Mocniejsi niż warunki

Mocniejsi niż warunki

Stał się chyba cud. Napisała do mnie siostra zakonna. Nigdy do mnie siostry nie pisują, bo nie uważają mnie za człowieka poważnego i odpowiedniego, a tu masz babo placek. Z zasady nie udzielam porad i utrudniam zwierzenia, a siostra niezwykle inteligentna, precyzyjna i konsekwentna w swej kobiecej logice.

List dotyczył wierności powołaniu i temu, co robić, kiedy rzeczywistość nie odpowiada założeniom, deklaracjom, przyjętym zasadom. Chciałem najpierw odpowiedzieć jednym zdaniem Matki Teresy, która na pytanie dziennikarza, co zrobić, aby zmienić ten wredny świat, odpowiedziała: — Pan zmieni siebie i ja zmienię siebie, i wtedy cały świat się zmieni. Resztę zostawmy Panu Bogu.

Potem przyszło mi na myśl, żeby napisać jej jeszcze krócej, że królestwo Boże jest w nas… a niekoniecznie w tych obok nas. To, czego ta siostra oczekuje, będzie dopiero w niebie. Tutaj, na ziemi, walczymy, przedzieramy się i poza Chrystusem, który jako jedyny zyskuje przy bliższym poznaniu, nikt nas nie rozumie. Z takim nastawieniem, że nie jest tak, jak to sobie wyobrażaliśmy, nigdzie nie będzie ta siostra u siebie i na swoim miejscu. Nigdzie, bo takiego miejsca nie ma. Tworzymy je w sobie i wokół siebie z większym lub mniejszym trudem i wysiłkiem, ale to wszystko próba generalna, bo właściwe przedstawienie odbędzie się dopiero w niebie.

Jesteśmy w drodze i nic, co spotykamy, nie daje nam satysfakcji ani zadowolenia. Jedynie tęsknota jest miarą naszej miłości.

W takim to nastroju poszedłem na swój dyżur duszpasterski. I oto po dwóch godzinach siedzenia wyprysnąłem jak kula armatnia bliski obłędu. Nasycony byłem jak saturator. I dalej to samo…

Nikt z przybyłych nie był zadowolony. Osoby samotne, dlatego że samotne, zazdrościły tym żyjącym w małżeństwie albo klasztorze. — Ach ojcze, oni to mają dobrze, wy to macie dobrze, macie do kogo przemówić, otworzyć usta, nigdy nie jesteście sami. To takie wspaniałe być z kimś.

Żyjący w małżeństwie zazdroszczą żyjącym samotnie, że mogą robić ze sobą, ze swoim czasem, z pieniędzmi to, co chcą. Wolność to jest to.

Każda ze spowiadających się sióstr pragnęłaby być w innej wspólnocie, gdzie miłością i nektarem karmią specjalne anioły, a obok są nie podobne do nich kobiety, ale same anielice.

Niektóre kobiety, urodziwszy dzieci, dziwią się, czego ci obrzydliwi mężczyźni jeszcze od nich chcą, skoro zrobiły swoje, a teraz pragną oddać się wyłącznie modlitwie, słuchaniu Radia Maryja i śpiewaniu w chórze kościelnym. — To coś obrzydliwego, czego domaga się mój mąż, a znoszenie obok siebie obcego białka i potu wymaga nie lada heroizmu. Mnie już to nie interesuje, czego on jeszcze ode mnie chce, dzieci mu urodziłam i wychowałam, niech mi da teraz święty spokój. A on nic, tylko swoje.

Pewien mężczyzna mi powiedział: — Już nie wytrzymuję z moją żoną. Te kilkadziesiąt lat to chyba dość. Wychodzę z domu rano i wracam wieczorem, tułam się cały dzień, bo nie mogę znieść jej bliskości, a przede wszystkim tego gadania na każdy temat, bez sensu, bez odpowiedzialności. Jeśliby ojciec potrzebował rzecznika prasowego, to moja żona wypowiada się niepytana na każdy temat.

Kiedyś przed laty w naszym zakonie był ojciec Robert Świętochowski, który pewnego dnia odkrył, że jest ostatnim Prusem, ostatnim przedstawicielem narodu, który wymordowali Krzyżacy. Napisał do Stolicy Apostolskiej, aby go zwolniła z celibatu, tak aby pojął żonę i spłodził potomstwo, i w ten sposób uratował naród. Obiecywał, że on i żona, i potomstwo oddadzą się apostolstwu wśród pobratymczego narodu litewskiego. Prosił również, by pozwolono mu w ukryciu, aby nie powodować zgorszenia, odprawiać Mszę św., do której bardzo jest przywiązany.

Stolica Apostolska odpowiedziała na ręce prowincjała, że śluby złożone Bogu są Mu milsze niż nowe marzenia i plany wspomnianego zakonnika, a po zasięgnięciu informacji, wiadomo, że ma on rodzonych braci, którzy mają swoje rodziny i dzieci.

Na to wszystko kochany ojciec Robert odpowiadał z desperacją: — I cóż z tego, że oni mają żony i rodziny, skoro nie mają rzeczy najważniejszej — odpowiedniej świadomości. Umarł jednak pogodzony z wolą Bożą w zakonie, wierny ślubom i słowu danemu Panu w dniu zakonnej profesji.

Wychodząc po dwóch godzinach dyżuru, poczułem się niezwykle szczęśliwy i na swoim miejscu. I chociaż byłem udręczony, to nie zamieniłbym się z nikim za żadne skarby świata. Nigdy nie gorszyłem się grzechami współbraci do tego stopnia, ażebym zapragnął zmienić miejsce. Tutaj, gdzie jestem, jest mi dobrze i czuję się na miejscu. Zgrzeszyłbym, mówiąc, że nie mogłem zrobić czegoś, o czego słuszności byłem najgłębiej przekonany, chociaż różną przychodziło mi płacić za to cenę.

Nagle przypomniało mi się spotkanie Ojca Świętego z młodzieżą, na którym byłem wieczorem w dniu 10 czerwca 1987 roku. Jan Paweł II z okna kurii krakowskiej powiedział, że musimy być mocniejsi niż warunki, w których przyszło nam żyć. Warunki niesprzyjające tutaj na ziemi ma każdy, ale trzeba się nam przez nie przebijać.

Odpisałem zatem zdesperowanej siostrze, że zanim zaśpiewamy niebiańskie Alleluja, to póki przebywamy na tym łez padole, musimy śpiewać Kyrie eleison.

Mocniejsi niż warunki
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...