Miłość zmartwychwstaje

Miłość zmartwychwstaje

Życie i miłość są nierozerwalnie ze sobą związane. Jedno rodzi drugie. I nawet krzyż, śmierć i grób nie są w stanie tego związku rozerwać.

Znany film z gatunku science fiction Bicentennial Man opowiada historię robota Andrew, stworzonego przez człowieka jako doskonała pomoc w gospodarstwie domowym. Z biegiem czasu Andrew rozwija jednak własną osobowość i w końcu zakochuje się w kobiecie. Tym, co najbardziej odróżnia człowieka od takiego perfekcyjnego robota, jest poczucie czasu. Maszyny można włączyć i wyłączyć, mogą się zepsuć i zużyć, można je zniszczyć, ale nie doświadczają one upływu czasu, przemijania — nie potrafią umierać. Robot Andrew postanawia zatem stać się śmiertelny, chce się nauczyć umierać, by móc być zawsze ze swoją ukochaną — aż do śmierci.

Historia Andrew jest współczesną bajką opartą na wątku pojawiającym się w wielu starożytnych przekazach, opowiadających o miłości nieśmiertelnej istoty do śmiertelnego człowieka. Idąc za głosem miłości, rezygnuje ona ze swojej nieśmiertelności i dzieli z ludźmi ich los. Stare i nowe ujęcia tej historii łączy zawsze jedna i ta sama myśl: ceną życia dzielonego z człowiekiem jest śmierć. Ten, kto rzeczywiście pragnie być we wszystkim blisko człowieka, płaci za to życiem.

Jako technicznie doskonała maszyna stworzona do pomocy człowiekowi robot Andrew był nieśmiertelny. Jednakże jako istota, która kocha, czuje, współczuje, Andrew musi nauczyć się umierać. Człowiek, który kocha, czyni czas ukochanego człowieka swoim własnym czasem. To właśnie odróżnia miłość od profesjonalnego świadczenia pomocy, które jest zawsze czymś, co pochodzi z zewnątrz. Co prawda, świadczący pomoc profesjonalista zdolny jest wzruszyć się losem człowieka będącego w potrzebie i nawet pozwala wciągnąć się na jakiś okres w jego czas, ale zwykle musi sobie wyznaczać wyraźne granice, by sam nie stał się kimś, kto potrzebuje pomocy. Nie może on czyjegoś czasu uczynić swoim własnym.

W Starym Testamencie ludzie zadawali pełne sceptycyzmu i ironii pytanie: „Gdzie jest wasz Bóg?” (np. Ps 42,11). Było to pytanie o nieśmiertelnego Boga jako „specjalistę” od pomagania śmiertelnemu człowiekowi w jego potrzebach. Ewangelia maluje jednak zupełnie inny obraz Boga. Kiedy człowiek patrzy na Jezusa umierającego na krzyżu, trudno mu się powstrzymać od zadania pytania: „Gdzie jest wasz Bóg?”. Odpowiedzią Ewangelii na to pytanie są słowa: „Tak Bóg umiłował świat” (J 3,16).

Przez kilka pierwszych wieków Kościół nie śmiał głośno zadawać pytania o śmierć Jezusa. Wyraźnie formułuje je dopiero w IV wieku św. Grzegorz z Nazjanzu w swojej homilii wielkanocnej: „Musimy się teraz zastanowić nad tym, co zwykle pomija się milczeniem: Dlaczego musiała być przelana krew Jezusa?”. Bynajmniej nie dlatego, że Bóg jest żądny krwi i potrzebował takiej ofiary. Według słów tej starożytnej homilii Jezus umarł dlatego, że Bóg nie chciał być kimś, kto jedynie pomaga ludziom z zewnątrz. Syn Boży umarł dlatego, że Bóg nie chciał być Bogiem bez nas, dlatego że chciał być z ludźmi, chciał być Bogiem z nami. Jedyną ceną, którą można za to zapłacić, jest doświadczenie śmierci — tak jak zaznaje jej każdy człowiek. Ktoś, kto wchodzi w czyjś czas i pragnie dzielić z kimś życie, płaci bowiem za to życiem. My, chrześcijanie, wierzymy jednak, że wspólnie dzielony czas może stać się czasem zbawienia. Miłość bowiem, która całkowicie wyzbywa się siebie aż po śmierć — zwycięża śmierć. Dlatego tym, co nas wyróżnia i jednocześnie odróżnia od otaczającego nas świata, nie jest wiara w bliżej nieokreślone życie po śmierci, lecz wiara w to, że jedynie miłość zmartwychwstaje.

* * *

Z wiarą stajemy przed pustym grobem Jezusa. Nie ma Go tam. Ukrzyżowany żyje. Zmartwychwstał. Umarł z miłości, a miłość zwycięża śmierć, zmartwychwstaje. To jest radosne orędzie wielkanocnego poranka rozpoczynającego zupełnie nowy rozdział dziejów Boga z ludźmi.

Naszą wielkanocną wiarę opieramy na świadectwie Ewangelii. Co ciekawe, ewangeliści opowiadają nam najpierw nie o samym Zmartwychwstałym, lecz o ludziach, których wieść o pustym grobie Jezusa poruszyła i przemieniła: o Marii Magdalenie, o innych kobietach, o uczniach Jezusa. Niektórzy z nich, na przykład Piotr i Jan, bardzo się śpieszą tego ranka, biegną co sił na cmentarz, wręcz się ścigają. Nic w tym dziwnego: miłość uskrzydla! A gdy dotarli do grobowca i zobaczyli leżące płótna — uwierzyli. Miłość ich nie zaślepiła!

Wcześniej do grobu Jezusa zmierza zapłakana Maria Magdalena. Skoro świt idzie tam, dokąd niesie ją miłość. Nie znajduje swojego ukochanego Nauczyciela. Kamień, który oddziela życie od śmierci, jest odsunięty. Jej Pana i Mistrza nie ma wśród umarłych. Powoli dociera do niej, że grób nie jest miejscem, w którym można znaleźć żywego Boga. A razem z nią uświadamiamy sobie to także i my. Nasze ludzkie życie nie jest wyprawą do grobu, a nasza chrześcijańska liturgia nie jest opłakiwaniem zmarłego. Z grobu Jezusa, który zamknęli i opieczętowali władcy tego świata, wydobywa się i rozchodzi na cały świat Ewangelia życia. Życie zaś toczy się i kwitnie gdzie indziej — tam, gdzie żyje miłość. Bo prawdziwa miłość nie pozostawia nikogo w śmierci. Miłość kreśli linię naszego życia szeroko, z rozmachem — z dala od jego biologicznych granic, z dala od grobowej deski. Życie i miłość są po prostu nierozerwalnie ze sobą związane. Jedno rodzi drugie. I nawet krzyż, śmierć i grób nie są w stanie tego związku rozerwać. Dla każdego, kto prawdziwie kocha, śmierć jest absurdem i nie może być końcem wszystkiego. To, że miłość jest w stanie przejść przez wszystko i przetrwać wszystko, wyczuwali instynktownie ci, którzy uwięzieni byli w samolotach pędzących w stronę wież World Trade Center na nowojorskim Manhattanie: w ostatnich chwilach swojego życia mówili przez komórki swoim bliskim: I love you.

Jezus żyje. Żyje jednak nie dlatego, że ludzie wspominają go przy grobie i że na zawsze pozostaje w naszej pamięci. My, chrześcijanie, wiemy, że jest odwrotnie: to my żyjemy dlatego, że On zawsze o nas pamięta — nawet przy naszym grobie — i ciągle nam o sobie przypomina. Kościół nie żyje pobożnymi wspomnieniami, lecz Pamiątką Pana. Kościół żyje, bo Pan w nim żyje, bo Pan jest obecny wśród nas, pośrodku naszego życia, w kawałku chleba, który spożywamy. Jezus żyje zatem w nas. Żyje we wspólnocie tych, którzy gromadzą się w Jego imię, którzy się Nim dzielą i rozpoznają Go w tych, którzy potrzebują miłości.

Zmartwychwstały jest z nami po wszystkie dni, aż do skończenia świata. Jest przy nas zwłaszcza wtedy, gdy Go najbardziej potrzebujemy. Ale tak samo jak Maria Magdalena, i my nie możemy Go zatrzymać. Po zmartwychwstaniu Jezus nie jest już tak po prostu jednym z nas. Dlatego każe Marii Magdalenie pójść do braci i powiedzieć im nie tylko to, że żyje, lecz także, że wstępuje do swojego Ojca. To właśnie jest Jego wielkanocne orędzie dla nas wykraczające daleko poza tamten poranek: zmartwychwstanie jest powrotem do domu — tam, gdzie jest Miłość. Ten, który umarł z miłości do nas — zmartwychwstał i poprzedza nas w drodze do naszej ojczyzny.

Miłość zmartwychwstaje
ks. Adam Kalbarczyk

urodzony w 1957 r. w Lesznie – ksiądz archidiecezji poznańskiej, doktor habilitowany nauk teologicznych, prof. UAM, wykładowca homiletyki, germanista, tłumacz....