Mój dom

Jesienią 2007 roku nasz poznański klasztor będzie obchodził swoje 70. urodziny. Spędziłem w nim trzydzieści lat mojego życia. Przytulił mnie i dał mi schronienie. Był świadkiem mojego dojrzewania w kapłaństwie i ogromnego szczęścia służenia Panu. Łagodność i tolerancyjność nie tylko murów, ale przede wszystkim zamieszkujących w nich braci pozwoliły mi żyć i pracować dla Tego, który mnie pierwszy umiłował i wezwał, abym poszedł za Nim. Posłuchałem wezwania i poszedłem, i nadal idę. To pójście za Panem wypełniło całe moje życie. Nie mam innego. Większą część mojego życia przebyłem w klasztorze poznańskim. Dzisiaj pragnąłbym temu dobremu i pełnemu Ducha Bożego klasztorowi podziękować za to, że będąc jego członkiem, mogłem być przede wszystkim sobą.

Przed siedemdziesięciu laty na usilne nalegania kardynała Augusta Hlonda, Prymasa Polski, aby ojcowie dominikanie objęli opiekę nad społecznością akademicką miasta Poznania, ojciec Henryk Jakubiec, ówczesny prowincjał za 150 tys. złotych zakupił od Banku Polskiego plac na rogu ulic Libelta, Wałów Jana III i Batorego pod budowę kościoła i klasztoru.

Pod koniec roku 1937 przybyli do Poznania ojciec Cyryl Markiewicz – przełożony, i ojciec Bernard Przybylski – duszpasterz akademicki. Rozpoczęto budowę. 30 września 1938 roku kardynał August Hlond w otoczeniu biskupów i prałatów, rektorów i profesorów, i mnóstwa gości wmurował w ścianie przy głównym wejściu akt poświęcenia. Od grudnia 1939 roku do stycznia 1945 roku poznański klasztor zajmowali Niemcy. 10 lutego 1945 roku ojciec Stanisław Dobecki dotarł do niego, idąc za frontem wojennym. Umieściwszy na jego drzwiach napis „monastyr”, przy pomocy swojej rodziny i sąsiadów zabrał się za porządkowanie i remont domu. Tak na nowo zaczęła się historia tego miejsca w nowej, już komunistycznej ojczyźnie. Bogu dzięki po ponad czterdziestu latach komunizm upadł, a klasztor na skrzyżowaniu ulic Libelta i Kościuszki nadal stoi i służy społeczności akademickiej.

Ten dom, obrośnięty winoroślą, jak rok liturgiczny zmienia swoje barwy. Przez wiosnę i lato jest zielony, jesienią czerwienieje, a po pierwszych przymrozkach wygląda jak jeż kolczasty, bo kiedy liście winorośli spadną, przez jakiś czas sterczą jeszcze łodygi, dopóki mocniejszy mróz ich nie zrzuci, i wtedy dopiero widać gołe ściany.

Przyjechałem tutaj po raz pierwszy 24 sierpnia 1966 roku po południu. W nocy jeszcze wyjechałem z domu, z rodzinnego Prudnika, gdzie żegnała mnie matka we drzwiach i lampa na drucie powieszona w poprzek naszej ulicy. Przyjechałem do nowicjatu. Okienko otworzył brat Mikołaj, starszy, z czerwoną twarzą, chory na cukrzycę, jak się później dowiedziałem, i zapytał: – A kawaler to do kogo i w jakiej sprawie?

– Przyjechałem tutaj do klasztoru, do nowicjatu.

– To niech kawaler wejdzie i zaczeka chwilę, pójdę zawołać ojca magistra.

Wszedłem do sieni i zaczekałem chwilę, i chwila ta trwa do dziś. Po kilkunastu dniach pobytu za klauzurą 11 września 1966 roku podczas mszy świętej konwentualnej ojciec prowincjał Krzysztof Kasznica oblekł nas w habity i jako pierwszemu nowicjatowi nie dał czerwonych pasów, które polscy dominikanie nosili z dumą i paradą od kilku stuleci.

Tamtego dnia obłóczonych nas zostało sześciu. Najstarszy Jan, absolwent historii, później student prawa Tadeusz, Stanisław podejmujący po raz kolejny życie zakonne, Zbigniew – potężny chłopak z Jarosławia, ja chudzina, nieprzypominający dzisiejszego grubasa i wreszcie najmłodszy z nas Zygmunt spod Rzeszowa. Dziwne były losy każdego z nas, którzy fotografowaliśmy się tamtego dnia w klasztornym ogrodzie pod małą płaczącą wierzbą, która dzisiaj jest ogromnym drzewem. Na fotografii wszyscy patrzymy przed siebie z nadzieją, że znaleźliśmy drogę, że spotkaliśmy nareszcie Tego, który nas poprowadzi.

Jako pierwszy obowiązek dostałem sprzątanie ubikacji i łazienki. Cóż, w domu sprzątała je mama. W klasztorze, opłukawszy muszlę i wannę oraz zdezynfekowawszy je lizolem, uważałem pracę za skończoną i siadałem do czytania. Pewnego razu wezwał mnie magister, ojciec Czesław, i paznokciem zerwał grubą warstwę brudu z wanny, następnie podszedł do muszli klozetowej i powiedział: – Drogi bracie, rączka jeszcze niekonsekrowana, więc proszę wilgotną szmatę do ręki, na szmatę trochę proszku i szorujemy do białego, dopiero później dezynfekujemy lizolem. Tę praktyczną lekcję sprzątania zapamiętałem na całe życie. Nawet wtedy, kiedy rączka była już konsekrowana.

Budynek naszego klasztoru był duży, z czerwonej cegły i pachniał szpitalem. Na podwórku był budowlany bałagan. Robiono porządek w ogrodzie i na podwórku. Przez cały nowicjat dużo pracowaliśmy. Kopaliśmy fundamenty pod koksownię i garaże, równaliśmy ziemię w ogródku. Najważniejszym jednakże wydarzeniem było tynkowanie klasztoru. Ojciec przeor zdobył jakiś szlachetny tynk, którym najpierw cały klasztor został obłożony, a następnie po lekkim przeschnięciu tynk był drapany. Kurzu było co niemiara. Potem klasztor obsadzono winem. Rządził wtedy przeor o. Michał Mroczkowski, w nowicjacie o. Czesław Bartnik, a w kuchni siostra Salomea, urszulanka szara z Pniew. I wszystko byłoby spokojnie, gdyby nie duszpasterstwo akademickie, które wprowadzało sporo ożywienia i urozmaicenia. Klasztor nim żył. Dla niego został założony i wybudowany. Duszpasterzem był wtedy ojciec Joachim Badeni, a pomagał mu młody ojciec Bogumił Jasiński. Dynamiczny Tomasz Pawłowski szalał od niedawna w „Beczce” w Krakowie.

W niedzielę podczas mszy konwenckiej śpiewał chór Stuligrosza, co czyniło z tej mszy świętej prawdziwy koncert, który jedni chwalili, a inni krytykowali.

Jako ktoś pochodzący z małego miasteczka, w którym wszystko było takie bliskie i znajome, zostałem olśniony rozmachem i ogromem Poznania. W Prudniku wydawało się, że sacrum się kurczy, że wierzą tylko ludzie starzy i niewykształceni, że przyszłość należeć będzie do ludzi niewierzących. Toteż ze strachem patrzyłem na moją matkę klękającą do wieczornego pacierza i zastanawiałem się, czy już jest taka stara, czy niezbyt mądra. Byle magister chodzący na mszę wielką robił łaskę Panu Bogu, że odważył się pokazać w kościele. Natomiast w Poznaniu w naszym kościele akademickim bywało wielu profesorów. Przychodzili do klasztoru, przyjaźnili się z poszczególnymi ojcami, spotykali się na rozmaitych dyskusjach, dniach skupienia, rekolekcjach. Moja przestrzeń otwarła się i powiększyła. Horyzont przesunął się daleko. Inaczej zacząłem oddychać. Świat nauki nie zagrażał już Panu Bogu.

Pierwsze dni zajęły nauka chodzenia w habicie i lekcje sprzątania. Długa szata plącze się między nogami i przeszkadza. Kiedy to opanowałem, przestraszyłem się brewiarza po łacinie. Łaciny nie miałem w szkole. Spanikowany zadzwoniłem do Krakowa, do wuja łacinnika, że nic nie rozumiem i co to będzie. Wuj, stary uniwersytecki profesor łaciny, jak mógł, tak uspokajał, i powiedział mniej więcej tak: – Najpierw staraj się dobrze wymawiać i poprawnie czytać i to będzie pierwszy stopień, i dorzucił po łacinie ad verbum, następnie staraj się zrozumieć poszczególne słowa, które będą się powtarzać, i z każdym dniem coraz więcej będziesz rozumiał całych zdań, i to będzie ad sensum, wreszcie będziesz dużo rozumiał, może nawet wszystko, ale to i tak nie będzie najważniejsze, bo trzeba wniknąć w sens i coraz głębiej się zanurzać, aby zrozumieć zamysł autora, a potem zamysł Pana Boga, i to będzie ad mentem. Uspokoiłem się. Miałem już program. Jego realizacja została rozłożona na lata.

W nowicjacie dni mijały szybko. Wczesne wstawanie, rozmyślanie, godzina czytań, jutrznia, śniadanie, lektura Pisma Świętego i uczenie się jednego listu świętego Pawła na pamięć, żywoty świętych, czytanie duchowne, wykłady z konstytucji zakonu, życia duchowego, przygotowanie liturgiczne… Potem praca przy sprzątaniu klasztoru, przy wiecznie trwającej budowie, wreszcie w kuchni. Mycie naczyń, nakrywanie do stołu, usługiwanie, czytanie podczas posiłków, kiedy to ojciec Kalikst lub Angelik poprawiali źle przeczytany wyraz. Nastanie adwentu oznajmiał zapach pieczonych pierników wydobywający się z kuchni. Mistrzyni kuchni miała doskonale ustawiony zegar kulinarny wedle kalendarza liturgicznego. Rorat wtedy w Poznaniu nie było. Jako ludowizna w kościele akademickim nie pasowały. Zainaugurowałem je dopiero z młodzieżą wiele lat później.

Pierwsze Boże Narodzenie, pierwsze święta poza domem upłynęły szybko. Smutek rozstania z rodziną przytłumiło przedświąteczne sprzątanie. Dni stawały się coraz dłuższe. Jednostajność naszego życia uatrakcyjniały całodzienne lub trwające pół dnia przechadzki, tzw. deambulatio. Wielki Post i Triduum Paschalne było przesileniem. Dokładnie zaś dzień świętego Józefa, o którym mówiono, że kto dotrwa do świętego Józefa, raczej w zakonie zostanie. Potem było już z górki. Najbardziej lubiłem pracę w bibliotece, ponieważ mogłem brać do ręki książki i wertować. Na tę moją pracę denerwował się ojciec Roman, że jestem taki powolny i nie odkurzam ani nie przestawiam książek z zaprogramowaną przez niego szybkością. Nowicjat wspominam z rozrzewnieniem. Mało było czasu do własnej dyspozycji, ale można było czytać i nauczyć się samodzielności. Przyjrzeć się zakonowi i z grubsza poznać, co to znaczy być dominikaninem.

Rok nowicjatu minął niezwykle szybko i z dużym entuzjazmem. 12 września 1967 roku, we wspomnienie Imienia Maryi, w samo południe złożyliśmy nasze pierwsze śluby zakonne i jeszcze tego samego dnia nocą wyjechaliśmy z plecakami w góry na pierwsze w zakonie wakacje.

Mój dom
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...