Modlitwa, cisza i praca

Modlitwa, cisza i praca

W Taizé młodzi ludzie widzą, że ktoś się nimi interesuje, ktoś w nich wierzy. Dzięki temu odnajdują swoje miejsce w Kościele. To jest błogosławieństwo, kiedy ktoś w nas wierzy! Mówi Adriana Yarar, Argentynka, jedna z wolontariuszek, które pomagają zorganizować Europejskie Spotkanie Młodych w Poznaniu.

We wrześniu zjechała do Poznania dziewiątka wolontariuszy z Taizé, którzy zajmują się przygotowaniami do Europejskiego Spotkania Młodych. Ulli – dziesiąta – dojechała na początku listopada, Staszek z Wrocławia – kilka dni później. Większość z nich ma niewiele ponad 20 lat, pochodzą z całej Europy, ale nie tylko – jest też Adriana z Argentyny. Łączy ich przekonanie, że „Bóg jest w centrum wszystkiego”. Nim przyjechali do Poznania, spędzili jakiś czas w ekumenicznej wspólnocie prowadzonej przez braci z Taizé. – Decyzja o ich przyjeździe do Poznania została podjęta wspólnie przez wolontariuszy i braci z Taizé (w przypadku mężczyzn), oraz wspomagające nas siostry (w przypadku kobiet). Niektórzy, przypuszczając, że zostaną wysłani do Poznania, już od kilku miesięcy intensywnie uczyli się języka polskiego – mówi brat Marek, poznaniak i jednocześnie pierwszy Polak, który od ponad 30 lat jest we wspólnocie w Taizé.

Każdy z wolontariuszy ma pod opieką kilkanaście parafii w Poznaniu i wokół miasta, w których przyjmowani będą uczestnicy Europejskiego Spotkania Młodych. – Naszym zadaniem nie jest organizowanie niczego, tylko raczej danie impulsu, by sprawy zaczęły się w danej parafii toczyć same, przy udziale parafian, szczególnie młodych – mówi wolontariusz z Francji Matthieu Macario. – Wolontariusze są łącznikami między centrum przygotowań do grudniowego spotkania a parafiami, motorem tych przygotowań – dorzuca brat Marek.

Centrum mieści się w sercu miasta, na dwóch piętrach w należącym do sióstr Sacré Coeur budynku przy ul. Mielżyńskiego. Jest cicho i spokojnie, jakby niewiele się działo. Ale to złudzenie – do zrobienia jest sporo. Mimo to nikt nikogo nie popędza, nie krzyczy, nikt się niepotrzebnie nie stresuje. Wszyscy wiedzą, za co odpowiadają. – Spotkania w parafiach, motywowanie i wspieranie młodych ludzi, którzy biorą na siebie ciężar przygotowania wszystkiego dla przyjeżdżających – sprawy organizacyjne pochłaniają wolontariuszom większość czasu. O zwiedzaniu miasta nie ma mowy! – mówi brat Marek.

Czas się zatrzymać

Wśród wolontariuszy jest też Igor Turconi z Włoch. Ma 25 lat, nie wygląda na typowego Włocha. Kiedy żartuje, czyli często, powiększone przez okulary ciemne oczy stają się jeszcze większe. – Skończyłem w zeszłym roku studia z literatury antycznej i historii. I poczułem, że chcę się zatrzymać, zrozumieć, co zrobić ze swoim życiem – opowiada. – Potrzebny był mi czas dla siebie, przerwa. Dlatego przyjechałem do Taizé – dodaje. Wspólnotę dobrze znał – bywał w niej wielokrotnie z rodzicami jako dziecko, potem sam, brał też regularnie udział w Europejskich Spotkaniach Młodych. Przed przyjazdem do Poznania jako wolontariusz spędził w Taizé prawie rok. – Rodzice byli zadowoleni, że tam jadę i że będą mieli pretekst, by też przyjeżdżać, bardzo lubią to miejsce. Przyjaciele mówili, że chętnie mnie odwiedzą, ale żaden z nich tego nie zrobił! (śmiech) – opowiada. Od pół roku uczy się języka polskiego i do rozmowy czasami wplata polskie zwroty.

– Przedtem miałem mniejszą lub większą jasność tego, co chcę robić. Wybrałem taki kierunek studiów, bo lubię antyczne cywilizacje i wiedziałem, że dość łatwo znajdę pracę. Ale potem straciłem pewność, co dalej… – opowiada. – A w Taizé jest czas na modlitwę, na ciszę i na pracę. I jest też wolność, nikt nikogo do niczego nie zmusza, wybierasz, co chcesz. To było mi potrzebne – tłumaczy. Do każdego pytania podchodzi metodycznie, stara się odpowiedzieć jak najbardziej wyczerpująco, analizując problem z wielu stron.

W Polsce spodobało mu się to, że kościoły pełne są wiernych. – We Włoszech wierzących jest coraz mniej. Ale nigdy nie czułem, żeby bycie chrześcijaninem w moim kraju było trudne czy wymagało szczególnej odwagi. Moi przyjaciele, którzy wiedzą, że wierzę, szanują to, choć sami nie wierzą w Boga – opowiada. – Czasami ludzie niewierzący atakują nas, zadając pytania z historii Kościoła. Pytają też o przemoc albo o to, gdzie był Bóg wtedy, kiedy działo się wielkie zło. Nie jest łatwo odpowiedzieć na takie pytania. Ale wiem, że w krajach takich jak Francja bycie chrześcijaninem może być trudniejsze – dodaje. Polubił zwroty „Szczęść Boże” i „Z Bogiem” (wymawia je po polsku). – Tu w Polsce ludzie wymieniają je jako pozdrowienia między sobą, a we Włoszech nie zawsze używa się takich zwrotów nawet w rozmowie z księdzem! – tłumaczy. – Chrześcijaństwo jest tu silne, to robi wrażenie!

Przerwa

Mattheiu Macario, drobny Francuz z jednodniowym zarostem i niespokojnymi oczyma, ma 26 lat. – Studiowałem prawo przez sześć lat, potem miałem przez rok praktykę. Ale poczułem, że to nie jest jeszcze dobry czas na to, by rozpocząć pracę – opowiada. – Zadałem sobie pytanie, czy w ogóle chcę być prawnikiem reprezentującym interesy państwa, a w tym kierunku się kształciłem. Nie chciałem walczyć z ludźmi! Nie chciałem ich np. wyrzucać na ulicę, jeśli nie płacą podatków! Potrzebowałem przerwy, żeby sobie przemyśleć i poukładać różne rzeczy – dodaje. Przed przyjazdem do Poznania spędził w Taizé prawie dwa lata, był w tym czasie w Belgii, na Litwie, a teraz jest w Polsce. – To sporo różnych doświadczeń, czuję się bogatszy – mówi.

Wspólnotę w Taizé dobrze znał, odwiedzał ją jako nastolatek wraz z chrześcijańskim ruchem młodzieżowym, do którego należał. – I kiedy różne sprawy w moim życiu zaczęły się komplikować, a Taizé wciąż gdzieś miałem w swojej pamięci, postanowiłem tam pojechać. Lubię to miejsce, bo czuję w nim, że nie jestem samotny – opowiada.

Rodzice Mattheiu są religijni, od zawsze zaangażowani w życie swojego kościoła. – Nie byli jednak zbytnio przekonani do mojego wyjazdu do Taizé, niewiele wiedzieli o wspólnocie. Kiedy przyjechali mnie odwiedzić, byli naprawdę zdziwieni. Spodobało im się – opowiada Matthieu. – Przyjaciele zareagowali miło, bo wiedzieli, że to jest dla mnie ważne. Ale z rezerwą, chyba nie do końca rozumieli, o co mi chodzi.

W rozmowie z Matthieu stale powraca kwestia inności. – Nie ma zbyt wielu młodych ludzi, którzy wierzą w Boga, czułem się samotny między swoimi przyjaciółmi – mówi. – We Francji niełatwo być chrześcijaninem. Jeśli wierzysz w Boga – jesteś inny. Ludzie myślą, że tylko chodzisz do kościoła i się modlisz. Co oczywiście częściowo jest prawdą! Ale to nie wszystko. Teraz czuję się silniejszy i łatwiej mi być chrześcijaninem wśród ludzi, którzy nie wierzą – dodaje.

Na pytanie o dziewczynę, czy założenie własnej rodziny odpowiada: – Koncentruję się teraz tylko na Bogu. Chcę zobaczyć, co z tego wyniknie.

Dlaczego Taizé

Co tak bardzo zapadło im w pamięć z poprzednich pobytów w Taizé, że chcieli tam wrócić na dłużej?

Igor: – Duchowość i ekumeniczność tego miejsca. Proste modlitwy, krótsze niż niedzielna msza (śmiech). I cisza – czas dla siebie, możesz wtedy myśleć o wszystkim. Wspaniałe jest też w Taizé to, że spotyka się tam tak wielu młodych ludzi z tak wielu różnych miejsc!

Mattheiu: – Modlitwy są tam bardzo proste, a oprócz tego jest sporo wolnego czasu, w którym młodzi ludzie mogą ze sobą rozmawiać. W Taizé spostrzegają, że w Kościele nadal jest coś „żywego”, coś, co mogą odkryć dla siebie.

Co dał im pobyt w Taizé?

Igor: – Rozumiem lepiej siebie, swoje życie, innych ludzi. Wciąż mam wiele do zrozumienia, ale to jest OK. Czuję się mocniejszy, ale nie fizycznie (śmiech). Łatwiej mi myśleć o przyszłości. Kiedy w Taizé popełniasz błąd, to nie jest żaden problem, usłyszysz: „OK, następnym razem zrobisz to lepiej”. Jest wiele rzeczy, o których nie myślałem, że w ogóle będę umiał je zrobić! W życiu czujesz społeczną presję, by być coraz lepszym, doskonałym. Żądają od ciebie coraz więcej. Przed przybyciem do Taizé dużo częściej się tym martwiłem. Teraz wydaje mi się to łatwiejsze, mniej istotne.

Matthieu: – Odkryłem, że mogę robić coś innego, że mogę więcej. Jestem znacznie bardziej spokojny. Wiem, że ludzie są różni, ale między nimi jest coś wspólnego – Bóg.

Modlitwa

W dzień powszedni o godz. 17, a w soboty o godz. 13 w kościele Najświętszego Zbawiciela przy ul. Fredry w Poznaniu odbywa się spotkanie modlitewne wolontariuszy zaangażowanych w organizację Europejskiego Spotkania Młodych. Przez to wypełnione śpiewami i modlitwą pół godziny surowy, nieco ponury kościół wydaje się jakiś inny, bardziej przyjazny. Zwieszające się z ołtarza kawałki pomarańczowego materiału, kilkanaście małych świeczek i reprodukcje ikon oparte o ołtarz zmieniają go zupełnie. Jedynie ziąb pozostaje taki sam. W ławkach siedzi trzydziestka wolontariuszy z Poznania i z Taizé, kilka starszych poznanianek. Kilkugłosowe, łatwo wpadające w ucho śpiewy ładnie rozchodzą się w wysokim wnętrzu. Jeszcze czytanie z Ewangelii, pełna skupienia modlitwa w milczeniu i spotkanie dobiega końca. Kilka minut sprzątania i kościół znów jest taki, jak zwykle.

Kościół Najświętszego Zbawiciela wzniesiony w latach 1866–1869 przez protestantów i użytkowany przez nich do 1918 roku został wybrany ze względu na położenie i ogrzewanie. – Chcieliśmy, żeby modlitwy odbywały się w farze, ale tam trudno wytrzymać ze względu na zimno – mówi brat Marek. W Poznaniu pamięć o dziesiątkach tysięcy protestantów, zwykle Niemców, którzy mieszkali tu do końca I wojny światowej i przyczyniali się do jego rozwoju, jest niewielka. Europejskie Spotkanie Młodych ma charakter ekumeniczny – śpiewy z Taizé, nawet jeśli nie było to celowe, nabierają w tym poprotestanckim kościele dodatkowego znaczenia.

Szczęście

Wolontariuszka z Argentyny, ciemnowłosa i ciemnooka, 25–letnia Adriana Yafar deklaruje: – Bóg jest esencją wszystkiego.

– Od pięciu lat działam w katolickiej wspólnocie i misji, która wiele czerpie z Taizé, m.in. ideę ekumenizmu. Zajmujemy się bardzo biednymi ludźmi, którzy żyją w górach. Spędzamy z naszymi podopiecznymi dziewięć dni zimą oraz 15 dni latem, poza tym odwiedzamy ich raz w miesiącu – opowiada. – Kiedy po raz pierwszy się z nimi zetknęłam, nie było to łatwe. Pytałam: „dlaczego, dlaczego…?”. Ale potem, kiedy zaczęłam ich poznawać, odkryłam, że są szczęśliwsi od nas. Mają proste życie, ale w ich rodzinach, w ich sercach mieszka Bóg. Nie trzeba mieć wiele, by czuć się szczęśliwym. Oni są biedni, ale jednocześnie bogatsi niż my – dodaje. Adriana studiuje opiekę społeczną, w pracę jej misji zaangażowało się wielu studentów.

Przed przyjazdem do Poznania spędziła półtora miesiąca w Taizé. – Jakiś czas temu bracia z Taizé zaprosili ludzi z Ameryki Łacińskiej, by przyjechali do Francji i pomogli zorganizować przyjazd. Zapytano mnie, czy chcę i mogę pojechać. Byłam szczęśliwa! – wspomina. Najbardziej zaskoczyła ją liczba młodych ludzi z różnych krajów, z którymi zetknęła się w Taizé. – Młodzi ludzie widzą tam, że ktoś się nimi interesuje, ktoś w nich wierzy. Dzięki Taizé odnajdują swoje miejsce w Kościele. To jest błogosławieństwo, kiedy ktoś w nas wierzy! – komentuje.

Ładowanie baterii

Niemka Ulli Gnandt ma 21 lat i bujne blond loki. Kiedy wchodzi do centrum, wydaje się, jakby anioł zszedł z renesansowego obrazu.

Taizé stanowi ważny element jej życia. – Ostatnie lata były dla mnie bardzo ciężkie, musiałam szybko dorosnąć – mówi. Latem zeszłego roku sama na piechotę przyszła z Niemiec do Taizé i spędziła tam sześć tygodni. – Ta droga była bardzo ważnym, wspaniałym doświadczeniem! Wędrowałam z namiotem i niemal wszędzie byłam mile widzianym gościem. Stałam się silniejsza – opowiada.

Po powrocie do domu wzięła udział w dziesięciomiesięcznym projekcie teatralnym. Oprócz niej uczestniczyło w nim kilkadziesiąt młodych osób z Niemiec i Szwajcarii. – Problem polegał na tym, że osoba odpowiedzialna za ten projekt nie zawsze traktowała nas jak istoty ludzkie! Dla niej najważniejsza była sztuka. A dla mnie najważniejsi są ludzie, sztuka jest tylko jednym ze sposobów ekspresji – opowiada. Z przygotowanym podczas projektu przedstawieniem objechali całe Niemcy. – Pracowaliśmy 24 godziny na dobę. Czułam, że muszę powiedzieć stop – dodaje.

Po zakończeniu projektu miała rozpocząć studia związane z teatrem, ale doszła do wniosku, że jest zbyt wyczerpana. – Wiedziałam, że jeśli od razu zacznę studia, szybko je przerwę, bo stracę zainteresowanie. Potrzebowałam czasu dla siebie i pojechałam do Taizé. Po dwóch tygodniach wysłano mnie do Poznania – opowiada. W Poznaniu znów zajmuje się organizowaniem, ale jak mówi, sprawia jej to frajdę. – Bo tutaj najważniejsi są ludzie, kontakty między nimi!

Z teatrem związana była od zawsze jako aktorka, ale zajmowała się też dziecięcym zespołem teatralnym. – Bardzo lubię pracować z dziećmi. Są takie szczęśliwe, kiedy coś odkryją w sobie. To jest wspaniałe uczucie! – dodaje. Kiedyś była pewna, że chce zostać aktorką, teraz nadal myśli o teatrze, ale raczej o pracy z innymi. Chce sobie dać więcej czasu na decyzję. – W Taizé ładuję baterie – dorzuca.

Spotkanie

Na Europejskie Spotkanie Młodych do Poznania przyjedzie ok. 30 tys. osób, wszyscy znajdą zakwaterowanie u rodzin. Pierwsza grupa – półtora tysiąca wolontariuszy – pojawi się 27 grudnia. – Ale łącznie spodziewamy się ok. 60–70 tys. młodych ludzi, część bowiem przyjedzie na własną rękę i nocować będzie u znajomych czy rodzin – dodaje brat Marek. Przedpołudniowe modlitwy podczas spotkania odbywać się będą we wszystkich parafiach w Poznaniu oraz w tych podpoznańskich, do których można dotrzeć publicznymi środkami transportu w czasie nie dłuższym niż 50 minut (np. Kościan, Wronki, Buk). Po południu uczestnicy spotkania i wszyscy chętni będą się gromadzić w trzech halach targowych na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich.

W tym czasie wolontariusze będą odpowiedzialni za wspieranie organizatorów w parafiach i wspólne rozwiązywanie pojawiających się problemów. – Po spotkaniu wyjedziemy, ale mamy nadzieję, że dzięki temu, co się teraz dzieje, księża odkryją coś nowego w swoich parafianach – dodaje Matthieu.

Życie po Taizé

Po wyjeździe z Poznania wszyscy wolontariusze wracają do Taizé, jedni na trzy tygodnie, może miesiąc, inni – na dłużej. – Będziemy potrzebowali czasu i spokoju, żeby się wyciszyć – mówi Matthieu. Jest jednym z tych, którzy zamierzają jeszcze trochę pozostać w Taizé. – Jeśli mi powiesz, co mam robić dalej, będę szczęśliwy! Bo nie wiem – śmieje się. – Myślę, że chcę pomagać ludziom. Ale nie jestem jeszcze gotowy. Być może też będę chciał pracować na rzecz Kościoła we Francji, jest tam sporo do zrobienia. W każdym razie chcę robić coś z ludźmi, a nie przeciwko nim! – dodaje.

Ulli też zamierza zostać w Taizé i pomyśleć. – Znajdę rozwiązanie, na pewno! – mówi.

Adriana będzie kontynuowała naukę na uczelni. – Po skończeniu studiów chcę pracować z ludźmi, z którymi pracuję w tej chwili. Ale jak się ułoży moja przyszłość – tego nie wiem.

Igor wraca do domu. – Jadę jeszcze na krótkie spotkanie do Portugalii, ale jako zwykły uczestnik, za nic nie będę odpowiedzialny (śmiech). A potem do domu. Spróbuję znaleźć sobie pracę, na kilka miesięcy. Zastanowię się, czy chcę kontynuować studia i zrobić doktorat. Nie takie proste to wszystko… – opowiada. I dorzuca po polsku „Zobaczymy!”.

Dziękuję za pomoc Annie Wasilewskiej, wolontariuszce z Poznania.

Modlitwa, cisza i praca
Daina Kolbuszewska

psychoterapeutka Gestalt, psycholog, mediator, dziennikarka.Autorka książki reportażowej Niemka. Dziecko z pociągu, której bohaterowie zostali upamiętnieni tablicą na dworcu w Krotoszynie....