłeś?”.

Pamiętam penitenta, dla którego odpowiedzią stała się adoracja krzyża w Wielki Piątek. W końcu, po wielu latach ta osoba doczołgała się do krzyża, stojącego na samym środku kościoła, objęła go i w wielkim swoim szlochu usłyszała: „Byłem tam z Tobą, na samym dnie”. To była odpowiedź, która przyniosła dojrzałą decyzję o przebaczeniu, udzielonym także Bogu. Potem powoli puszczał skurcz nienawiści wobec ludzi.

Jednak potrzeba czasu, cierpliwości, która jest w końcu, jak chce św. Paweł, znakiem miłości. Po prostu trzeba dużo miłości w tym piekle dziecka, które wpycha się także w świat dorosłego. Dużo miłości, która zejdzie na samo dno. Taka jest rola spowiednika. Przyjść z miłością, nie naszą – bo jej za mało, ale z Miłością Ukrzyżowaną, przyjść z nią na samo dno.

Miłość, która zejdzie na samo dno
Michał Adamski

były dominikanin....