Minizamyślenie o dwóch łagodnościach

Minizamyślenie o dwóch łagodnościach

Zrozumieć katedrę można na różne sposoby, ale sens jej jest w Bogu-Człowieku, który umarł i zmartwychwstał, a nie w szlachetnych wskazaniach tragicznie zmarłego młodzieńca z Galilei.

Stateczny, pulchny Buck Mulligan wstał właśnie i idzie się golić, potem zje solidne wyspiarskie śniadanie składające się z jaj, boczku i pajd chleba z masłem popijanych mocną herbatą z mlekiem, którą tak chwalił Haines. Heines po śniadaniu powie do Stefana Dedalusa: „Osobiście nie mógłbym strawić tej idei wcielonego Boga. Mam nadzieję, że nie jesteś jej zwolennikiem?”. Stefan Dedalus odpowie, że jest sługą dwóch panów: Imperium Brytyjskiego i świętego, rzymskiego, apostolskiego Kościoła katolickiego, co może znaczyć, że właśnie nie może, nie umie się od tej idei wyzwolić. Jednak przedtem stateczny pulchny Buck Mulligan wejdzie na okrągłą działobitnię dublińskiej wieży i z powagą udzieli trzykrotnego błogosławieństwa Urbi et Orbi. Bluźnierczego? To zależy od kąta spojrzenia, bo zdaje się, że on i jego przyjaciele są udławieni Irlandią i jej katolicyzmem, być może więc, laudesy Bucka Mulligana wyglądają tak, jak wyglądają:

Ja jestem najbardziej cudacznym chłopakiem, Mam matkę Żydówkę, a ojciec jest ptakiem. Z tym cieślą Józefem żyć w zgodzie nie mogę, Więc zdrowie Kalwarii i uczniów i – w drogę!
Jeżeli ktoś w boskość mą wątpi, to sobie Nie łyknie za darmo, gdy wina narobię, Lecz będzie pił wodę i modlił się o to, Bym wino oddając, znów zrobił je wodą.
Żegnajcie, żegnajcie. Zapiszcie me słowa. Powiedzcie tym czterem, że żyję od nowa. Co boskim jest we mnie, uniesie w dal mnie. Na Górze Oliwnej wiatr wieje… Adieu!

 Niech nas nie zwodzi wulgarność tej śpiewki, wulgarność samego Mulligana, to zapewne tylko odtrutka i poza, wyrąbywanie sobie przestrzeni wolności, niezależności od ciążących autorytetów Narodu ożenionego z Religią. Jednak przecież on i jego przyjaciele nie są już „chmurnymi”, zbuntowanymi młodzieńcami, to raczej ich dojrzała umysłowość szuka spokojnego portu, przestrzeni niezakłóconej świadectwem, kerygmatem i konsekwencjami przystania do Galilejczyka, przestrzeni, którą Mulligan opatrzyłby zapewne epitetem helleńskiej. Jak odczytać ten tytuł? Zdaje mi się, że odpowiedź znalazłem u conradowskiego Jonesa, który mówi do Heysta: „Żyjemy, proszę pana, w wieku pełnym łagodności. A przy tym nasz wiek jest pozbawiony przesądów”. To oczywiście marzenie – zapowiedź, a nie spełnienie z dublińskiej wieży, ale już, jako naoczni świadkowie wieku łagodności przywołajmy konsekwencje „Hellady” nowych pogan – zaakceptowany może być elegancki intelektualnie monoteizm, bo nieurągający umysłowi formułami, które inteligentny Mulligan, gdyby tylko znał reklamę proszków, streściłby jako „Trzy w Jednym”, i kunsztowne epicko wielobóstwo otwarte na każdą interpretację, wielobóstwo nieroszczące sobie prawa do wyłączności, za to mające niekiedy wyraźną propozycję metody: ascetycznych ćwiczeń i medytacji. Zdaje się, że poranne błogosławieństwo Mulligana przyniosło godny podziwu efekt: w mieście i świecie zaczęli mieszkać „ludzie pojedynczy”, „nastąpił czas uwielbienia sztuki”, „w ich nowych świątyniach śmiertelność pokonywana jest rzemiosłem artystów”, dodajmy do tego heroiczny brak dalszego ciągu – można z dużą pewnością przypuszczać, że „pojedynczy” zdołają się zadowolić ostateczną wersją swojego losu w poetyckiej wizji Dantego. Podam ją w interpretacji Borgesa z jego Dziewięciu esejów dantejskich:

W tej spokojnej siedzibie jest coś ze smutnego muzeum figur woskowych: Cezar uzbrojony i bezczynny, Lawinia na wieki pozostająca u boku swego ojca, pewność, że dzień jutrzejszy będzie jak dzisiejszy, który nie różni się od wczorajszego, tak samo jak wszystkie. Dalszy ustęp Czyśćca mówi jeszcze o tym, że cienie poetów, którym zabrania się pisać, jako że znajdują się w piekle, próbują odwracać uwagę od swojej nieśmiertelności literackimi dysputami.

Wiek łagodności (czy może uśmierzenia bólu?) oprócz wzmożonej opieki nad czworonogami i wzmożonej walki o zachowanie ginących gatunków charakteryzuje się poza tym konsekwentną czujnością wobec „roszczeniowych” deklaracji chrześcijaństwa (pełne zakłopotania, a nawet i podenerwowania pytanie ludzi pojedynczych brzmi: „dlaczego nie zostawia nas w spokoju?!”). Przekaz religijny może być więc zaakceptowany tylko w wersji light, bo tylko w takiej wersji jest bezpieczny i nie narusza zasady „żyj i pozwól żyć innym”. Czyż Izaak Berlin nie ostrzegał, że „nawet nauka Platona na temat uniwersalnej prawdy może przynieść potworne skutki?”. Człowieka „pojedynczego”, jako w gruncie rzeczy niesłychanego wrażliwca (histeryka, gdy ktoś próbuje zakwestionować jego samowystarczalność, którą często myli z wolnością), zainteresuje – mocno oczywiście wyostrzona przez bohaterów opowiadania Bobkowskiego Alma – teza:

Czy możliwa jest prawdziwa łagodność bez jakichś przesądów, na przykład moralnych lub religijnych? Laicka łagodność, świecka łagodność, czy humanizm, czy jak pan to nazwie – bez przesądów, nie jest niczym innym, jak dialektycznie stępionym okrucieństwem, najgorszym, bo obłudnym. Conrad to czuł i dlatego przylgnął do kilku przesądów. „Tak się powinno” – niewyrozumowane, pozornie mgliste, nieuchwytne, ale namacalne i niepołowiczne jak wszystko, co mówił francuski kapitan w Lordzie Jimie.

No tak, ale tu etyka powinności nie jest ogłaszana wszystkim, ma również niezbędny walor estetyczny w ulubionej postaci podbitego smutkiem osamotnionego heroizmu. Inaczej z wyznawcami „cudacznego chłopaka, co ma matkę Żydówkę, a ojciec jest ptakiem”. Nie tylko zdaje się, że z własnej woli zaprzężeni są do potężnego walca kościelnej instytucji (ale to można zrozumieć, bo jest to cena luksusu przynależności i związanego z nim lichego, bo lichego, ale bezpieczeństwa), nie tylko kultywują tę nobliwą tradycję jako swoisty stabilizator w przełomowych momentach swojego życia, ale charakteryzują się pewną uciążliwą cechą charakteru, która w mniej wyrafinowanych komentarzach nazywa się po prostu tupetem i nachalnością. Twierdzą bowiem, że Bóg stał się człowiekiem i że nie mogą nie dzielić się tą radosną nowiną z innymi absolutnie niezainteresowanymi podobnego typu wynurzeniami. Ale to nie koniec – nie tylko bowiem starają się respektować szereg praw i nakazów związanych z ich chrześcijańskim stylem życia, ale twierdzą, że możliwe jest spotkanie z Jezusem, którego uważają za żyjącego; tu dochodzi do pewnej konfuzji, bo niektórzy mówią, „jak z żywą osobą”, inni, „z jako żywą osobą”. Dodać do tego należy używaną często kategorię „powołania”, „nawrócenia”, „przemienienia” – co zdaje się mniej szokujące i wpisuje się w stare tradycje religijne. Zyskują czasami wsparcie z najmniej spodziewanej strony – jak choćby w osobie rabina J.H.H. Weilera, który odważnie broni – w imię dialogu i tolerancji właśnie – nie tyle „prawa” do głoszenia zbawienia w Jezusie Chrystusie, ile traktuje je – nazwijmy to niezgrabnie – „jako najbardziej normalną i zdrową sytuację” dla koegzystujących ze sobą ludzi, którzy chcą się spotkać. Oto, do czego nas zachęca:

Spróbujmy szybko wykonać pewien eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie zupełnie odmienny typ spotkania chrześcijan z Innymi, na przykład z żydami i muzułmanami. Chrześcijanie mogliby powiedzieć: „Wszyscy jesteśmy równi; przynajmniej w tym, co najważniejsze; w końcu wszyscy wierzymy w tego samego Boga, etc. etc.” Czy byłoby to o wiele mniej obraźliwe dla żydów lub dla muzułmanów? Nietrudno jest mi sobie wyobrazić, że żydzi i muzułmanie poczuliby się poniżeni i mocno zakłopotani podobnym stwierdzeniem. „Czy zatem nie wierzycie – zawołaliby po chwili wahania – że zbawienie może przyjść tylko od Jezusa Chrystusa?”. Ich zakłopotanie byłoby po prostu skutkiem takiej próby nawiązania relacji, która polegałaby na unikaniu niewygodnych prawd. Sytuacja ta mogłaby wzbudzić ich podejrzenie, resentyment lub lekceważenie. Podejrzenie – o brak dobrej wiary w takim do nich podejściu. Resentyment – z powodu paternalistycznej postawy wobec kogoś, o kim myśli się jak o dziecku, przed którym należy ukryć niewygodną prawdę, ponieważ rozmówca do niej „nie dorósł”. Lekceważenie zaś – zrozumiałe wobec tego, kto boi się stwierdzić, jakie są podstawy własnego wyznania. „Jeśli nie szanuje swojej własnej tożsamości, jak może uszanować moją?”. Nie chodzi po prostu o to, że żydzi i muzułmanie nie wierzą, by zbawienie pochodziło wyłącznie od Jezusa Chrystusa. To właśnie owa negacja, że zbawienie nie pochodzi jedynie od Jezusa Chrystusa, może być istotną częścią ich tożsamości (…). Co więcej, jeśli to twierdzenie Kościoła powoduje cierpienie, zakłada się również gotowość znoszenia tego cierpienia: powiedzieć żydom lub muzułmanom, że zbawienie może przyjść tylko od Jezusa Chrystusa, to znaczy być gotowym do cierpienia z powodu wyrażonej przez nich negacji.

Zadaję sobie jednak pytanie, czy eksperyment ten da się odnieść do człowieka „pojedynczego”, do „łagodnych ludzi Hellady”, nawet jeśli (złośliwie według nich) przydamy ich przekonaniom znamię wiary? Zdaje mi się jednak, że nie. Kiedy u ludzi z eksperymentu Weilera znajdujemy negację i gotowość cierpienia z powodu jej wyrażenia przez drugą stronę, u człowieka „pojedynczego” raczej trudno ją zauważyć. Cierpienie (wynikające również z naruszenia, dopuszczenia głoszonej przez drugiego prawdy) zostaje powstrzymane przez dekonstrukcję postaci „dziwacznego chłopaka”; nie mamy już do czynienia z negacją, ale osłabieniem postaci; jednym ze sposobów jest wyprawienie Jezusa Chrystusa z paszportem ważnego dla ludzkości człowieka między podobnie ważne dantejskie cienie, bez prawa powrotu do Kościoła. Nie podejrzewam człowieka „pojedynczego” o spiski i knowania, ale już o próbę obudzenia wstydu wśród tak wierzących. Wstydu natury estetycznej. Sam kiedyś słyszałem zdanie z gatunku: „historia tragiczna Jezusa, Jego wzniosłe nauczanie już samo wystarcza jako potężny składnik kulturowy ludzkości, po cóż niszczyć szlachetną prostotę fresku teologicznym bełkotem?”. Na całe szczęście fakt Jezusa Chrystusa, nawet jako składnika kulturowego, nie jest taki prosty. Nie będę wygłaszał wzniosłych zdań, że dekonstrukcja postaci Jezusa Chrystusa to dekonstrukcja kultury na dalszą metę. Zatrzymam się – a mam właśnie taką okazję – przy francuskiej katedrze i cysterskim, kamiennym opactwie. Oczywiście, zrozumieć katedrę można na różne sposoby, ale sens jej jest w BoguCzłowieku, który umarł i zmartwychwstał, a nie w szlachetnych wskazaniach tragicznie zmarłego młodzieńca z Galilei. Mogę wobec tych kamieni zaprezentować moją negację, ale nie wolno mi osłabiać postaci, która – że się tak nieudolnie wyrażę – „stanowi organiczną całość” i leży u źródła tak śmiałego i bezinteresownego stawiania kamieni. Oczywiście, zrozumieć cysterskie opactwo można na różne sposoby, ale sens jego jest w BoguCzłowieku, dla którego mieszkańcy tych białych kamieni żyli, do którego chcieli być podobni. Tak jest uczciwiej. Uczciwiej, ale i niebezpieczniej, bo dotykamy w tym momencie tego, co się zwykło nazywać predyspozycją – uczciwość, czystość oczu i serca, uważność, otwartość. Oczywiście, nikt bez pomocy Ducha nie może nazwać Jezusa Panem, ale dać do siebie przemówić zwykłym zdarzeniom lub niezwykłym kamieniom to już bardzo dużo. Tak pisał kiedyś Tomasz Węcławski:

Świadoma wiara zaczyna się wtedy, kiedy w znakach i wydarzeniach, które z pozoru wcale nie różnią się od tego, co poza tym zdarza się w naszym świecie, otwiera się przed nami przyszłość, której sami sobie nie możemy dać. Otwierają się przed nami znaki Paschy Jezusa. Jest to przyszłość wolna przede wszystkim od tego rodzaju związania się ze sobą, które każe wszystko mierzyć i oceniać miarą własnych oczekiwań (indywidualnych i wspólnotowych) – i w tym sensie to jest przyszłość nieoczekiwana – a zarazem tak upragniona, że skoro tylko oznajmia się przez znaki, ten, przed kim się ona otwiera, gotów jest postawić na nią wszystko, co ma: siebie i całe swoje życie.

Znaki Paschy Jezusa widzę w męczennikach chrześcijańskich. Wiem, potrzebujemy argumentów, by zatrzymać proces „osłabiania” postaci Jezusa Chrystusa. Męczennicy są takim argumentem, argumentem „przez wskazanie”, nie przez dyskurs. Zresztą teologiczna literatura na temat męczeństwa jest proporcjonalnie do innych tematów dość skąpa – dość długo męczeństwo zepchnięte było na podwórko apologetyki, na którym odgrywało rolę dowodu na prawdziwość chrześcijaństwa, nie mówiono zaś o nim jako fundamencie chrześcijańskiego życia. Życia, które coraz bardziej ma upodobnić się do życia Mistrza w synowskim posłuszeństwie Ojcu, które jest coraz bardziej świadomym i odważniejszym wchodzeniem na ślady Jezusa Chrystusa oddającego w wolności życie za przyjacioły swoje. Męczeństwo nie było nigdy i nie jest „wypadkiem”, „skazaniem”, tzw. „godną śmiercią”, kiedy to człowiek daje znak, że właśnie w tym momencie chce umrzeć i czeka na swój koniec z podniesionym czołem. Męczeństwo jest próbą najwyższego rzędu, do której Kościół przygotowywał swoje dzieci od momentu katechumenatu. P. Viller, któremu zawdzięczamy odkrywcze prace na temat duchowości pierwotnego Kościoła, mówi, że zwyczajem było wtedy „mierzyć” doskonałość życia chrześcijańskiego przez odniesienie go właśnie do męczeństwa. Czyż nie wznoszono okrzyków, jakby biskup Potyn był samym Chrystusem?!

Wiemy oczywiście, że najbardziej głupia lub dwuznaczna sprawa może znaleźć swoich bohaterów i fanatyków. Jednak uczciwe spojrzenie na zdarzenie męczeństwa nie może podobnymi tytułami obdarzyć tych, którzy oddali życie za Chrystusa. Wyrażę się tak – w śmierciach tych objawiało się za każdym razem jakieś potężne, niczym nieujarzmione życie. Jest to oczywiście bardzo nieostre stwierdzenie. Nie należy się wstydzić powiedzieć, że tam był ze swoim życiem obecny Jezus Chrystus – prawdziwy Bóg i prawdziwy Człowiek. Nie należy mówić tylko, że w takim momencie nie byli sami, oni byli z Nim zjednoczeni: nie z ideą miłości, nie ze „sprawą”, nie z abstraktem, nie w pysze wobec widowni, nie podnieceni własnym bohaterstwem, nie w subtelnej zemście resentymentu, ale z Nim! Z Nim zjednoczeni w męczeństwie wypełniali swoje życie trudnej miłości. W tym momencie łatwej… radosnej, świadomej, przebaczającej, łagodnej, oczekiwanej. Właśnie oczekiwanej.

Niedawno Wydawnictwo W drodze opublikowało dziennik trapisty o. Christopha Lebretona. Te zapiski nie były przeznaczone do publikacji. Po lekturze zadałem sobie jedno tylko pytanie: Kim jest więc Ten, dla którego Krzysztof oddał życie? I przeraziłem się, jak Jakub nad potokiem Jabbok. To On. Można bowiem zasłaniać się nieodkrytymi wciąż „energiami” ludzkimi, ekstremalnymi sytuacjami podnoszącymi poziom adrenaliny, bo można zrzucić wszystko na nieodkryty wciąż jeszcze gen odpowiadający za męczeństwo, ale istnieje również nasza kaleka niemożność, nasza klasyczna już niezdolność, nasza biedna szarawa zwyczajność, zwykłość Kowalskiego. Proszę się nie oburzać – Krzysztof jak każdy z nas (albo większość z nas) – był właśnie taki, no, może lekko intelektualnie podszlifowany tu i tam, z wrażliwością chłopca z małego miasta, która tak jakoś zawsze otrze się o zły gust. A dziennik świadczy, że Jezus Chrystus tę kaleką niemożność przy współudziale Krzysia przemienił. Czytamy rasowy, dobrze skomponowany hymn paschalny na cześć jego wielkiej miłości – Jezusa Chrystusa. Jaka moc była w nim i dla kogo oddał swoje życie?

Być może należy uruchomić wyobraźnię – Tibhirine jest wioseczką, wioszczyną górską z rozwalającą się drogą i jak słońce zajdzie, to robi się strasznie ciemno i wszędzie daleko. Czekać tak każdego wieczoru, każdej nocy, aż przyjdą? Nie myśleć o tym? Nie nasłuchiwać? Skąd u Krzysztofa ta wolność? Ta ludzkość i ta boskość zarazem? Może potrafi wyjaśnić to nam jego przełożony – również męczennik. Christian mówił, że nie można oddać życia ani pokochać do końca, jeśli się nie pozwoliło siebie samego pokochać do końca, do końca, czyli do końca siebie, do sfer cienia i mroku, który nosimy w sobie, ale znów, jaki jest motyw dopuszczenia Kogoś i Czegoś takiego do siebie? Cioran nazwał nicość „czasem zmumifikowanym w naszych żyłach”, a męczennik jeszcze przed śmiercią doświadcza zapowiedzi „dalszego ciągu” w swoim ciele, życia, które będzie się w nieskończoność rozrastało – dlatego nie ucieka, a jeśli ucieka, to wraca, bo taki był przypadek Krzysztofa.

Kim jest więc Ten, dla którego męczennicy z Lyonu rezerwowali zazdrośnie tytuł pierwszego męczennika? Kim jest Ten, którego mocą wietnamski biskup Nguyen van Thuan nawrócił pilnujących go w obozie koncentracyjnym strażników? Bezradny i rozbrojony czytam, jak dostał kiedyś kawałek ryby owinięty przez przypadek w stary, skonfiskowany przez komunistów numer „L’Osservatore Romano” – przemył go potajemnie wodą, złożył i schował na piersi jako – proszę posłuchać – znak łączności z Ojcem Świętym. To On mówi przez nich i prosi, żebym podszedł bliżej. I był do Niego podobny. Bliżej, jeszcze bliżej, wyciągnął rękę i dotknął Jego ran, ran i przebitego boku, bo czasami żyję, jakbym widział w Nim tylko człowieka. Mówiła Arendt, że ograniczenie człowieka do jego człowieczeństwa czyni go nieludzkim, ostatecznie. Nie muszę od razu zabijać i niekoniecznie zaraz musi umrzeć we mnie sumienie, ale czasami wystarczy, że dam się złapać w pułapkę rozpaczy, zastąpię współczucie mglistą melancholią, bo jakże tu żyć, skoro Jego nauka „rozpala, lecz nie zaspokaja”, gdyż trzeba do jej realizacji ogromnej i nie z tego świata mocy?

To On mówi przez nich i prosi, żebym podszedł bliżej, bo czasami żyję, jakbym widział w Nim tylko Boga. Bo to odpowiada moim koncepcjom dobra – szlachetnego, bezinteresownego, które jest chciane jedynie ze względu na nie samo; chce kochać i być kochane przez drugiego w podobnym stylu. Guardini taką postawę nazwał po prostu pychą, motywując swój sąd w sposób wielce klarowny:

Chcieć dobra jedynie ze względu na nie samo – tak że jest to jedyny wystarczający motyw – może zapewne tylko Bóg. Tymczasem człowiek nowożytny przywilej ten przywłaszczył sobie. Zrównał zachowanie moralne z zachowaniem Bożym. Określił zachowanie moralne w taki sposób, że owym „ja” będącym jego podmiotem, może być tylko Bóg – przy milczącym założeniu, że ludzkie „ja”, „ja w ogóle”, jest w rzeczywistości Bogiem. Na tym polega moralna pycha czasów nowożytnych – niesłychana, a zarazem trudno uchwytna.

Choć z tą „nieuchwytnością” nie jest aż tak trudno – wystarczy się dobrze rozejrzeć: przecież zdaje się, że wypływająca z tego samego źródła obsesja eliminacji w imię „czystości” na dobre zawładnęła naszymi umysłami i działaniami. Począwszy od najbardziej bezbronnych i „niechcianych” a na starcach zniedołężniałych skończywszy. Po drodze można jeszcze napotkać egzekucje „niewiernych” lub „wyłącznie winnych”.

To On mówi przez nich i prosi, żebym podszedł bliżej. A kiedy ociągam się z różnych powodów, potrafi rozkołysać dzwon opactwa, w którym mieszkam i który zwołuje nas siedem razy w ciągu dnia na modlitwę. Jest w tym geście tyle przekory, mocy i łagodności, że czasami zdaje mi się, że rozkołysał go również dla Mulligana.

Minizamyślenie o dwóch łagodnościach
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...