Misje są sprawą wiary

Misje są sprawą wiary

Wiara nie jest tożsama z deklaracją, jest sztuką! Misje są sprawą wiary, dojrzałej, żywej i czuwającej przy Panu.

Pytają czasami, także w środowisku uniwersyteckim, czy misyjność cechuje się własną, specyficzną duchowością. Natrafiamy tu na dziwne zestawienia, które pozornie nie pasują do siebie. W naszej mentalności (i ludzie rzeczywiście często na te paradoksy wskazują!) misje są oddalone od parafii, Patronka misji — karmelitanka bosa zamknięta całe życie w zakonnej celi — jest oddalona od misji, duchowość misyjna także jest przywoływana z oddalenia. Tymczasem II Sobór Watykański otworzył epokę komplementarnej różnorodności — jako sobór ekumeniczny nie tylko w znaczeniu zewnętrznym, lecz o wiele bardziej w swej refleksji nad samym Kościołem. Czym jest duchowość misyjna, skoro „cały Kościół jest misyjny” (RMis 35)? Czyż nie jest ona źródłowo duchowością Kościoła? Jan Paweł II pisze w encyklice Redemptoris missio: „Misjonarz ma w sobie ducha Kościoła” (89). W ciągu ostatnich 400 lat misje wróciły do Kościoła, a misjologia do eklezjologii. Misyjność powróciła do macierzy po wiekach oddalenia wywołanego drugorzędnymi, bo geograficzno–historycznymi powodami. Jednak prawda o misyjności jest prawdą o Kościele.

Patronka misji św. Teresa od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza także miała ten problem: „gdzie jest moje miejsce?”. Odnalazłszy je, tak to odkrycie ujęła: „W sercu Kościoła, mojej Matki, będę Miłością” (Rękopis B). Nawet w tak dostojnym kontekście mamy zaproszenie do postawy „bardziej być” niż „więcej mieć”. Nawet charyzmaty można posiadać jak depozyt w banku. Swoją specjalizację, specyficzną działalność w Kościele — też można mieć. Kościoła uczymy się wszyscy i przez całe życie. Zadawałem sobie kiedyś pytanie, jak to jest, gdy się uczy misjologii w kraju misyjnym, na terytorium misyjnym. I okazało się, że kameruńscy klerycy w naszym seminarium w Bertoua niemal alergicznie reagowali na słowo „misje”. Nie zła wola, lecz mentalność powodowała, że swobodnie można było używać jedynie słów: duszpasterstwo, parafia… Misyjność kojarzyła się z biedą, z Trzecim Światem, z którego tak bardzo chcą się wyrwać. Takie i inne utożsamienia bywały prawdziwymi problemami w formacji, uniemożliwiały poznanie Kościoła, całej jego różnorodności i jedności. To nie prawda o Kościele, ale opory psychiczne sprawiają, że misyjność jeszcze dzisiaj bywa na peryferiach. Skąd się wzięły misje, jeśli nie z bogactwa, z pełni? „Gdy nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego…” (Ga 4,4). Posłanie (misyjność) i pełnia są jak źródło i wypływający zeń strumień. Nie ma mowy o biedzie. Skąd więc te lęki?

Spróbujmy dotrzeć do serca Teresy Martin. Intuicyjnie odczuwamy, że jej patronat kryje w sobie wiele świateł. Przyjrzyjmy się misyjności Kościoła w ich blasku. Może jeszcze przyjdzie nam się czymś zadziwić.

Dać szansę plotce

Za młodu już, w najprostszych katechizmach znajdujemy naukę Kościoła o wierze, która jest „odpowiedzią człowieka na wezwanie Boże”. Potem całe życie uczymy się, co to właściwie oznacza. Ta prosta formuła wystawia nas na próbę. Nie zdradza bowiem, jaką drogę przez mękę musimy przebyć, by odwrócić proporcje, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Okazuje się, że całe nasze chrześcijańskie życie sprowadza się do ukształtowania właściwych proporcji w spotkaniu człowieka z Bogiem. Czasami w religioznawstwie, porównując chrześcijaństwo z innymi religiami, odwołujemy się do dwóch słów opisujących różne typy religijności: teocentryzm i antropocentryzm. Interesuje nas tutaj owa religijność od strony człowieka, ta właśnie odpowiedź na wezwanie Boże.

Na przykład o tradycyjnych religiach–kulturach Afryki mówi się, że mają charakter antropocentryczny, wszystko obraca się wokół człowieka. Bóg, choć daleki, transcendentny, oczywiście istnieje, nie jest jednak tym, który prowadziłby człowieka w Duchu i prawdzie (J 4,23); który w tym wewnętrznym wymiarze byłby przez człowieka uświadomiony. Afrykańczyk o typie religijności wypełniającej całe życie nie uświadamia sobie jednocześnie wartości płynących z duchowego zjednoczenia z Bogiem. Religijność jest utylitarna. Bóg zabezpiecza podstawowe ludzkie sprawy, lecz sam pozostaje nieobecny. Bóg udziela darów, w związku z czym jest przedmiotem kultu, lecz sam nie jest darem, więc jak może być przedmiotem miłości? Człowiek o religijności totalnej, obejmującej wszystko, całą kulturę, cały kosmos, jest równocześnie człowiekiem niesłychanie samotnym, bo nie ma większej samotności od tej, gdy człowiekowi wierzącemu, religijnemu wydaje się, że o wszystkim decyduje sam.

Antropocentryzm religijny nie jest wyłącznie cechą takiej czy innej religii, jest raczej pewną postawą w religijności. Przydarza się także chrześcijanom, mimo że z istoty swej chrześcijaństwo jest religią, w której wszystko, jak na fundamencie, opiera się na jednym: „Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy” (Ga 5,25), oraz: „Jeśli jednak pozwolicie się prowadzić duchowi, nie znajdziecie się w niewoli Prawa” (Ga 5,18). To także jest głębokim motywem misji ad gentes: ludziom już religijnym, wierzącym, że Bóg istnieje umożliwić sytuację zupełnie wyjątkową, zbawczą, której sobie nie uświadamiają, aby to Bóg ich realnie w życiu prowadził. W Duchu i prawdzie. Pośród wszelkich religii świata, ta sytuacja jest specyficznie chrześcijańska. Kościół umożliwia teocentryzm, misje odwracają proporcje w relacji człowieka do Boga. Niezależnie jednak od religijnych, ogólnych podziałów, antropocentryzm w wierze jest jak „koszula bliższa ciału”, a teocentryzm okazuje się wielką sztuką, a raczej jest bardzo subtelną łaską. W ludzkiej wierze, w ludzkiej osobowości — także chrześcijańskiej — musi się bardzo wiele dokonać, aby teocentryzm, niezależnie od deklaracji — rzeczywiście zaistniał. Ileż religii na świecie, ileż deklaracji o wierze w Boga! Iluż religijnych ludzi wokół! Najczęściej przydarza nam się jednak religijność, która Bogu wiąże ręce. Dmiemy w trąby i przywołujemy Boga w wichurze (1 Krl 19,11). Lekki powiew błąka się po świecie, ale też — bądźmy pewni — to on „wieje kędy chce”.

„Misje są sprawą wiary” (RMis 11), a wiara prawdziwie chrześcijańska — jest sztuką. Pan Jezus, gdy odsłaniał swym uczniom tajemnice królestwa Bożego, zapytał ich: „cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią?” (Mt 5,47). Przytacza się także porównanie: chrześcijaństwo posiada złote ziarno, lecz gleba bywa licha; świat pozachrześcijański posiada zaledwie Semina Verbi, lecz ziemia tam jakże często szlachetna. Na tym świecie człowiek jest wędrowcem. Misjonarz udający się w dalekie strony otrzymuje tzw. „walizkę–kaplicę”. Zawartość naszej walizki jest chrześcijańska, bywa jednak, że niesiemy ją jak poganie. Wiara nie jest tożsama z deklaracją, jest sztuką! Misje są sprawą wiary, dojrzałej, żywej i czuwającej przy Panu.

Przeciwieństwem takiej wiary jest plotka, pogłoska. Antropocentryzm jest zbliżony do plotki. Ewangelista Mateusz to rozumiał, nawet pogłosce dał szansę w najważniejszym miejscu Pisma. Ciekawe, że w tak centralnym punkcie decydującej o wszystkim Dobrej Nowiny o zmartwychwstaniu Chrystusa autor natchniony ośmiela się umieścić i taki tekst: „I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami i trwa aż do dnia dzisiejszego” (Mt 28,15). Czy on nie szuka zaczepki? Ta relacja powinna przecież być czysta i jednoznaczna. W takim miejscu już zawsze czytać ludziom o plotce!? Czy to ich nie wystawia na próbę już u samych źródeł powołania? Czy nie usprawiedliwia odejść tych, co zaledwie podeszli?

To chyba jednak nie ma znaczenia, ponieważ nasza antropologia może uczynić, co chce, także z czystym świadectwem. To tkwi w człowieku, w środku. To przyzwyczajenie, psychika. Mateusz rozumiał, że stoi u progu ludzkich, głęboko osobowych, duchowych wyborów i przemian, że nie podaje automatycznie przyswajalnych informacji. Inny apostoł, Tomasz, dotykał Jezusa, a i tak został postawiony wobec konieczności wiary.

Nie ma innej możliwości na tym świecie. Jezus w każdych warunkach pozostaje Tajemnicą. Optymalną postawą człowieka wobec Boga jest wiara, a nie wiedza. Wiedza o zmartwychwstaniu musi przerodzić się w wiarę, we własną, osobistą paschę. Sama wiedza to antropocentryzm, plotka, pogłoska. Ludzie przychodzą i odchodzą. Co więcej, gdy są już w domu, jakby byli obcy. Wędrują w sobie samych, w psychice, w duchu. Ochrzczeni już, bierzmowani, konsekrowani — przychodzą i odchodzą. Wędrują po świecie wyposażeni w charyzmaty, robią to i tamto. „Ręka nie jest nogą” (1 Kor 12,15), każdy ma inne zadanie. Specjalizujemy się w różnorakich działaniach. Trwa ewangelizacja. Misjonarz przechodzi koło proboszcza, jak wypłata koło nosa: „Twój czas to gazetka misyjna wywieszona na drzwiach Kościoła w październiku”. Kiedyś wywieszono gazetkę na drzwiach Kościoła i wywołano protestantyzm. Tymczasem: „ręka nie jest nogą”. Wre praca.

Ostrożnie! Właśnie w tych sferach można spotkać ducha Małej Teresy z Lisieux i pierwszy wymiar jej patronatu! Plotka ma swoje miejsce w szkole wiary, ona się przydaje. Miłosierdzie Boże i jej daje szansę. W pewnej chwili staje się ona ciemną nocą. Człowiek klęka pod ścianą, rozkłada ręce i tęskni. I Pan przychodzi. Obecność otwiera świat wiary.

W XVII wieku rozeszła się plotka, że misjonarzami są tylko zakonnicy. I trwa do dzisiaj. Antropos wie lepiej. Wobec niej fakt, że „Kościół jest misyjny ze swej natury” i „Cały jest misyjny” (RMis 2 i 35), to jak w Ewangelii zmartwychwstanie, wobec „wykradzenia Ciała”. Dobrze, dajmy szansę i tej pogłosce, niech i ta plotka spełni swoją rolę w wierze. I z nią dojdę do ściany, upadnę na kolana i pozostanie mi tylko tęsknota. I Pan przyjdzie, a prawda wyzwoli…

Oddaję Panu wszystkie wypełniające mnie pogłoski i plotki, całą mą wiedzę, antropologię, która tak często staje przed ścianą i którą tak często spowija ciemna noc. Słyszę o zmartwychwstaniu, a cały jestem plotką. Z pomocą przychodzi Patronka misji. Odkrywam wraz z nią paradoks: mój antropocentryzm religijny kryje w sobie coś niesłychanego, jakby był nieustannie wystawiony na coś poza nim, jakby Ktoś nieustannie nań oczekiwał: oto OFIAROWANY, sprowadza Obecność! I już wszystko jest na swoim miejscu. Ofiarowuję go Panu i wszystko dzieje się prawidłowo. To nie jest psychika. To umożliwia miłosierdzie Boga. Tak zachowuje się wiara.

Z aktu ofiarowania Teresy z Lisieux:

U schyłku życia stanę przed Tobą, o Panie, z próżnymi rękami, gdyż nie proszę, abyś policzył uczynki moje… Wszystkie nasze dobre czyny mają skazy w oczach Twoich! Pragnę się więc przyodziać Twoją własną Sprawiedliwością i z łaski Twej Miłości dostąpić wiecznego posiadania Ciebie. Nie chcę innej Chwały, innej Korony, tylko Ciebie, o mój Umiłowany!… Pragnąc, aby całe moje życie było aktem doskonałej Miłości, oddaję się na ofiarę całopalną Twej Miłości Miłosiernej. Wyniszczaj mnie, błagam Cię, bezustannie, przelewaj w serce strumienie nieskończonej czułości przepełniające Twoje Serce, abym stała się, o mój Boże, Męczennicą Twojej Miłości.

Teresa jest przede wszystkim patronką ofiarowanych Bogu pogłosek i plotek, oddanego Mu antropocentryzmu.

Zagospodarować szarą strefę

Antropocentryzm w religijności wyraża się interpretacją Boga przez wydarzenia. Bóg jest tylko tłem w życiu człowieka. Realne jest właściwie tylko to, co się dzieje. Afrykańczyk w swych kulturach tradycyjnych nie mierzy czasu matematycznie, czas jest związany z wydarzeniami 1. Poza nimi nie ma miejsca na czas. Wydarzenia zaś odpływają w przeszłość, a raczej w głąb rzeczywistości. Z kierunku przyszłości Nikt człowieka do Siebie nie przyciąga: przyszłości nie ma, ponieważ nikt ku niej nie prowadzi, Nikt nie jest dla człowieka przyszłością. Kaplica jest enklawą nieba na ziemi, lecz zaraz po Mszy św. Bóg wraca do nieba. W tym sensie życie nie jest historią — historią zbawienia. Człowiek musi wiedzieć, musi się znać. Nie dysponuje tym, czym jest wiara. Wszystko jest religijną kosmologią. Misjonarz odkrywa siebie pośród tego ludu jako jedynego wierzącego. Prowadzi ku Obecności, a dopiero potem do wydarzeń. Wszyscy inni wiedzą. Kryzys tej wiedzy łączy się z rozsypaniem osobowości. Jednak: misje są sprawą wiary. Misjonarz przeprowadza lud z wiedzy do wiary; z ciągłego tu i teraz do: Jestem (Wj 3,14).

Co dzieje się w duszy człowieka, który doświadczył obecności Bożej, dla którego Bóg sam stał się wydarzeniem? Jest to na pewno graniczny moment w życiu. Chodzi o doświadczenie, nie można tego wyłącznie opisać! Podkreślmy tylko jeden jego aspekt. W antropocentryzmie upodobanie do decydowania to jedno, a lęki to drugie. Z reguły człowiek zwykł sądzić o istnieniu Bożym z tego, co się aktualnie dzieje. Już Stary Testament posiada takie odniesienie pomyślności życiowej do Boga. Ludzką rzeczą jest potwierdzać, że Bóg jest, ponieważ jestem szczęśliwy. Panuję nad wszystkim. Jakże pożądana jest w życiu świadomość wypełniania woli Bożej, to, aby między wolą Bożą a naszymi aktami panowała spójność, aby wydarzenia mojego życia i Jego istnienie były styczne.

Tymczasem większość tego, co się dzieje w życiu, jest szarą strefą! Po całych tygodniach wraca się do Boga w rachunku sumienia, w akcie ofiarowania tego wszystkiego, czego nie rozumiałem. Wszystko ratuje opcja fundamentalna, modlitwa po czasie, lecz życie zbladło. Ileż jest wydarzeń, które same w sobie nie tylko nie potwierdzają istnienia Bożego, lecz są absurdalne, targają wiarą na wszystkie strony, rozrywają wszelką zaistniałą wcześniej spójność!

Tu jest Teresa. Patronka szarej strefy. Teresa tak zagospodarowała Obecnością tę absurdalną szarą strefę, że ta właściwie znikła, a raczej przeciwnie: skąd wzięło się nagłe upodobanie do owych absurdów, ich pielęgnowanie, a nawet modlitwa o nie! Ktoś zauważył, że podejście do cierpienia jest trojakie: są tacy, którzy go nie tolerują; są tacy, którzy — gdy się ono pojawi — włączają je na chwilę do swej modlitwy; a są tacy, którzy go szukają. Jak zrozumieć Jana od Krzyża, który powiada: „bądźcie prześladowcami waszych przyjemności!”. Niech się wypowiedzą ci, którzy jako owoc głębokiego doświadczenia Bożej obecności odkryli w sobie modlitwę: „Panie, cokolwiek, byle z Twojej ręki”. Jak się dochodzi do tego: cokolwiek? Jaka jest odległość między antropocentryzmem religijnym a owym cokolwiek? Jeśli cała Francja oszalała z miłości do Małej Teresy, to przez tę ogromną wdzięczność dla niej za odzyskanie życia w tym, co człowiek zwykł przyjmować tylko ze smutkiem, a najczęściej odrzucał. Jak niegdyś Europa odzyskała antyk grecki, tak Teresa odzyskała dla nas prozaiczność. Ta szara, często absurdalna, niespójna większość nie jest tym, za co się podaje! Jak bardzo można ją ukochać, skoro najczęściej to właśnie w niej jest obecny Umiłowany! „O nocy, coś prowadziła, nocy ty milsza nad jutrznię różaną, o nocy, coś zjednoczyła Miłego z Ukochaną, Ukochaną w Miłego przemienioną”.

Z rękopisu B:

a jeśli ciemne chmury zakryją Gwiazdę Miłości, mały ptaszek nie ruszy się ze swego miejsca, bo wie, że za tymi chmurami zawsze świeci jego Słońce, którego blask nie przygasa ani na chwilę. To prawda, że nieraz burza zaczyna miotać sercem małego ptaszka, że nieraz zdaje mu się, jakoby nic już nie istniało oprócz otaczających go chmur; to jest właśnie dla małego, słabego biedactwa chwila radości doskonałej. Co za szczęście dla niego pozostawać tam mimo wszystko, wpatrując się w niewidzialne światło, które ukrywa się przed spojrzeniem jego wiary!!!… O Jezu, póki biedny ptaszek nie oddala się od Ciebie, pojmuję jeszcze Twoją miłość do niego.

Teresa jest patronką „nieruszania się ze swego miejsca”; „pozostawania tam mimo wszystko”; „nieoddalania się od Ciebie”.

Zatem, jak to się stało, że Teresa od Dzieciątka Jezus, zatrzymana w miejscu, w celi Karmelu, stała się Patronką misji świętych będących ze swej istoty dziełem dynamicznym, by przywołać choćby dwa narzędne cele działalności misyjnej: głoszenie Ewangelii i zakładanie Kościoła; praedicatio et plantatio?

Otóż stało się to z tych samych powodów, z których Karol Wojtyła piszący wcześniej doktorat o „zagadnieniu wiary u św. Jana od Krzyża”, następnie, już w czasie swego pontyfikatu, pogłębił teologię posłania (czytaj: „misji”) 2. W Karmelu, w jego głębiach jest coś, co sprawia prawdziwą misyjność, jest tam duch misji. Karmel przecież, jak się powiada, to cela i zatrzymanie! Jak się to ma do pełnych dynamizmu misji? Gdzie rozwiązuje się ten paradoks?

Osoba, która zamierza wyjść z Dobrą Nowiną do innych, przyjmuje najpierw w sobie samej Tego, który jeden tylko jest POSŁANY: „Ojciec, który Mnie posłał, On dał o Mnie świadectwo” (J 5,37a); Tego, który — jeden tylko prawdziwie JEST: „Jestem, który Jestem” (Wj 3,14) i DZIAŁA: „Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam” (J 5,17); Tego, który czyni posłanym, udziela, daruje tę wartość–tajemnicę, którą jest „posłanie”. Pozwolić się ogarnąć Miłości, Bogu samemu, Ojcu, który wobec nas jest sam jeden Amor fontalis, źródłem miłości, źródłem tajemnicy posłania — misji Kościoła. Jakże szczególnego znaczenia nabierają w tym kontekście słowa Patronki misji:

Nareszcie znalazłam moje powołanie, moim powołaniem jest Miłość! Tak, znalazłam swoje miejsce w Kościele, a to miejsce, mój Boże, Ty sam mi ofiarowałeś… W sercu Kościoła, mojej Matki, będę Miłością… w ten sposób będę wszystkim” (Rękopis B).

Oświadczenie Teresy „będę Miłością!” mówi o czymś więcej niż tylko o prostym, zwyczajowym przekonaniu, że należy kochać. Stawia nas wobec tajemnicy zamieszkania w Chrystusie, głębokiego, duchowego z Nim zjednoczenia, wewnętrznych zaślubin.

Gdy odwołujemy się do duchowości Karmelu, to właśnie dlatego, że sprawa dotyczy najpierw owych źródeł misji. Nie jest łatwo odkryć wartość życia wewnętrznego jako wiodącego w misyjności. Człowiek wyrywa się do akcji. Widać to po każdym pokoleniu młodych misjonarzy, którzy niedługo po podjęciu pracy misyjnej cierpią głównie z powodu korekty własnej wizji misji. Tymczasem terezjańskie „zatrzymanie się w miejscu z powodu Boga samego”, w rozhukanym i zmiennym świecie — dokonanie wglądu w siebie, zamieszkanie w jedynym prawdziwie Posłanym przez Ojca, w Chrystusie żywym — okazuje się warunkiem koniecznym wszelkiej misyjności. Wobec niego sprawą wtórną jest kryterium czysto geograficzne oceniające Teresę od Dzieciątka Jezus jako „Tę, która nigdy nie była na misjach”. Była bardziej niż może się wydawać!

Ogołocenie, które nie jest stratą

Istnieje alternatywa dla postawy antropocentrycznej w religijności. Wskazuje na nią Jan Paweł II w encyklice Redemptoris missio, gdy już u samych początków duchowości misyjnej wprowadza nas w tajemnicę Chrystusa — posłanego przez Ojca:

To dążenie niech was ożywia; ono też było w Chrystusie Jezusie. On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci — i to śmierci krzyżowej (Flp 2,5–8).

Ten fragment Pisma, tak często czytany w kościołach, powinien stać się sercem misjonarskiej kontemplacji, drogowskazem wszystkich posłanych w Kościele. Jest on samym sednem misji! Jak wiemy, w jubileuszowym roku 2000 Kościół podjął wysiłek nowego spojrzenia na wyżej cytowany tekst apostoła. W odniesieniu do ludzkiej mentalności, przywłaszczającej sobie niekiedy Bożą łaskawość bez należytego usposobienia, wskazano na niezwykle mocną i głęboką wymowę greckiego słowa harpagmon (Flp 2,6): „On istniejąc w postaci Boga, nie za łakomy łup uznał być na równi z Bogiem, lecz ogołocił się” 3. Biblia księdza Jakuba Wujka oddaje te słowa jeszcze dosadniej: „który będąc w postaci Bożej, nie poczytał za drapiestwo, że był równym Bogu, ale wyniszczył samego siebie” 4. Opatrzność przypomniała nam o tej tajemnicy także w Dzienniczku siostry Faustyny:

Jezus z powagą i łaskawością słuchał com mówiła i powiedział mi te słowa: — powiedz spowiednikowi, że tak poufale obcuję z duszą twoją, bo nie kradniesz darów Moich i dlatego zlewam wszelkie łaski na duszę twoją, bo wiem, że nie przywłaszczysz ich sobie (1069).

Antropocentryzm wyraża się braniem siebie za kogoś innego, za kogoś, kim się nie jest — z reguły, za kogoś więcej. Człowiek nakłada czyjąś maskę, zamiast do końca, odważnie odegrać rolę. Tego właśnie Jezus — posłany przez Ojca — nie zrobił. Syn Człowieczy nie porwał dla siebie Bóstwa jako maski skrywającej człowieczeństwo, nie szedł na skróty, lecz w tymże człowieczeństwie wypełnił wolę Ojca: „A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają” (Hbr 5,8–9).

Św. Teresa od Dzieciątka Jezus wspomina, że w dzieciństwie była bardzo uparta i zachłanna. Nie w sprawach złych! W dobru. Potem stanęła wobec innej perspektywy: tak, ten upór i zachłanność się przydadzą, ale inaczej, niż myślisz. Przydadzą się, jak owa plotka, pogłoska z Ewangelii. To nie są rzeczy zbędne, tyle że trzeba je na nowo zorientować. Pamiętam, gdy pracowałem na misjach w Kamerunie, podszedł do mnie w seminarium duchownym ksiądz, prefekt studiów, Afrykańczyk, mówiąc: „wielokrotnie mnie upokorzyłeś”. Później przez wiele godzin spacerowałem z tym wyznaniem mojego brata w kapłaństwie, współpracownika i nie rozumiałem, o co mu chodzi. Nie przypominałem sobie, abym go upokorzył wprost przez zło. Dopiero po dłuższym drążeniu sprawy pojąłem, że w bolesnym sensie można człowieka upokorzyć dobrem. Dobrem nieuważnie pełnionym, zbyt często we własnym imieniu. Edyta Stein powiedziałaby: „O chwałę Bożą trzeba się starać własnym kosztem”. Ewangelia nie mówi o tym wprost, czy prześladowcy Jezusa czuli się na swój sposób upokorzeni Jego dobrem. On jednak musiał wiedzieć, że jeśli takie upokorzenie, takie uczucie istnieje, to zwrócenie się do Niego całym sercem jest tegoż upokorzenia całkowitym uleczeniem. Ilu skorzystało z tej możliwości? Ilu przyjęło swe uczucia jak bóstwa, dumnie odchodząc?

Bardzo długo zawołaniem Teresy było: „wszystko albo nic!”. Jeśli jednak jako bardzo młoda dziewczyna wyraźnie widziała w sobie niebezpieczeństwo grożące jej wierze, to naprawdę musiała być zanurzona w Bożym świetle. W swej autobiografii daje temu wyraz:

Jako dziecię światłości zrozumiałam, że moje pragnienia, by stać się wszystkim, by objąć wszystkie powołania, były bogactwem, które mogło mnie łatwo uczynić niesprawiedliwą. (…) Jak Magdalena dopóty nachylała się nad pustym grobem aż znalazła, czego szukała, tak i ja, uniżywszy się aż do głębin mej nicości, wzniosłam się tak wysoko, że stałam się zdolna osiągnąć mój cel. (…) Zrozumiałam, że Kościół posiada Serce i że to Serce płonie Miłością, że jedynie Miłość pobudza członki Kościoła do działania i gdyby przypadkiem zabrakło Miłości, apostołowie przestaliby głosić Ewangelię (Rękopis B).

Jest alternatywa dla antropocentryzmu. Ogołocenie przeniknięte miłością nie jest stratą. Mała Terenia z Lisieux odsłania szerokie perspektywy misyjne. Czymże w swej istocie jest chrześcijańskie ogołocenie, jeśli nie paschą! Wyłania się, jak z symbolu całej ewangelizacji, z X stacji Drogi krzyżowej, gdy Pan uczy, jakich znaków można się wyrzec, aby zaistniał ten subtelny znak będący sakramentem, dający zbawienie: „ale żaden znak nie będzie im dany, prócz znaku Jonasza” (Mt 16,4). W spotkaniu z tak niesłychaną różnorodnością ludzką: kulturową i religijną; z takim ogromem ludzkich deklaracji i uczuć; Teresa jest dla misjonarzy Patronką prawdziwych znaków.

Miłość i działanie

Pewien katechista (Tomasz Pouzuong) w południowo–wschodnim Kamerunie zwierzał mi się któregoś wieczoru:

Ludzie w naszych wioskach, w buszu czy w lesie zawsze żyli miłością, przecież inaczej nie byłoby dzieci, znamy miłość, ona zawsze formowała nasze życie. Zanim przyszli misjonarze, dobrze wiedzieliśmy, co robić w życiu. Były prawa, zwyczaje, istniał przecież jakiś porządek. Kościół natomiast, przez sam fakt, że przyniósł nam przykazanie miłości Boga i bliźniego, czyli miłość jako nakazu — właśnie: przykazując ją, zdeformował, rozbił wiele naszych zwyczajów.

Choćby ten zwyczaj odnoszący się do tzw. „szukania lekarstwa (remede)” na rozmaite dolegliwości ludzkie…

Afrykańczyk epoki przedchrześcijańskiej praktycznie spędza życie na szukaniu „lekarstwa” na różne zagrożenia, zewnętrzne i wewnętrzne. Szukając, odkrywa owo remede w najróżniejszych przedmiotach, a jeszcze dzisiaj bywa niekiedy, że i w ciele drugiego człowieka, spożywając „coś z niego” — jako owo „lekarstwo” dysponujące mocą, będące zabezpieczeniem człowieka. Ale — proszę ojca — jakże to mogę dzisiaj brać „coś” z ciała drugiego człowieka, nawet w tak ważnym celu, jeśli wiem (i ludzie to wiedzą!), że ten ktoś inny, obok mnie, jest według nauki Kościoła moim bliźnim?! Miłość jako przykazanie czyni z drugiego człowieka bliźniego, zabrania więc odtąd korzystać z dobrodziejstwa całego zwyczaju nazywanego remede! Ratowanie siebie kosztem innego człowieka stało się niemożliwe, ponieważ Kościół bardzo wyraźnie postawił go przede mną — jako bliźniego! Ta zdecydowana postawa to w Afryce nowość! Co teraz począć z zagrożeniami, co z lękami, skąd brać moc, gdy na drodze zwyczajowi stanęła miłość bliźniego? Jak teraz mamy porządkować własne życie? Co dalej z naszym działaniem polegającym na szukaniu i odkrywaniu? To było pytanie o obiektywną rzeczywistość, w ramach której człowiek osiąga zbawienie. Czym ona jest w tym „nowym świecie” przyniesionym przez misjonarzy?

Jaka jest odpowiedź Karmelu naszej misyjnej Patronki — w jakim kontekście przedstawia się tam miłość? W kontekście ogołocenia, umartwienia. Czy to ogołocenie ma bezpośrednie odniesienie do działania? Rozważmy słowa z Ewangelii: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą (Mk 12,30)” oraz: „Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam” (J 5,17); porównaj też cały fragment apologii Jezusa:         

W odpowiedzi na to Jezus im mówił: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, Syn nie mógłby niczego czynić sam od siebie, gdyby nie widział Ojca czyniącego. Albowiem to samo, co On czyni, podobnie i Syn czyni. Ojciec bowiem miłuje Syna i ukazuje Mu to wszystko, co On sam czyni, i jeszcze większe dzieła ukaże Mu, abyście się dziwili (J 5,19–20).

Kochając Boga Trójjedynego, wiem, że tylko On prawdziwie Jest i Działa. Zatem słucham, otwieram się Nań w cierpliwości i posłuszeństwie. Święty Paweł, gdy opisuje miłość, zaraz na początku daje do zrozumienia, że jest ona najpierw — cierpliwa (1 Kor 13,4). Pozwalam (właśnie tu ujawnia się owa cierpliwość) Bogu samemu działać. Inaczej miłość byłaby pozbawiona treści. To jest karmelitańskie „czekanie na Boga”. Słucham — słuchając, ogołacam się, odrywam od tego, co Bogiem nie jest, ogołacając się — zaczynam rozumieć, rozumiejąc — proszę o włączenie do współpracy, współdziałając — zbawiam. Staję się posłany. Zatem miłość przez ową cierpliwość i posłuszeństwo jest ściśle związana z działaniem, ze współdziałaniem: jest ona „czynieniem drogi Panu”, robieniem Mu miejsca, jak w przypadku Jana Chrzciciela.

Początek Ewangelii o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym. Jak jest napisane u proroka Izajasza: oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją. Głos wołającego na pustyni: przygotujcie drogę Panu, Jemu prostujcie ścieżki (Mk 1,1nn).

To w odniesieniu do miłości Boga samego.

Natomiast w odniesieniu do drugiego człowieka, do bliźniego powiedział Chrystus nawet: „miłujcie waszych nieprzyjaciół, i módlcie się za tych, którzy was prześladują” (Mt 5,44). Czy to naiwne? Nie, lecz wtedy, gdy przyjmie się i to drugie przykazanie także ze względu na Boga, który sam działa. Spodziewam się w konkretnych, bardzo różnorodnych osobach owego działania Bożego ku zbawieniu, przekraczającego moje własne i ograniczone kryteria, dlatego również z tą samą cierpliwością i posłuszeństwem kocham, czyli pozwalam działać w bliźnim Temu, który sam jeden Jest i Działa. Mamy tu pełniejszy sens modlitwy: „bądź wola Twoja”. Decydujące jest tu odniesienie do Boga, a nie tylko do ludzi, także w tym, co dotyczy samych ludzi. Tu nie ma wyłącznie wymiaru socjologicznego i psychologicznego, priorytetem jest wymiar religijny, pierwszym oparciem jest sam Bóg i Jego zamysł, wola Boża. Zatem, podobnie jak w przypadku mojego stosunku do Boga samego, któremu pozwalam działać, nie wyprzedzając Go, tak samo, ze względu na tegoż Boga prawdziwego, pozwalam działać człowiekowi. „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40; por.: daleko idące słowa wobec wolności ludzkiej: „pozwólcie obojgu róść aż do żniwa” z przypowieści o chwaście Mt 13,24nn). W człowieku spodziewam się Boga, kogoś więcej niż tylko „ten oto tu”, ogarniany zmysłami, opisany wizytówką. To trochę tak, jak w powiedzeniu Edyty Stein: „Żadna kobieta nie jest tylko kobietą” 5. W tym sensie człowiek nigdy nie jest tylko człowiekiem ogarnianym ograniczeniami widza. „Człowieka można do końca zrozumieć tylko w Chrystusie” (Jan Paweł II — kazanie w Warszawie w 1979 roku).

Cierpliwość i posłuszeństwo w miłowaniu zarówno Boga, jak i bliźniego mają tę samą misyjną perspektywę! Duch Karmelu, ucząc owego stawania w obliczu Boga czy też czekania na Boga — uczy, jak być posłany. Karmel ucząc miłości, wychowuje do chrześcijańskiego realizmu, uczy misyjności. Mała droga miłości Patronki misji Teresy Martin jest szkołą misji.

Powracając do katechisty, należy zauważyć, że w miejsce wiedzy, poruszania się wzdłuż zwyczajów, które porządkowały dotąd życie tych ludzi na sposób lekarstwa na wszystko, Kościół misyjny wnosi wiarę i miłość, owszem, deformuje zwyczaje, ale i na nowo formuje życie, kształtuje różnorakie odniesienia od nowa, teraz już przez miłość chrześcijańską, podbudowaną wiarą i nadzieją: człowiek spodziewa się Boga samego, który stale działa. Misje zapraszają do współtworzenia rzeczywistości.

1 John S. Mbiti, Afrykańskie religie i filozofia, Warszawa 1980, s. 31.
2 Marek Czajkowski, Misyjny wymiar pontyfikatu Jana Pawła II, „Światło Narodów” 2/1997.
3 Nowy Testament, Przekład na Wielki Jubileusz Roku 2000, Prymasowska Seria Biblijna, „Vocatio”, Warszawa 2000.
4 Biblia w przekładzie księdza Jakuba Wujka z 1599 r., wyd. j.w.
5 Edyta Stein, Etos zawodów kobiecych, w: E. Stein, Z własnej głębi, Pisma różne, wyd. OO. Karmelitów Bosych, Kraków 1978, s. 26.

Misje są sprawą wiary
ks. Michał Czajkowski

urodzony 3 października 1934 r. w Chełmży – polski duchowny katolicki, prezbiter archidiecezji wrocławskiej, profesor nauk teologicznych, biblista, specjalista w zakresie biblistyki Nowego Testamentu, ekumenista, były współprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, by...