Mniejsza świętość? Większa świętość?

Mniejsza świętość? Większa świętość?

Byłbym wdzięczny, gdyby wyjaśniła mi Pani, dlaczego: „Nie sposób nie zgodzić się ze Zbigniewem Nosowskim, że małżeństwo przez długie wieki traktowane było jako zdecydowanie mniej doskonała droga do świętości aniżeli życie konsekrowane”. Ja wciąż jestem przekonany, że życie konsekrowane jest najdoskonalszą drogą do świętości i jestem przekonany, że myśli tak Kościół.

Dziękując serdecznie Panu Zbigniewowi Nosowskiemu, Pani Monice Waluś oraz Ojcu Januszowi Pydzie za arcyciekawe teksty na temat teologii małżeństwa, sprowokowane moją polemiką z książką Pana Redaktora Nosowskiego Parami do nieba, proponuję aby nasze wspólne poszukiwania skierować ku tematowi, zdawać by się mogło wynikłemu pobocznie w naszym sporze, a przecież bardziej jeszcze doniosłemu niż kwestia małżeńskiej „osobności – czy – wspólności”. Tym razem polemistą zarazem moim i Pana Zbigniewa Nosowskiego jest Ojciec Janusz Pyda.

O co pyta Ojciec Pyda?

„Byłbym wdzięczny, gdyby wyjaśniła mi Pani, dlaczego: »Nie sposób nie zgodzić się z autorem [Zbigniewem Nosowskim], że małżeństwo przez długie wieki traktowane było jako zdecydowanie mniej doskonała droga do świętości aniżeli życie konsekrowane«. Ja wciąż jestem przekonany, że życie konsekrowane jest najdoskonalszą drogą do świętości i jestem przekonany, że myśli tak Kościół. Dlatego wstąpiłem do zakonu, że byłem i jestem przekonany, że Pan Jezus uznał rady ewangeliczne za najdoskonalszą drogę do świętości. Dlatego zrezygnowałem z życia rodzinnego – co aż takie znowu łatwe nie jest, proszę mi wierzyć. Jeśli się pomyliłem i życie zakonne jednak nie jest doskonalszą formą dążenia do świętości niż życie małżeńskie, proszę mi to udowodnić. Jeśli uda się Pani ten zabieg, obiecuję, że wystąpię z zakonu. Mam nieznośny zwyczaj postępowania zgodnie z tym, do czego jestem przekonany” 1.

Losy obu powołań w historii zbawienia

Czytając rozmaite teksty teologiczne dotyczące sensu i statusu każdego z powołań, nietrudno dostrzec pewne błędne przedzałożenia, wynikające z dowolnej interpretacji Bożego planu wobec ludzi; planu, który odczytać można z Objawienia. Podejmijmy zatem próbę prześledzenia i systematyzacji obowiązującej w teologii wiedzy na temat historii, teraźniejszości i przyszłości powołań do małżeństwa i bezżenności.

Na początku Bóg stworzył mężczyznę i kobietę. Mitologiczna opowieść z Księgi Rodzaju wskazuje na pierwotny zamysł Boży, jakim była ich jedność wyrażana „jednym ciałem”. Natura ludzka była w owym przedgrzechowym momencie doskonała; rozum i wola niezmącone pierworodnym chaosem adekwatnie afirmowały wartość osoby, ciała i płci, kierując się ku darowaniu siebie w miłości, wedle obrazu Świętej Trójcy. Stąd, jak pisze Jan Paweł II w teologii ciała, kobieta i mężczyzna zdolni byli postrzegać siebie nawzajem przez pryzmat Bożego na nich wejrzenia; przyjmującego bezinteresownie i w podziwie. Miało to wyraz w czystości aktów seksualnego zbliżenia, które, jak się mniema, przynależały do porządku rajskiej relacji.

Nie powinien jednak zmylić nas wydźwięk pojęcia „raj”, łatwy do utożsamienia ze zwieńczeniem, szczytem, kulminacją. Nie była to dla osób sytuacja ostatecznie uszczęśliwiająca i stanowiąca pułap ich rozwoju. Nie miał to być kres drogi duchowej – doskonałość obcowania z Bogiem, Jego poznania i intymnego umiłowania – lecz jedynie pierwszy etap. Ów pierwszy etap miałby swoją kontynuację, i to, wedle niektórych, bez względu na zaistnienie czy niezaistnienie grzechu pierworodnego. Choć w czasie Liturgii Paschalnej wyśpiewujemy „szczęśliwą winę”, w świetle opinii pewnych teologów nawet bez tej winy dokonałoby się wcielenie Słowa, celem uniesienia człowieczego bytu ku życiu Bytu Wiecznego, przez wzgląd na tę duchową drogę pociągania stworzenia ku zjednoczeniu ze Stwórcą, niczym drogę podnoszenia raczkującego niemowlęcia do policzka Ojca, by mogło spojrzeć w Jego oczy.

Ta doskonała, nawet jeszcze nienaruszona grzechem, Bogu podobna natura Adama i Ewy oraz ich rajski związek implikujący płodzenie nowych osób i nowych związków pod czułym spojrzeniem Boga nie miały pozostać status quo, początkowym i finalnym zarazem, wiekuistym programem egzystencjalnym. Dalsza historia Objawienia nie była awaryjnym planem B wobec „wpadki” grzechu. Bóg od początku, jak wynika z analizy Biblii i Tradycji, miał plan i pragnienie zaproszenia stworzonych osób wewnątrz, chciałoby się powiedzieć w głąb życia Trójcy Przenajświętszej, podniesienia Adama i Ewy do uczestnictwa w swoim życiu, do spotkania i dialogu.

Już sama dyspozycja do upadku tych dwojga, ku któremu jedno skierowało drugie wskazała, że Bogu podobny człowiek nie miał z Nim wówczas jeszcze więzi na tyle poufałej miłości, by była ona ostateczną racją dysponującą Jego wolę do trwania w dobru. Natomiast drugi człowiek, istota niedoskonała, nie mógł udzielić doskonałego, także moralnego oparcia Bożemu obrazowi, spragnionemu Boskości i powrotu do pierwowzoru.

Dar drugiego człowieka zrodził zarazem wdzięczność i rozczarowanie niewystarczalnością tego daru do zyskania ostatecznego szczęścia, odpocznienia i przebóstwienia. „Pierwszy etap” – związek kobiety i mężczyzny, wyłączny, wierny i płodny mocą miłościdaru, nie przyniósł spełnienia.

Stopniowe objawianie oblicza Boga trwało od stworzenia aż po odkupienie i wstrząsająco wymowne rozdarcie zasłony w świątyni, gdy serce Ojca przebite w Jego Synu odsłoniło „miejsce najświętsze”. Syn Boży, Słowo Ojca, wraz z odkupieniem przyniósł każdemu chrześcijaninowi szczególny dostęp do owego „miejsca najświętszego”, do życia Trójcy. Dostęp ten otrzymaliśmy w sakramentach, także w sakramencie małżeństwa.

Sakrament małżeństwa jest zarazem łaską obecności Boga i Jego miłości w więzi małżeńskiej i jej wszelkich aspektach (co stanowi środek zaradczy na osłabienie natury po grzechu pierworodnym), jak i ustanowieniem małżonków profetycznym znakiem czułości wzajemnego oddania Chrystusa i Kościoła. Ten drugi, proroczy wymiar jest także przyzywaniem Pana: małżonkowie świadomi, że ich relacja nie ma być zatraceniem we wzajemnej miłości, lecz „pierwszym etapem” szykującym oblubieńcze jutro z Bogiem, „pierwociny” swego bytu i pierwszą miłość swych serc oddają Bogu.

Charyzmat bezżeństwa

Chrystus, obok sakramentów (jako najistotniejszych), darował Kościołowi także charyzmat bezżeństwa. W nim należy widzieć również dwa wymiary, analogicznie jak w małżeństwie: zapowiadający Królestwo i „odtruwający” pogrzechową rysę naszej natury.

Pierwszym jest antycypacja. Swoim życiem oraz bezpośrednim wskazaniem na bezżeństwo jako stan życia w chwale Bożej, Jezus zachęcił niektórych, by dla Królestwa niebieskiego zostali bezżenni. Niejako objawił tym samym ów „drugi etap”, następujący w Bożym planie po małżeństwie, rozszerzający miłość naszych serc, poprzez Serce Boże, na wszystkich.

Drugi wymiar celibatu dla Królestwa jest odpowiedzią na skutki grzechu. Ojciec Raniero Cantalamessa głosi tezę, iż „gdyby nie było grzechu, nie byłoby dziewictwa, gdyż nie trzeba by było konfrontować małżeństwa i seksualności oraz poddawać ich osądowi” 2. Jest tajemnicą, czy gdyby nie było grzechu, nie byłoby bezżeństwa; jak pisałam, mogłoby być ono w takim wypadku po prostu Bożym zamysłem dla Nowej Ziemi i Nowego Nieba i pełnego złączenia w Bogu z braćmi i siostrami. Jednakże w zaistniałym, pogrzechowym scenariuszu dziewictwo „zaprowadzone” przez Syna Bożego, poza swą profetycznością, ma także zadanie tutaj, w doczesności; zadanie swoistej rehabilitacji człowieczeństwa pokiereszowanego grzechem. Wspomniany kapucyn przytacza słowa św. Pawła: „Skoro bowiem świat przez mądrość nie poznał Boga w mądrości Bożej, spodobało się Bogu przez głupstwo głoszenia słowa zbawić wierzących” (1 Kor 1,21) i wyjaśnia, że „głupstwo głoszenia” oznaczające krzyż jest źródłem ślubów zakonnych. Ponieważ człowiek miast posłużyć się wolą i rozumem, by iść do Boga, uczynił z nich bożka, Bóg ukazał drogę „głupstwa krzyża”, czyli wyrzeczenia się swej woli na drodze zakonnego posłuszeństwa. Skoro ludzie zbrukali seksualność będącą horyzontem daru z siebie i uczynili z niej bożka, Bóg ukazał drogę wstrzemięźliwości. Skoro dobra materialne uczynili celem, a nie środkiem – Bóg zaprosił ich do ubóstwa 3. Tak celibat i śluby zakonne (nierównoznaczne z radami ewangelicznymi, do czego powrócę) stały się nie zaprzeczeniem dóbr materialnych, małżeństwa i autonomii osoby, lecz szczególnym upomnieniem się Boga o ich adekwatne przyjmowanie przez zasadniczą „armię” Kościoła, czyli ludzi świeckich.

Sakramentu kapłaństwa nie wystarczy analizować wedle kryteriów samego charyzmatu bezżeństwa. Tutaj, poza antycypacją nieba dochodzą inne, piękne charyzmaty pozwalające kapłanowi działać „in persona Christi”, uobecniając Jego Paschę, których szerzej nie będziemy omawiać. Kapłan pełni zatem zadania szczególnie ważne, jednak nawet ten wielki zaszczyt nie oznacza powołania do większej doskonałości i miłości.

Wszyscy we wszystkich

Chrystus, Słowo Ojca, świadczy o Królestwie, w którym nie będziemy się ani żenić, ani za mąż wychodzić, przez co, jak zauważa Magdalena GusiewCzudżak, bynajmniej nie proklamuje ustania miłości po zmartwychwstaniu, lecz raczej „jej obfitość niewymagającą odtąd żadnych zaślubin” 4. Stan niebian wypada zatem przyrównać nie tylko do celibatu. Będziemy i bezżennymi, i małżonkami zarazem! Nam z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że należy oba powołania skrzętnie definicyjnie separować; jednak owo „wszyscy we wszystkich” oznacza właśnie pewne zsumowanie obu stanów, ich wzajemne uzupełnienie ku zjednoczeniu mającemu dokonać się w przyszłym świecie. Pisze o tym wspomniana autorka, rozważając komplementarność obu powołań. Małżonkowie poprzez pełnię wzajemnego oddania wskazują na doskonałą, niebu właściwą realizację wezwania do miłości bliźniego, jednak, co oczywiste, w warunkach doczesności nie mogą jej rozszerzyć na wszystkich ludzi; celibatariusze realizują niebiańską powszechność miłości, do czego, z racji ograniczeń tego życia, muszą zachować „serce niepodzielone”. Jedni i drudzy, miłując, po części żyją już „stanem społecznym” upragnionej Ojczyzny, choć jedni jeszcze kosztem powszechności, drudzy kosztem pełni oddania wewnętrznego 5. Dążymy przecież do złączenia z Bogiem i do udziału w Jego miłości, która obdarza wszystkich zupełnym darem z siebie.

Powołaniowe zafałszowania

Warto zdemaskować niektóre nieścisłości i wręcz merytoryczne błędy w ujmowaniu obu powołań.

Nierzadko zdarza się, że małżonkowie (czyli żyjący wedle pierwotnego zamysłu Stwórcy odnośnie do „pierwszego etapu”) wypowiadają się o celibacie w kategoriach „rany” i ułomności. W ich tonie, jak i w tonie niektórych teologów, pobrzmiewa przeświadczenie, że Bóg stworzył ludzi „ostatecznie” do małżeństwa i wszyscy, którzy od tego odstępują, skazują się na nieodwracalny niedorozwój. Rzeczywiście przeznaczenie natury ujętej li tylko biologicznie nie jest w ich przypadku realizowane. Jak mawia jeden z moich przyjaciół kapłanów, należy mieć świadomość, że zalecany np. w seminariach sport i aktywizm fizyczny nie stanowi stuprocentowego antidotum dla seksualnej luki związanej z niewypełnieniem owego pierwotnego planu Boga „na małżeństwo”. W perspektywie doczesnej konstytucji ciała celibatariusze są niespełnieni. I tylko w tym aspekcie rację mają owi krytyczni małżonkowie. Jednak brak im pamięci, a może i wiedzy o jednoznacznych słowach Chrystusa dotyczących życia niebian; żyjąc Królestwem, konsekrowani wynoszą metafizyczną naturę swego istnienia ponad biologiczną; owszem, wszyscy już tutaj mamy to czynić jako uduchowione ciała i ucieleśnione dusze, lecz oni mają być owego wyniesienia naocznym znakiem. Analogicznie do tych wpatrzonych w ideał życia małżeńskiego jako ostatecznego zachowywali się faryzeusze, którzy Jezusa nazywali „kastratem” 6, gdyż dotąd droga małżeńska była jedyną znaną drogą doskonałości.

Jednak to nie poniżanie godności konsekrowanych, lecz małżeństw stanowi podstawową bolączkę w Kościele i tu pojawia się najwięcej tez sprzecznych z Objawieniem. Najpoważniejszym winowajcą dyskryminacji małżeńskiej drogi do świętości jest manicheizm. Dlatego zaznaczmy z całą mocą, że w przypadku celibatu to nie wstrzemięźliwość jest źródłem uświęcenia, a w przypadku małżeństwa seks nie jest przeszkodą w uświęceniu. Seks małżonków jako stanowiący cielesny wyraz oddania serc, nie tylko wyraz, lecz ucieleśnione, najdosłowniejsze oddanie dwojga osób, świątynię Bożej mocy stwarzania nowych ludzi, a na dodatek wylew sakramentalnej łaski spajającej kochanków żywą obecnością zakochanego w Kościele Chrystusa, to wciąż nie dość, by zamknąć usta wszystkim upatrującym w seksie demony siejące zniszczenie. Bolesne dla małżonków są takie określenia jak „nieskazitelność ciała” osób niewspółżyjących (ks. K. Paczos 7 ). Czystość czyli nieskazitelność ciała jest powołaniem małżonków i polega na właściwym podejściu do seksualności, co nie oznacza powstrzymywania się od niej 8. Cóż z tego, że tak nauczał Jan Paweł II, skoro nadal teologowie węszą w seksie zarzewie zła. „Należy dążyć do wstrzemięźliwości w małżeństwie, ponieważ wybór przyjemności zmysłowej sprowadza nas do poziomu zwierząt, a relacja małżonków musi nabrać duchowego charakteru, by Bóg ich połączył. Współżyjący małżonkowie świętości nie osiągną” 9. Wielu teologów (zwłaszcza konsekrowanych) upiera się, że pożądliwość jest zawsze obecna w seksie jako sferze szczególnie zranionej grzechem pierworodnym, toteż nie osiągnie się w nim czystości duchowej miłości, która nie szuka swego; dlatego sfera seksualna małżeństw zawsze będzie kuleć. W takich ujęciach znać krzywdzące założenia, wspomnę tylko kilka. Po pierwsze życia duchowego nie trzeba emancypować od cielesności, gdyż ono w niej się objawia, co ukazuje realizm Eucharystii 10, a także ołtarz łoża małżeńskiego, gdzie celebrowany jest sakrament małżeństwa 11. Co więcej już Pius XII zauważył, że szukanie przyjemności seksualnej w akcie małżeńskim jest naturalnym korzystaniem z daru Boga. Po drugie, nie tylko sfera seksualna jest dotknięta grzechem pierworodnym, jak uważają wspomniani konsekrowani myśliciele współczujący nam, że żyjąc pełnią małżeństwa, zawsze będziemy „kuleć”. Grzech pierworodny zranił wszystkie sfery życia także konsekrowanych: i posiadanie, i relacje, i pokorę, i umiarkowanie w jedzeniu, i korzystanie z daru czasu. Skoro, wedle tego myślenia, nasz seks będzie zawsze nas strącał w czeluście pożądliwości, was, celibatariusze, strąci w nie zapewne jakiś inny skutek grzechu. A po trzecie, właśnie na wszystko Chrystus dał nam remedium w sakramentach. Niezależnie od stanu życia wszelkie rany pogrzechowe, także „egocentryzujące” seks, są do wyleczenia sakramentami. Nie należy już bać się ciała, bo to, co duchowe, nie realizuje się poza nim, ale poprzez nie. Mam tu przed oczami wiele kobiet, które nie szukają (i często nie zaznają) fizycznego zaspokojenia, lecz jak najpiękniejszego „rozpieszczenia” małżonka. Mam tu na myśli wielu mężów, którzy potrafią wielkim wysiłkiem woli skupić całą uwagę na przedłużeniu „gry wstępnej” potrzebnej żonie i na jej pragnieniach. Operuję przykładami, by unaocznić inny błąd ludzi Kościoła, który wpływa na postrzeganie świętości rodzin jako upośledzonej. Formuła duchowości małżeńskiej znajduje się nazbyt często w rękach konsekrowanych. Ba, to zakonnicy tworzą mistykę seksu! Chwała im za to, ale przecież to małżonkowie najlepiej wiedzą i najlepiej mogą zgłębiać własną duchowość i dzielić się nią z innymi, choćby operując przykładami z autopsji, głosząc, że namiętność nie jest pożądliwością, lecz wspaniałym narzędziem daru i komunii.

Powyższe obawy teologów dotyczące niedoskonałości małżeństwa pozwoliły na rozplenienie się stereotypu, jakoby małżonkowie, w opozycji do „całkowicie oddanych Bogu” celibatariuszy, nie mogli oddać się Bogu całkowicie. Czyżby największe wezwanie Jahwe w starym Przymierzu – „Sz’ma Izrael” – które każdy pobożny Żyd miał przybić na odrzwiach i które Jezus w wielu formach („kto kocha bardziej…, nie jest Mnie godzien”) powtarzał, jakoś dziwnie ominęło najliczniejszą rzeszę dzieci Boga i Kościoła?

Pan Jezus jest taki sam dla wszystkich

W Kościele zbyt długo obowiązywała powinnościowa, moralnościowa wizja świętości. Świętość oznaczała doskonałość moralną. Dodatkowe przeniknięcie tej wizji poczuciem lęku przed Bogiem, „który za dobre wynagradza, a za złe karze” prowadziło do drobiazgowego rozliczania siebie (i innych), do choroby skrupułów, do skupienia na grzechach i zasługach. Co więcej panowało przekonanie, że każdy z nas musi zdobywać zasługi własną mocą, a w nagrodę złączy się z Bogiem.

Od soboru watykańskiego rozpoczęły się zmiany w sposobie postrzegania powołania do świętości, a Prorokami odczytującymi na nowo Ewangelię byli m.in. św. Mała Teresa, św. Faustyna i Jan Paweł II. Zmiana polega na odwróceniu zależności zasługi i świętości. To nie zasługa prowadzi do świętości, czyli jedności z Bogiem. Jest odwrotnie: chronologicznie pierwsza musi być… pozbawiona zasług świętość. Świętość jako ufna relacja z Bogiem człowieka, który jest świadom, że „nic nie ma” (a każdy z nas powinien mieć taką świadomość, gdyż bez Boga nic nie możemy), ale akceptuje swoją słabość, upadki, nieudolne próby, gdyż dobrze wie, że Bóg je akceptuje: On nie potrzebuje jego dobrych czynów, by go kochać. Ów ubogi przychodzi do Jezusa z zuchwałą ufnością, ponieważ wie, że tylko Bóg może uczynić go świętym. Mała Teresa mawiała: „miłość jest tak wszechmocna, że potrafi wyciągnąć korzyści ze wszystkiego, i z dobra, i ze zła, które we mnie znajduje”. Istotą świętości jest przyjąć miłość Boga, naprawdę darmową, i ucieszyć się Jego zawsze czułym i uśmiechniętym spojrzeniem, absolutnie nie pochmurniejącym czy karcącym gdy nam się nie udaje; zaakceptować siebie w spokojnym odprężeniu „niemowlęcia u piersi matki”, nie w napięciu i kompleksach. Odpowiedzieć tylko zaufaniem i miłością. Natomiast chronologicznie drugim, a i merytorycznie mniej istotnym skutkiem tak rozumianej świętości będzie zasługa: dokonana przez Boga (niepostrzeżenie) w nas przemiana i owoce dobrych czynów. Pan Jezus przestawał z grzesznikami, po prostu z nimi jadł i pił, ucztował i okazywał im miłość. Zacheusz, jawnogrzesznica i inni nawracali się, ponieważ poczuli się przyjęci. Miłość Boga dokonywała przemiany. „Heroiczność cnót” uległa detronizacji i okazała się jedynie drugoplanowym skutkiem świętości rozumianej jako więź.

Myślę, że ta „nowa” świętość wiele zmienia w postrzeganiu powołań. Czyż o hierarchii stawiającej celibat ponad małżeństwem nie stanowiła w dużej mierze liczba i pewna spektakularność zasług bezżennych, zaparcie się swej natury, wyrzeczenie? Czyż wielu nie wybierało tej drogi, by jak najlepiej zasłużyć na miłość Boga i zapewnić sobie niebo? Czyż w konsekwencji małżonkowie niedecydujący się na ten krok nie trwożyli się, czy ich szare i niepolegające w głównej mierze na ascezie życie w ogóle może być miłe Bogu?

Dzisiaj wiemy, że Bóg (choć, rzecz jasna, każdego z nas postrzega indywidualnie i osobno) jest dla wszystkich taki sam: tak samo oddany i bliski. Z tą samą miłością patrzy na kapłana, który klęczy, głosi i karmi ubogich, na męża, który pole orze, na osobę samotną w świecie, na upośledzonego człowieka i na niemowlę. Drogi tych osób są radykalnie inne, lecz jak zasługi, tak i wybrana droga życiowa nie ma żadnego znaczenia! W miejscu tym chcę zapytać Ojcze Januszu, jaki status doskonałościowy przyznałby Ojciec (wedle swoich – przepraszam nieznośnych kalkulacji „najdoskonalszej” i „mniej doskonałych” dróg do świętości) właśnie osobom samotnym, które „tak zostały” i na żadną konkretną drogę nie wstąpiły? Czy przegrały swoją szansę, skoro nie stanęły do tego wyścigu powołań? Znać emocje w moim tonie, lecz nie dalej jak kilka dni temu podeszła do mnie w pracy osoba, która wie, że jestem świecką dominikanką, ona natomiast żyje jak dotąd bez rodziny i bez wspólnoty, bardzo wielkodusznie i pokornie. Zapytała, jakby zakłopotana: „Jaka jest różnica w poziomie pomiędzy osobami we wspólnotach religijnych i poza nimi?”. Z kontekstu wynikało, że przez poziom rozumiała świętość jako zasługi i doskonałość. „Żadna!” wykrzyknęłam niemal. Oto dlaczego tak boli mnie owo nieuprawnione „poziomowanie”, to „my wyżej, wy niżej”. Czy skierowałby Ojciec zatem osoby „samotne w świecie” do klasztoru, aby podniosły poziom? Czy może do małżeństwa, by podniosły, choć nieco mniej? Poruszam wątek samotnych, bo być może tu leży źródło „problemu z samotnymi”, już sygnalizowanego na łamach „W drodze”. Nasz spór skupił się na małżeństwie i celibacie, a przecież są jeszcze inne drogi. Samo ich wartościowanie i hierarchizowanie nie dość, że odsuwa poza nawias tych, którzy bądź to sytuują się jakoś obok dwóch najbardziej popularnych (status samotnych? poświęcających życie nauce? chorych? upośledzonych?), bądź to przed wyborem (status nastolatków?), to jeszcze sprawia, że tracimy z oczu istotę Ewangelii. A przecież najświętsze są dzieci, bo mówią do Boga: „przepraszam Tatusiu, kocham Cię mocno” i wiedzą, że liczy się po prostu miłość.

Istotą jest życie sakramentalne

Każdego człowieka Bóg „utkał” u poczęcia jako najtkliwszy Ojciec i za każdego oddał życie jako Zbawca. Z tej perspektywy eksponowanie słowa „doskonałość” i „najdoskonalsza droga” w aspekcie powołania do celibatu zdaje się i niepoprawne, i nietaktowne. Życie sakramentalne, w którym Bóg daje nam wszystkim przystęp do Siebie i intymną relację z Nim, jest jedynie ważne. Chrzest święty zaszczepia w nas życie Boże: czyste, ubogie i posłuszne. Rady ewangeliczne oznaczają poddanie seksualności godności osób, dobry użytek z dóbr materialnych i wolę naszą złączoną z Bożą.. Z Ojca tekstu wynikało, iż uważa Ojciec zakonną konsekrację za źródło i jedyną realizację rad ewangelicznych, tymczasem ich źródłem jest rzeczywiście konsekracja, ale chrzcielna. Dlatego właśnie radami można żyć „w ramach stanu życia”. Powyżej, w paragrafie zatytułowanym „Charyzmat bezżeństwa” pisałam o ślubach zakonnych, które z radami tożsame nie są. Śluby bowiem są najdosłowniejszym, niejako „przesadnym” (celowo) potraktowaniem rad: owym „głupstwem krzyża” mającym unaocznić sens samych rad. O tak, zgodzę się z Ojcem – droga rad ewangelicznych jest najdoskonalsza… I jest dla wszystkich.

 I małżonek, i bezżenny, i każdy, kto kocha, może przyjmować Chrystusa Eucharystycznego; czyż to nie ucina naszej dyskusji? Cóż jest „doskonałością” ponad to? Czy zasługi miał Ojciec na myśli? Bo przecież o wyznaczaniu dzieciom Boga większej i mniejszej świętości, to jest większej i mniejszej miłości mowy nie ma!

Mogę zapewnić Ojca Janusza, posługując się Jego retoryką, że gdyby wstąpienie w związek małżeński uniemożliwiało mi zupełne przylgnięcie do Boga i całkowite oddanie Mu, z pewnością nie byłabym dzisiaj żoną. Zobaczyłam, że tak samo kocha i chce być kochany Bóg przez wszystkie swoje dzieci, nikomu nie stawia granic „doskonałościowej możliwości powołaniowej”. Chrzest i inne sakramenty są bramą Jego tęskniącego Serca.

Wyższość pojmowana eschatologicznie

Gdyby jeden ze stanów życia był „najdoskonalszą drogą do świętości”, zaś drugi „niedoskonałą” (proszę bowiem zważyć, że przymiotnik „doskonały” wedle logiki nie podlega stopniowalności, zatem „mniej doskonały” to w istocie „niedoskonały”), nasuwałoby to wniosek o powołaniu jednych dzieci Bożych do doskonałości, a innych przeciętniactwa. Czy za jednych Chrystus umarł bardziej, a za innych mniej? A może miał przed oczami jedynie konsekrowanych (których nota bene wtedy praktycznie jeszcze nie było)? Co więcej, statystyczna większość odkupionych żyje w małżeństwach, ba, prawie cały Kościół – ilościowa dysproporcja jest wszak pokaźna. Wszystkich nas powołał do Siebie i naprawdę tylko to jest ważne.

Jan Paweł II w adhortacji Familiaris consortio (nr 16) pojęcie wyższości celibatu tłumaczy jego powiązaniem z Królestwem Niebieskim, z także cielesnym antycypowaniem nowego świata przyszłego zmartwychwstania. O. Raniero Cantalamessa pisze: „W przeszłości wiele dyskutowano o tym, czy dziewictwo jest stanem doskonalszym od małżeństwa, a jeżeli tak – to w jakim sensie. Uważam, że nie jest ono stanem ontologicznie (czyli samym w sobie) doskonalszym. Każdy z obu stanów jest doskonały dla tego, kto jest do niego powołany. Ale eschatologicznie jest z pewnością stanem bardziej zaawansowanym, w tym znaczeniu, iż jest bardziej upodobnione do stanu ostatecznego, ku któremu wszyscy zmierzamy. »Wy zaczęłyście być tym, kim my będziemy« – pisał Św. Cyprian do pierwszych dziewic chrześcijańskich” 12. Królestwo Boże „już jest” – profetycznie świadczą ciałem swoim celibatariusze; jednak „jeszcze nie” ukazują małżonkowie, żyjąc wedle wciąż aktualnego zamysłu Stwórcy z raju.

W aspekt eschatologicznej interpretacji „wyższości” celibatu wpisuje się wymowa znaku, czyli szczególna wyrazistość, naoczność oddania Bogu osób zakonnych. Swoją codziennością, szatą, ramowym planem dnia prorokują, że w oblubieńczej, intymnej relacji Bóg chce z nami wszystkimi żyć i teraz, i w niebie. Wychodząc z pracy, małżonka z głową pełną jeszcze dokończonych i niedokończonych spraw zawodowych, planów na obiad, listy zakupów i trosk o męża i dzieci, mija zakonnicę. I bywa, że serdeczne, niemal porozumiewawcze spojrzenie ożywia nadzieję i przypomina o tęsknocie. I perła cenniejsza od wszystkich doczesnych dóbr staje na powrót w centrum uwagi, niosąc choćby wyszeptanie Jego imienia. Marana tha, przyjdź.

Drugim argumentem pozwalającym mówić o pewnej „wyższości” celibatu dla Królestwa jest dostępność środków mogących „ułatwić kontakt” z Panem Jezusem. Św. Paweł poucza, że bezżenny troszczy się o sprawy Pana i aby Jemu się podobać; małżonek o sprawy świata i współmałżonka, w efekcie czego „doznaje rozterki”. Oczywiście, jak zauważa o. Jacek Salij, nie jest to opis stanu faktycznego, lecz przestroga: małżonkowie, jak wszyscy, mają całym sercem i w pierwszej kolejności kochać Boga, jednak konieczność zaangażowania w świecie może nieść pokusę oddalenia od tej pierwszej Miłości 13. Przy tym pokusę, nie zaś normę, jak zwykło się interpretować Pawłowe rozważania.

Określenie „stan doskonałości” należy rozumieć jako taki, w którym, z racji dostępnych środków, choćby radykalizmu ślubów rad ewangelicznych, charakter życia może ułatwiać bliski kontakt z Bogiem, niejako dysponować do wzrostu w miłości. Wyższości celibatu nie wolno jednak tłumaczyć wyższością w porządku natury. Jak zauważa Jan Paweł II, nie ma dwóch obozów wiernych – doskonałych i doskonałych mniej 14.

Fundamentalna zasada rozeznawania

Przyznam, że kiedyś chciałam żyć w konsekracji zakonnej, gdyż wydawało mi się, że celibat jest drogą „większego przylgnięcia” i „najdoskonalszego oddania”, byłam więc gotowa wybrać tę drogę właśnie z racji jej, jak sądziłam, obiektywnej „lepszości” dla każdego człowieka. Mały włos, a z tego właśnie powodu wstąpiłabym do zakonu.

Gdyby była to faktycznie droga najdoskonalsza obiektywnie, to jest dla wszystkich, nasuwa się wniosek, że, wszyscy, którzy to odkrywają podobnie jak Ojciec Janusz, powinni wybrać tę drogę. Obawiam się, że gdyby wszyscy to odkryli, wyginęlibyśmy jak dinozaury, oświeceni meteorytem celibatu.

Życie konsekrowane nie jest najdoskonalszą drogą do świętości – dla mnie. Być może, żyje się już w niej „niebem”, być może łatwiej, poprzez dostępne środki, prowadzi do Boga, jednak to nie jest moja droga. Dla mnie małżeństwo jest najdoskonalszą drogą do świętości i tu chcę oddać Mu się cała.

Zatem o świętości nie decyduje rodzaj powołania i stan cywilny, lecz moje osobiste oddanie Jezusowi w wierności temu powołaniu, do którego mnie indywidualnie zaprosił 15.

Dlaczego źle rozumiana wyższość celibatu jest szkodliwa?

Podjęty dla Chrystusa i Królestwa Bożego celibat nie jest drogą najdoskonalszą w znaczeniu „większego i szybszego udoskonalenia” kroczących nią. Tymczasem i wielu konsekrowanych, i wielu świeckich postrzega powołanie zakonne jako swoisty awans do pełniejszej jedności z Bogiem, do doskonalszej więzi i większej łaski. Jest to wysublimowany podszept szatana, który nie dość, że mami celibatariuszy ich większymi zasługami i uprzywilejowaną możliwością zjednoczenia z Bogiem (kusząc pychą), pozostałym ukazuje mierny pułap relacji z Bogiem, wszak utrudnionej i sercem podzielonym, i seksem, i znacznie mniej efektownym kalibrem wyrzeczeń i dzieł.

Skutek? Relacja kapłana, który przychodząc w koloratce, jest w kurii traktowany z poważaniem i uznaniem, zaś przychodząc bez niej – niemal jak natręt.

Inny – z autopsji. W jedną z ostatnich niedziel gośćmi na Eucharystii była dość liczna grupa młodziutkich braci nowicjuszy. Komunia święta, nagłe zamieszanie przy ołtarzu. Celebrans udziela braciom Komunii Świętej pod dwiema postaciami. Do nas, do ludu wychodzą kapłani, niosąc Jezusa w samym Ciele. Patrzyłam na staruszki z trudem podchodzące do ołtarza, ich pomarszczone twarze i spracowane dłonie; na starców z wysiłkiem przedzierających się przez kościół, niosących Bogu w sercach dostojeństwo lat, doświadczeń i wypróbowanej wierności. Na małżonków z gromadką dzieci i śladami niewyspania na twarzach. Ja wiem, że to tylko szczegół i, być może, nie ma o czym mówić. Jednak było mi po prostu trochę przykro. Spojrzeliśmy z mężem na siebie bez słów, oboje zauważając dziwną i fałszywą, choć przecież niezamierzoną wymowę tego „szczegółu”, nieupowszechniającą bynajmniej takiego samego powołania wszystkich chrześcijan do świętości, czyli głębokiego zjednoczenia z Bogiem. Po Eucharystii zapytałam celebransa, dlaczego nowicjusze spotkali Pana w Ciele i Krwi, a my tylko w Ciele. „W czasie formacji w zakonie jest takie zalecenie”.

Być może tu, Ojcze Januszu, istnieje uzasadnienie „doskonalszej” drogi celibatariuszy… – tak, z tym jednym mogę się zgodzić: przyjmujecie Boga zawsze w eucharystycznej pełni, my prawie nigdy.

Jest coś niepokojącego w potrzebie podkreślania wyższości celibatu. Potrzeba ta daleka jest od ewangelicznego ducha uniżenia. Pan Jezus nogi nasze umywa, jest jak ten, kto służy. Poucza, że kto chce być pierwszy, niech będzie sługą wszystkich; kto największy – niech będzie najmłodszy; przełożony – sługą. Ostatnich czyni pierwszymi, a pierwszych ostatnimi. Faryzeusza cieszącego się swą wyższością wobec grzesznego celnika przedstawia jako tego, kto będzie poniżony. Jada najchętniej z grzesznikami i z nimi przebywa. Wreszcie wskazuje na dziecko, kto bowiem jest najmniejszy wśród nas, ten jest wielki. Jezus uwielbiał utożsamiać się z prostaczkami i ubogimi, rzec można, „niższymi”. Przewrotnie i oczywiście żartobliwie możemy uznać, że z racji naszej – małżonków – duchowej sytuacji uznanej za „mniej doskonałą”, Jezus jest najbliżej właśnie nas.

Przedsmak Królestwa

Hierarchizacja powołań rodzi podział. Mieszkańcy plebanii nie przyjaźnią się z miejscowymi, gdyż „dobrze, gdy dzieli ich pewien dystans wyrażający ich wyższość przed Bogiem i rolę pośredników”. Sensację budzi zachowanie jednego z biskupów, który odwiedził przypadkowo poznane małżeństwo dzień później w ich domu na kolacji (bez kierowcy!). Anegdota o katechetce, która zapytana przez malucha, czy otoczeni czcią księża jak inni ludzie korzystają z toalety, odpowiada „tak, lecz nie tak często” – nie odbiega wiele od typowego postrzegania kleru lub konsekrowanych.

Tymczasem w środowiska żywiące mniej lub bardziej świadome przekonanie o równości wszelkich dróg i powołań przed obliczem Boga, wstępuje duch (Duch) jedności budujący rodzinę – żywy, kochający się Kościół o wielu członkach. Taka jest profetyczna intuicja wielu znanych postaci w Kościele. Wspomnijmy tylko O. Generała Zakonu Dominikanów Timothy Radcliffe’a opowiadającego o Spotkaniu Generalnym zakonu i laikatu dominikańskiego:

„Jedną z radości Spotkania Generalnego była obecność dwojga hiszpańskich laików (…) Byliśmy zaskoczeni, gdy okazało się, że będą mieli dziecko (…) Myślę, że to pierwszy wypadek, gdy uczestnik Spotkania Generalnego był w ciąży. To nadaje nowy wymiar Rodzinie Dominikańskiej. Jose i Roza Maria mogli wnieść całe doświadczenie poczęcia dziecka, urodzin, ojcostwa i macierzyństwa do naszego głoszenia Ewangelii. (…) Jak możemy głosić pełną Ewangelię, jeżeli nie jest zakorzeniona w tym doświadczeniu, które niektórzy z was posiadają, a my nie posiadamy, doświadczeniu małżeństwa, macierzyństwa i ojcostwa, seksualności i płodności?” 16

Oto w szeregach jednej, duchowej rodziny są osoby wszystkich stanów. Jedni potrzebują drugich, by ubogacać się wzajemnie niepowtarzalnymi darami życia każdego brata i siostry. Znakiem czasu okazuje się drugorzędność zróżnicowanych powołań indywidualnych wobec pierwszeństwa powszechnego dążenia do Boga i potrzeby dążenia doń razem, ramię w ramię. Jako Kościół holistyczny, jeden, cały; nie „rozczłonkowany”.

Dokąd w Kościele wciąż tak licznie będą podnosić się głosy i ujawniać izolacyjne zachowania „doskonalej dążących do świętości” aniżeli świeccy bracia i siostry, o holizmie jako niewyjątku, lecz normie w skali Kościoła będziemy mogli tylko pomarzyć.

1  Zob. J. Pyda, Nie zaczynajmy budować od dachu, „W drodze” 2/2008, s. 85–86. 
2  R. Cantalamessa, Czystego serca, Warszawa 1994, s. 49. 
3 Zob. tamże, s. 47–48. 
4  M. GusiewCzudżak, Narodzić się do życia śmiertelnego, „Znak” 11/2006, s. 67. 
5 Zob. tamże. 
6  Jezus, gdy mówi o (wg polskiego przekładu) „bezżennych” (Mt 19, 1012), w oryginale używa słowa „eunuch”, które miało wówczas, jak i dzisiaj, wydźwięk obraźliwy. Wedle niektórych opinii Jezus użył tego określenia, ponieważ, jako bezżenny, był przez swych przeciwników nazywany „eunuchem”, podobnie jak „pijakiem” i „żarłokiem” (Mt 11,19). Zob. R. Cantalamessa, Czystego serca, s. 15–16. 
7  Zob. K. Paczos, O powszechności cnoty dziewictwa, „Znak” 11/2006, s. 32. 
8 Zob. Jan Paweł II, Mężczyzną i niewiastą stworzył ich. Odkupienie ciała a sakramentalność małżeństwa, Citt? del Vaticano 1986, s. 215. 
9 Moja parafraza poglądów ks. K. Paczosa wyłożonych w: O powszechności cnoty dziewictwa, art. cyt. 
10 Por. M. Waluś, O związku duszy z ciałem, „Znak” 11/2006. 
11 Określenie K. Knotza. 
12  R. Cantalamessa, Czystego serca, s. 18–19. 
13  Zob. J. Salij, Celibat i małżeństwo, „W drodze” 12/2003. 
14  Zob. Jan Paweł II, Mężczyzną i niewiastą stworzył ich. Chrystus odwołuje się do zmartwychwstania, Lublin 1993, s. 57. 
15  Zob. J. Augustyn, Płatki, które miłość oberwie z kwiatów, „Znak” 11/2006, s. 98. 
16  Zob. T. Radcliffe, Co laikat może dać zakonowi?, „W drodze” 11/ 1997, s. 64.

Mniejsza świętość? Większa świętość?
Małgorzata Wałejko

urodzona w 1977 r. – żona i matka, teolog małżeństwa, doktor pedagogiki, adiunkt w Instytucie Pedagogiki Uniwersytetu Szczecińskiego, autorka wielu artykułów o tematyce teologicznej, filozoficznej i pedagogicznej, dominikanka świecka....