Modlitwy na pagórku

Modlitwy na pagórku

Różne historie różnych dzieci da się streścić za pomocą kilku słów: alkohol, bezdomność, opuszczenie, brak miłości, bieda, brak mamy, brak taty.

Modlitwa małego Dominika brzmiała tak: „Pomóż, Panie Boże, wszystkim dzieciom, które są w domu dziecka, wszystkim, którzy mieszkają w poprawczakach, i pomóż też naszym rodzicom. I jeszcze nie zapomnij o nas w podróży, żebyśmy szczęśliwie wrócili do domu”.

Dominik wymyślił taką modlitwę, bo wiedział, co to jest dom dziecka, co znaczy poprawczak (bo starsi koledzy tam byli) i czym jest więzienie (bo brat Krzysia dźgnął człowieka nożem).

Modlitwę Dominika usłyszeli wszyscy siedzący za długimi drewnianymi stołami na obozie w Danowie na Mazurach. Sto pięćdziesiąt osób, cały drugi turnus zebrany na ostatniej polowej mszy, odprawianej przez dwóch księży Tomków. Po tej mszy obozowiczów czekał już tylko obiad, porządki i wędrówka z bagażami w stronę ciągnika gospodarza, który zawiózł torby, plecaki i reklamówki do wsi pod krzyż.

Dwa tygodnie wcześniej uczestnicy obozu wyciągnęli swoje bagaże z autobusów oznaczonych napisem „PKS Giżycko” i ruszyli pieszo w stronę pól i łąk, w stronę obozu przygotowanego specjalnie dla nich. Po długiej podróży z Katowic przybyli na miejsce zmęczeni, z ulgą rozłożyli się na polowych łóżkach w wielkich wojskowych namiotach i zaczęli snuć kojące myśli o zabawach, kąpieli w jeziorze i nowych znajomościach. Wszystko to nastąpiło później. Najpierw była jednak msza na pagórku.

Gdzie jest Bóg?

Pierwsza msza odprawiona została wieczorem, a ksiądz Tomasz Nowak powiedział podczas kazania, że życie bez Boga jest głupie. Mówił barwnie i krótko. Kazania na obozie nigdy nie były długie, wystarczyło czasem pięć minut, a czasem trzy minuty, by trafić wprost do czyjegoś serca. Pewnego wieczoru ksiądz Nowak powiedział: — Wiem, co się dzieje w waszych domach, wiem o pijaństwie rodziców, o kłótniach i bijatykach.

Po tych właśnie słowach Monika z grupy młodszych dziewczynek nie mogła zasnąć.

— U mnie w domu było tak, jak mówił ksiądz, ale na szczęście tata już z nami nie mieszka — opowiadała swojej wychowawczyni, która przytuliła ją, pogłaskała po głowie i obiecała, że już zawsze będzie dobrze.

Marysia z sąsiedniego łóżka nie mówiła zazwyczaj wiele, tylko czasem opowiadała swoje sny. O ciemnym lesie i czarownicy. Marysia na dwutygodniowy obóz nie dostała kieszonkowego.

— Rodzice zapomnieli — tłumaczyła się.
— To ja ci dam parę groszy, żebyś miała na lizaki, gdy pójdziemy do sklepiku we wsi — powiedziała wychowawczyni.

Marysia cieszyła się z pieniędzy, ale krótko, bo na drugi dzień ktoś je ukradł. Nic dziwnego.

Mała Alicja ciągle wylegiwała się na swoim łóżku, wybrała to na końcu namiotu, by nikt jej nie przeszkadzał. Leżała zawsze cichutko, skąpiła słów, kontemplowała drelichowe sklepienie przeciekające trochę podczas ulewy. Lubiła to swoje łóżko i ten kącik. Tłumaczyła: — U nas w domu nie ma miejsca, mamy tylko dwa pokoje, a jest nas siedmioro. Nie ma gdzie się podziać, nie można spokojnie pomyśleć. Alicja chciała więc głównie rozmyślać i nie pociągały jej obozowe gry, turnieje, konkursy piosenki i przedstawienia teatralne.

Marta opowiadała często o swoim prawdziwym tacie, którego nie chce znać. Opowiadała koleżankom z namiotu, jak pewnego razu minęła go na ulicy i udała, że go nie zna. — Kocham drugiego tatę, on dba o mnie, mojego brata i moją mamę. Ten niby prawdziwy w ogóle się nami nie interesuje.

Podczas spaceru Ania z czwartej grupy pytała ściszonym głosem Darię: — Co robisz z butelkami wódki ukrytymi w domu po kątach? Bo ja kiedyś wylałam wódę do zlewu, to była jakaś wyjątkowo droga wóda, matka to chciała mnie zabić, jak się wszystko wydało. Ale ja nienawidzę tego jej picia.

Dla Tereski trzeba było zadbać o pampersy — w wieku kilkunastu lat moczyła się w nocy. Trzeba też było oczyścić jej głowę z wszy. Nie tylko zresztą jej. Zajęła się tym pani Kasia, wychowawczyni Tereski i pani doktor, do której codziennie ciągnęły pielgrzymki rannych, obolałych i pokąsanych przez mrówki i komary dzieci. Potrzebowały jej uwagi i ciepła bardziej niż lekarstwa z polowej apteczki.

Małgosia, zadziorna dziewczynka, denerwowała się, gdy pod obóz podjeżdżał patrol policyjny. Widywała podobny pod swoim domem.

Damian chciał, by inni chłopcy się go bali — już w pociągu na Mazury opowiadał o różnych akcjach, a na zakończenie opowieści, od niechcenia kopnął kolegę z przedziału. Kolegom mówił, że w szkole, gdy się stało coś złego, dyrektor zawsze wskazywał na niego. I strofował go słusznie lub niesłusznie.

Karolina chciała być zauważana. — Ja, kurwa, chcę Białą sukienkę, chcę śpiewać Białą sukienkę — krzyczała podczas próby śpiewu przed mszą, ale nikt jej nie słuchał i śpiewano co innego. Położyła więc głowę na stole i płakała przez całą mszę.

Bartek w ogóle nie chciał chodzić na msze ani słuchać o Bogu. — Boga przecież nie ma, nie wierzę w żadnego Boga, a jeśli nawet istnieje, to dlaczego ciągle mam Go chwalić, nie będę się Mu kłaniał, nie będę Go za nic przepraszał. Nic złego nie zrobiłem.

Bartek chciał wracać do domu. Zawiadomił tatę, by po niego przyjechał, ale ktoś mu poradził, by poszedł do księdza i zapytał, gdzie jest ten Bóg.

— Jeśli Boga nie ma, to jestem chyba największym głupkiem. Co ja tu w ogóle robię? — odpowiedział Bartkowi ksiądz Tomek Nowak. Bartek nie chciał już wyjeżdżać.

Zaczęli inni

Wakacyjne wyjazdy na Mazury od kilku lat organizują księża z Tychów i Katowic — Krzysztof Tomalik, Mariusz Dronszczyk, Tomasz Koryciorz. Ks. Tomasz Nowak mówi, że choć dziś animuje działania na rzecz dzieci z biednych, trudnych rodzin, kontynuuje dzieło rozpoczęte przez innych.

Oglądamy album ze zdjęciami z obozów z poprzednich lat: Danowo — gromada maluchów i nastolatków, jezioro, uśmiechy, mali aktorzy w kostiumach teatralnych, znów uśmiechy — od ucha do ucha, z błyskami w oczach, wypiekami na policzkach. Są też zdjęcia z Drzewicza na Kaszubach. To w tych miejscach siłami świecko–kościelnymi organizowane były przez kilka lat wakacje dla dzieci.

— Czy z trudem? Nie z aż tak wielkim — mówi ks. Tomasz. — Pan Bóg troszczy się o pieniądze, nie ja, więc idzie łatwo. Któregoś roku dostaliśmy dziewięć tysięcy od urzędu miejskiego, trochę jeszcze brakowało do trzydziestu tysięcy, ale się znalazły.

Ksiądz Tomek wyjaśnia, że zawsze potrzeba dużo pieniędzy, ale ogłoszenia z ambony i poczta pantoflowa robią swoje.

— Czasem nawet nie wiadomo, kim są ofiarodawcy. Nie wiem, jaka jest ich wiara. Nie pytam, w której ławce siedzą w kościele. Wiem tylko, że działa przez nich Pan Bóg. Zdarzyło, że przyszedł do mnie nieznajomy z dziesięcioma tysiącami w kopercie. Pewnego dnia dowiedziałem się, że nie możemy pojechać do starego miejsca na Mazurach. Przypomniało mi się, że kiedyś podszedł do mnie człowiek, który wręczył mi wizytówkę, i powiedział, że w razie kłopotów mam do niego zadzwonić. Skorzystałem z tej propozycji. Okazało się, że ten człowiek ma 16 hektarów i dwa jeziora na Mazurach. Gdy szukaliśmy transportu, to pracownik firmy produkującej samochody zaoferował nam wypożyczenie karetki pogotowia. Skorzystaliśmy z karetki, pozasłanialiśmy tylko koguty.

Obecność

Wracamy do zdjęć sprzed roku. Na piasku leży skulony mały chłopczyk, obok niego również skulona postać.

— To jest właściwie spowiedź — mówi ksiądz. Ten chłopczyk izolował się, nie chciał rozmawiać, położył się na ziemi, a że nie miał ochoty wstać, położyłem się obok niego. I tak leżeliśmy sobie i rozmawialiśmy o tym, co go trapi.

Ksiądz Tomasz zastrzega jednak, że nie chce zastępować psychologa, kuratora sądowego ani pedagoga szkolnego. Docenia pomoc świeckich lekarzy dusz. — Jeżdżą z dziećmi nad te jeziora, ale zależy mi, żeby rozumieli, że najważniejsze jest dziecko i to, żeby nie było rywalizacji.

Ksiądz Tomasz pokazuje zdjęcie obozowego terapeuty i opowiada: — Wyszedł z narkotyków za pomocą terapii, teraz innym oddaje to, co dostał. Mówił, że jest niewierzący, ale czy są w ogóle ludzie niewierzący? Dzień w dzień pojawiał się na mszy. Z tym uczestnictwem we mszy to jest tak: gdy jadę z dziećmi na wakacje, mówię im: — Będę z wami, ale i wy bądźcie ze mną”. Nie werbuję nikogo do uczestnictwa we mszy świętej.

Z góry jest jasne, że chcę, aby wszystkie dzieci w niej uczestniczyły. Tym najbardziej opornym, które są uprzedzone do Kościoła, wystarczają trzy, cztery dni, aby dołączyć do reszty. Dzieciom wystarczy pokazać, że jest się szczęśliwym.

Znowu wertujemy album: — A tu idol dzieciaków, nasz ratownik. Na dwa metry wysoki, nie pali, nie pije, nie bierze narkotyków — absolutny autorytet chłopców, choć jakby z kosmosu, bo do tej pory na podwórkach spotykali innych idoli — palących, pijących, zabijaków — opowiada ksiądz.

— O, a tu jedenastoletni chłopczyk. Specjaliści diagnozowali, że cierpi na popularną dziś przypadłość ADHD, że tkwi w nim złość i ból po stracie taty, który zapił się denaturatem. Mama też piła, a i dzieciak złapany został przez policję pijany. W szkole biegał po sali, nie umiał się skupić, był agresywny, kopał, krzyczał. Podczas tych wakacji odmówił cały różaniec, a w czasie roku szkolnego pokazał mi zeszyt z odrobionym zadaniem domowym. Byłem taki wzruszony.

Przy każdym dziecku można by się zatrzymać. Różne historie różnych dzieci da się streścić za pomocą kilku słów: alkohol, bezdomność, opuszczenie, brak miłości, bieda, brak mamy, brak taty. Dziewczynka z fotografii przeszła piekło — i mama, i tata wyszli z domu, poszli pić, zostawili ją ze starszymi siostrami, które urządzały w domu regularne balangi. 

— Przyczyną kłopotów są zaburzone relacje w rodzinie — mówi ksiądz Tomasz. Jednak na ogół z rodzicami można nawiązać dobry kontakt. Dużym sukcesem jest to, że udaje się nam organizować spotkania rodziców. Pieką wtedy ciasta, rozmawiają, próbują sobie wzajemnie pomóc, widać, że jednak troszczą się o swoje dzieci.

Deszcz

Ważne osoby dla księdza Tomasza Nowaka to Matka Teresa z Kalkuty i brat Albert. Ważna książka — Źródło na pustyni miast Pierre’a Marie Delfieux. Swoją prywatną pustynię, na której szuka źródła, ma tuż pod bokiem. To kaplica na probostwie na Załężu z dziwnym malowidłem na centralnej ścianie zdradzającym predylekcje malarza do hippisowskiego stylu. — Ale można posiedzieć i się skupić — mówi ksiądz Tomasz.

Jego przygoda z Bogiem zaczęła się właśnie od siedzenia, tyle że w katowickiej katedrze. — Wracałem z kursów przygotowawczych na medycynę, a tu nagle dopadła mnie ulewa. Uciekłem do pobliskiej katedry, żeby przeczekać deszcz. Oparty o klęcznik ze dwie godziny wpatrywałem się w krzyż i dochodziłem do wniosku, że Bóg, o którym myślałem, że jest okrutny, bo zgadza się na cierpienie niewinnych dzieci, nie może być zły, skoro umarł dla ludzi.

Wcześniej, przed tą ulewą, spotkał na basenie zaniedbanego małego chłopca porzuconego przez pijącego ojca, bez matki, która zginęła w pożarze mieszkania wznieconym podczas libacji.

— Dorabiałem sobie jako ratownik. Moje stosunki z Panem Bogiem były wówczas nieokreślone. Bileter, który był świadkiem Jehowy, natrętnie usiłował mnie nawrócić. Mówił dużo o Bogu, Jego dobroci, ale pewnego dnia przyprowadził do mnie chłopca — brudnego, zaniedbanego — i kazał mi go wyrzucić z basenu, bo chłopczyk wdarł się bez biletu. Dałem temu chłopcu jakieś ubrania, których akurat na basenie nigdy nie brakuje, bo zawsze ktoś czegoś zapomina, i pozwoliłem mu zostać. Poznałem jego straszną historię i byłem bardzo wściekły na Pana Boga, że wystawia niewinne dziecko na takie cierpienia.

W tej katedrze zacząłem myśleć o Bogu inaczej. Porzuciłem plany związane z medycyną i stawiłem się w seminarium — ubrany w skórę, czerwone dżinsy, z długimi włosami. Mimo to potraktowano mnie poważnie. Jestem za to wdzięczny.

Bez koloratki do kanałów

Do księdza Nowaka przyjaciele mówią „Fazi” albo po prostu „Ksiądz” (w wołaczu), np. „Ksiądz, może pójdziemy odwiedzić Ilonę i Rysia?”.

Ilona z Rysiem istnieją naprawdę, ale nie mają prawdziwego domu i mieszkają w kanale. Fazi odwiedza ich często, nie tylko zresztą ich. Niesie pomoc wielu bezdomnym.

Pomoc, czyli co? Czasem słowo, czasem ubranie, czasem jedzenie, czasem pieniądze, czasem rozmowę albo milczenie, nieraz ostre spojrzenie wzywające do opamiętania — zawsze obecność. Mówi, że w pomaganiu nie ma sztywnych zasad, najlepiej postępować tak, jak radziła Matka Teresa z Kalkuty — samemu brać od Boga jak najwięcej, a potem dzielić się tym z ludźmi. Ksiądz Nowak nosi zwykle bojówki i dresową bluzę; niewyszukany ubiór, odpowiedni do chodzenia po zaułkach. Unika koloratki, ale nie dlatego, że to jakiś wstyd — łatwiej mu wtopić się w ludzi, do których został posłany. Ci ludzie to również bywalcy dworców, ulic, bezdomni szukający schronienia w alkoholu, narkotykach.

Na Załężu, najbiedniejszej i najgroźniejszej z powodu przestępczości dzielnicy Katowic, gdzie po zmroku można oberwać lub zostać okradzionym, jest co robić. I robi się dużo. — Działają tu siostry Misjonarki Miłości, te od Matki Teresy z Kalkuty, u których ubodzy mogą się najeść i wziąć udział we mszy świętej. Jest Dom Aniołów Stróżów, w którym spotykają się dzieci z biednych rodzin, jest Wspólnota Dobrego Pasterza i Wysoki Zamek, knajpa dla młodzieży bez alkoholu i narkotyków. Pomaga mi sztab młodzieży, pedagodzy, nauczyciele, specjaliści od uzależnień. Sam nic bym nie zdziałał — przyznaje ksiądz.

W Wigilię Fazi schodzi do kanałów z opłatkiem. Towarzyszą mu wolontariusze, którzy w torbach mają jedzenie zabrane ze stołów wigilijnych we własnych domach.

— Któregoś roku w dzień wigilii rozpaliliśmy ognisko na powierzchni — nad kanałami, i śpiewaliśmy kolędy — mówi Agnieszka, właścicielka kwiaciarni w Tychach.

Agnieszka mówi jeszcze, że z księdza Tomasza dobry synek, co potrafi z Panem Bogiem się dogadać, a co za tym idzie, i z ludźmi.

— Pewna bezdomna, której Fazi pomagał jeszcze jako kleryk, miała przyjść na jego mszę prymicyjną, ale zapiła i się nie pojawiła. Gdy wytrzeźwiała, miała do siebie żal i pilnowała, by za rok pojawić się na rocznicowej mszy. W dniu mszy ubrała się w ładną sukienkę w kwiatki, którą zresztą znalazła na śmietniku, umalowała się — też kosmetykami ze śmietnika. Z koleżanką załatwiłyśmy jej fryzjera i kobieta z różą w dłoni wkroczyła do kościoła. Gdy ksiądz ją zobaczył siedzącą w pierwszej ławce, miał w oczach łzy.

Imiona dzieci i niektóre szczegóły zostały zmienione.

Modlitwy na pagórku
Beata Zaremba

urodzona w 1966 r. – ukończyła filologię polską, dziennikarz, redaktor pisma akademickiego Uniwersytetu Opolskiego.Publikowała m.in. na łamach „Wiadomości Kulturalnych” i „Rzeczpospolitej”. Współpracuje z „Tygodnikiem Pow...