Mój eksperyment z metodą Silvy

Mój eksperyment z metodą Silvy

Nagle zdałem sobie sprawę z antychrześcijańskiego charakteru metody. Bardzo powoli zaczął przebijać się do mojej świadomości fakt, że stosowane niegdyś przeze mnie techniki mają charakter okultystyczny.

Na początku 1995 roku podjąłem współpracę z firmą proponującą uczniom szkół podstawowych i średnich kursy, które miały pomóc im w zwiększeniu tempa oraz efektywności uczenia się. Ćwiczyliśmy zdolności poznawcze — koncentrację uwagi, pamięć, myślenie logiczne i kreatywność. Zaszczepiałem młodym ludziom swą wiarę w potęgę umysłu.

W pewnym momencie kierownictwo firmy wpadło na pomysł, by — w celach reklamowych — absolwenci naszych kursów dokonali jakiegoś spektakularnego wyczynu, np. ustanowili rekord Guinnessa w dziedzinie zapamiętywania. Idea ta spodobała mi się i zdecydowałem się na prowadzenie zajęć według eksperymentalnego programu, który miał przygotować kilka wybranych osób do zapamiętania i odtworzenia ciągu 1000 losowo wybranych elementów (cyfry, litery). W pewnym momencie podjąłem decyzję, by razem z uczestnikami eksperymentu wziąć udział w kursie metody Silvy, gdyż jednym z jego elementów jest ćwiczenie technik zapamiętywania, zbliżonych do tych, którymi się posługiwaliśmy. Pomyślałem, że taka konfrontacja na pewno nie zaszkodzi, a może wniesie coś nowego do naszej pracy i w jakiś sposób pomoże.

Pierwszy raz o metodzie Silvy usłyszałem parę miesięcy wcześniej od mojej znajomej. W jej relacji ciągle pojawiał się termin „alfa”, określający taki stan umysłu, w którym pełniej wykorzystuje on swoje nadzwyczajne możliwości. Potraktowałem to świadectwo dość sceptycznie. Uważałem, że eksperymenty z innymi poziomami (stan alfa wydał mi się rodzajem hipnozy czy medytacji) powinny być zarezerwowane dla specjalistów, ponieważ nie wiadomo, czy są bezpieczne.

Któregoś dnia wpadła mi w ręce książka Samokontrola umysłu metodą Silvy (autorzy: Jose Silva, Philip Miele), którą studiował jeden z moich przyjaciół. Gdy ją przeglądałem, zaintrygował mnie następujący fragment:

Tim Masters, student a jednocześnie taksówkarz z Fort Lee w stanie New Jersey, postanowił medytować [tzn. stosować jedną z technik propagowanych na kursie, tzw. ekran wyobraźni — przyp. P. S.] w czasie oczekiwania na klientów. Gdy interes szedł słabo, Tim zaczął wyobrażać sobie na swoim ekranie obładowanego walizkami klienta, który chce jechać na lotnisko Kennedy’ego w Nowym Jorku. Oto jak opisał potem swoje doświadczenia:

„Na początku, kilka razy, kiedy próbowałem, nic się nie działo. A potem nagle stało się — podszedł facet z walizkami i kazał się wieźć na lotnisko. Następnym razem wyświetliłem sobie tego gościa na moim ekranie. Wczułem się w sytuację, gdy sprawy rozwijają się tak, jak trzeba, i zjawił się następny klient na lotnisko. To rzeczywiście działa! To tak jak gdybym wygrał stolik, który się sam nakrywa”.

Łaknąłem sukcesu, a powyższy tekst zapowiadał spełnienie się marzeń. Przeczytałem więc całą książkę, by dowiedzieć się czegoś więcej o metodzie Silvy. Lektura ta rozwiała mój niepokój co do ewentualnego negatywnego wpływu na psychikę technik propagowanych przez Jose Silvę, wydawało się, że wszystko jest bezpieczne i pozostaje pod kontrolą, tzn. — zgodnie z tytułem książki — samokontrolą umysłu. Pomyślałem, że uczestnictwo w kursie tej metody pozwoli mi upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu — z jednej strony zwiększy efektywność pracy z kandydatami do ustanawiania rekordu Guinnessa, z drugiej zaś pomoże mi w networkowych działaniach biznesowych. Moje ewentualne wątpliwości zagłuszyłem następującym sloganem amwayowców: „Jeśli coś działa, to należy z tego korzystać i nie zastanawiać się, dlaczego i jak to działa; ważne jest to, że działa”. Najbliższy kurs metody Silvy miał się odbyć w Polkowicach, w dniach 7–10 marca 1996 roku. Pojechałem tam z Wrocławia wraz z trójką moich kursantów.

Na kursie

Nie pamiętam nazwiska kobiety prowadzącej zajęcia. Była osobą wyraźnie zafascynowaną parapsychologią. Poszczególne ćwiczenia przeplatała przydługimi dygresjami, w których co chwila pojawiały się terminy: psychotronika, radiestezja, bioenergoterapia. Opowiadała o swoich wcześniejszych doświadczeniach z metodami samokontroli umysłu, wywodzącymi się z polinezyjskiego systemu wierzeń — huny. Metoda Silvy stanowiła dla niej najpełniejszą syntezę technik pozwalających wykorzystać potencjał naszego mózgu.

W pewnym momencie instruktorka wspomniała o tym, iż tego typu techniki mają swoje źródło między innymi w doświadczeniach białej magii. Nieco zaniepokoiło mnie to stwierdzenie, ale szybko wytłumaczyłem sobie, że biała magia jest niegroźna, służy wszak dobrym celom, w przeciwieństwie do czarnej magii, której rytuały odwołują się do mocy demonicznych i mają za zadanie szkodzenie innym.

Innym razem osoba prowadząca zajęcia stwierdziła, że osoby religijne często mają opory przed uczestnictwem w kursie metody Silvy i obawy związane z praktykowaniem technik samokontroli umysłu. Jednak, aby z góry rozwiać tego typu niepokoje, powoływała się na fakt, iż — zwłaszcza w USA i Ameryce Południowej — wielu duchownych, także katolickich, propaguje metodę Silvy. Stwierdziła, że większość polskich trenerów tej metody to ludzie wierzący i praktykujący. Powoływała się także na pozytywną opinię Jana Pawła II na ten temat, wyrażoną jakoby przez niego podczas jakiejś prywatnej audiencji.

Gdyby wtedy, w marcu 1996 roku, ktoś zadał mi pytanie, czy jestem osobą wierzącą, bez wahania odparłbym, że tak. Czy pobożną? No cóż… Ciągle gdzieś kołatały się we mnie słowa mojego niegdysiejszego katechety, księdza Józefa Jańca, który wielokrotnie powtarzał podczas religii, że na stwierdzenie swego rozmówcy: „jestem wierzący, ale niepraktykujący”, zawsze odpowiada: „a ja żyjący, ale niejedzący”. Miałem poczucie, iż z moim praktykowaniem nie jest najlepiej, lecz przecież parę razy w roku (oczywiście w okolicach Wielkanocy i Bożego Narodzenia) przystępowałem do spowiedzi i komunii, na Mszy też czasem bywałem. A że nie w każdą niedzielę…? Nikt nie jest doskonały. Msze zresztą często mnie drażniły, nie potrafiłem przebić się przez rytuał i wolałem wchodzić do kościoła, gdy nikogo w nim nie było, by wtedy — jak stwierdzałem — spokojnie się pomodlić, tzn. odklepać kilka wyuczonych w dzieciństwie pacierzy, ewentualnie ponarzekać lub o coś Boga poprosić. Modliłem się ustami i głową, nigdy sercem.

Przyjeżdżając na kurs metody Silvy, w ogóle nie zastanawiałem się, jak tego typu zajęcia mają się do wiary chrześcijańskiej, nie miałem najmniejszej świadomości jakiegokolwiek dysonansu. Paradoksem jest, że dopiero uwagi osoby prowadzącej zajęcia dotyczące tej kwestii — w założeniu mające uspokajać katolików — zasiały we mnie ziarenko niepokoju. Szybko jednak zagłuszyłem moje wątpliwości — stwierdzenie o pozytywnej opinii Papieża wystarczyło mi i postanowiłem nie przejmować się tym, iż jest ono absolutnie nieweryfikowalne. Co może być złego w ludzkiej chęci samodoskonalenia się? — pomyślałem.

Kluczowym pojęciem metody jest poziom alfa — oznacza on stan głębokiego rozluźnienia, charakteryzującego się zwolnieniem częstotliwości impulsów mózgowych do poziomu pomiędzy 7 a 14 cykli na sekundę. Stan normalny to poziom beta, gdzie aktywność elektryczna mózgu (mierzona za pomocą aparatury EEG) wynosi od 14 do 21 impulsów na sekundę. Kurs rozpoczyna się nauką szybkiego osiągania stanu alfa, co jest punktem wyjścia do trenowania technik doskonalenia umysłu, który jakoby w tym stanie lepiej wykorzystuje swój potencjał. Dzieje się tak, ponieważ — używając metafory, którą posłużyła się trenerka — mózg działa jak dyskietka, z którą może wnikać do komputera o dużym zasobie pamięci i w sposób nieograniczony z tych zasobów korzystać. Stan alfa umożliwia ten proces, a owym „komputerem” jest bliżej nieokreślona Wyższa Inteligencja (to określenie pochodzi od Jose Silvy). I znów pada z ust osoby prowadzącej zajęcia zdanie mające uśpić czujność chrześcijan: „Jeśli jesteś wierzący, to nazwij tę Wyższą Inteligencję — Bogiem”.

Propagowane na kursie techniki mają podnieść jakość życia: poprawić pamięć, pomóc w szybszej nauce oraz w rozwiązywaniu różnego rodzaju problemów, takich jak trudności w podejmowaniu trafnych decyzji czy przezwyciężanie nałogów. Dużo miejsca poświęca się samouzdrawianiu i uzdrawianiu innych za pomocą odpowiednich wizualizacji w stanie alfa, a także projektowaniu pozytywnej przyszłości. Nie będę tu opisywał szczegółowo przebiegu zajęć, chcę skupić się na jednym wydarzeniu, które w kluczowy sposób rzutuje na moją negatywną ocenę metody Silvy.

W pewnym momencie kursu, na dość zaawansowanym etapie ćwiczeń, tworzy się w poziomie alfa specjalne, wyobrażone laboratorium, będące w założeniu pracownią samodoskonalenia, miejscem służącym przede wszystkim do intuicyjnego rozwiązywania problemów. Od tego momentu większość wizualizacji odbywa się właśnie w tym wykreowanym przez wyobraźnię pomieszczeniu, do którego zaprasza się dodatkowo tzw. doradców — realne lub wymyślone postacie, które są autorytetami dla poszczególnych uczestników zajęć. Według teorii Jose Silvy — co możemy wyczytać w podręczniku do użytku wewnętrznego adeptów kursu Metoda Silvy — kurs podstawowy (opracowanie: Andrzej Wójcikiewicz) — doradcy reprezentują nie tylko naszą własną inteligencję, ale również stanowią połączenie pomiędzy naszym fizycznym wymiarem i wszystkimi innymi istniejącymi wymiarami. Mają oni absolutną wiedzę w każdej dziedzinie i są do dyspozycji w każdym momencie. Stanowią symboliczne uosobienie naszego kontaktu z nieskończoną mądrością, za ich pośrednictwem mogą się porozumiewać nasza podświadomość i świadomość.

Osobowość każdego człowieka ma w sobie aspekty męskie i żeńskie, dlatego w czasie ćwiczenia stwarzamy doradcę–mężczyznę i doradcę–kobietę. Prowadząca zajęcia uprzedziła nas, że często jako doradcy pojawiają się osoby inne od oczekiwanych i nie należy dziwić się temu, co rzeczywiście ujrzymy w laboratorium. Jako najbardziej drastyczny przykład podała swego dawnego kursanta, któremu jako doradca ukazała się Śmierć. Trenerka nie wdawała się w wyjaśnienia, dlaczego tak się czasami dzieje, nikt z nas nie był w tym momencie szczególnie dociekliwy. Mnie zajęcia ekscytowały na tyle, że nie szukałem żadnych uzasadnień dla poszczególnych technik — chciałem jedynie, by były skuteczne. Nic więcej mnie nie interesowało.

Na doradców wybrałem sobie Zbyszka i Zosię Reków — liderów networkowej organizacji biznesu Amway, do której należałem. Zszedłem w wyobraźni do swego laboratorium i z niecierpliwością oczekiwałem ich przybycia. Mieli tu zjechać windą — kiedy rozsunęły się jej drzwi, ze zdziwieniem stwierdziłem, iż wychodzi zza nich zakapturzony kościotrup w ciemnym habicie z kosą na ramieniu. Jednym słowem… Śmierć.

Z tego, co pamiętam — nie wystraszyło mnie to, a raczej zaniepokoiło, że tak łatwo dałem sobie zasugerować nieoczekiwane przybycie zupełnie innego doradcy niż zaplanowany. Byłem absolutnie przekonany, iż to wcześniejsza opowieść trenerki o doradcy–Śmierci sprowokowała jej pojawienie się w moim laboratorium, zwłaszcza że podczas następnej sesji przybyli oczekiwani przeze mnie Rekowie i do końca kursu nie miałem już więcej nieprzyjemnych niespodzianek.

Po kursie

Z Polkowic wyjeżdżałem w stanie euforii, że oto otrzymałem narzędzia, które pozwolą mi osiągnąć upragniony sukces i to — tak jak zaplanowałem — w kilku dziedzinach naraz. Do treningu kandydatów na rekordzistów Guinnessa w zapamiętywaniu wprowadziłem elementy silvowskie — odtąd ćwiczyliśmy mnemotechniki w stanie alfa, często na poziomie laboratorium. W życiu prywatnym i w biznesie Amway korzystałem przede wszystkim z technik pozytywnego programowania swojej podświadomości na osiągnięcie sukcesu oraz z metod rozwiązywania problemów przy pomocy swoich doradców.

Już w dniu powrotu z Polkowic do domu wypróbowałem technikę ekranu wyobraźni, służącą do kreowania rzeczywistości w momencie, gdy wiemy, jaki stan rzeczy byłby dla nas najbardziej pożądany. Moja córeczka, wówczas niespełna dwuletnia, przechodziła właśnie etap niechęci do wieczornego kładzenia się spać i gdy tylko położyliśmy ją do łóżka, rozpoczynała różnego rodzaju ekscesy, trwające nieraz kilka godzin. Tamtego dnia było jednak inaczej. Po włożeniu Zuzi do łóżeczka usiadłem obok, wprowadziłem się w stan alfa i zacząłem wyobrażać ją sobie śpiącą. Powtarzałem także w myślach: „Zuzia śpi”, wizualizując jednocześnie ten napis. Kiedy po kilkunastu minutach otworzyłem oczy, okazało się, iż Zuzia faktycznie zasnęła. Było to dla mnie niesamowite, gdyż nie pamiętałem wówczas, kiedy po raz ostatni obyło się bez różnych dziecięcych wybiegów. Zatem ekran wyobraźni działa! Pomyślałem, że teraz potrzeba tylko konsekwencji w praktykowaniu technik poznanych na kursie, a wszelkie problemy znikną z mojego życia raz na zawsze.

Po pewnym czasie usypianie Zuzi tą metodą przestało skutkować. Regres przypisywałem swojemu brakowi systematyczności w ćwiczeniu metody Silvy. Jest to dość typowa pułapka myślowa — szukasz winy w sobie, bo przecież jeśli jakaś technika działała, to znaczy, że ona jest w porządku, to tylko ty coś robisz źle. Chciałem zmienić ten stan rzeczy, dlatego pomyślałem o uczestnictwie w zajęciach drugiego stopnia. Zrezygnowałem ze względu na spore koszty. Można co prawda za darmo powtórzyć kurs podstawowy, ale trwa on trzy dni, a na to nie miałem czasu. Postanowiłem przestać się dołować i korzystać z poszczególnych technik najczęściej, jak się da, co zaczęło prowadzić do swoistego psychicznego uzależnienia — każdą najprostszą decyzję starałem się podejmować w stanie alfa, najlepiej na poziomie laboratorium, po wysłuchaniu opinii doradców.

Któregoś razu zamiast Reków znowu pojawiła się w moim laboratorium Śmierć. Tym razem było to zdecydowanie negatywne doświadczenie. Czułem ogarniający mnie lęk, chciałem jak najszybciej wyjść ze stanu alfa i… nie mogłem. Śmierć podeszła do mnie i kosą usiłowała ściąć mi głowę. Ostrze kilkakrotnie przechodziło bezboleśnie przez moją szyję, nie czyniąc mi żadnej szkody. Chciałem, żeby ten koszmar się skończył. Czułem przenikające mnie fizycznie dreszcze, odczuwałem coraz większy strach i… nie mogłem wyjść ze stanu alfa. Coś, czego nie potrafiłem określić ani nazwać, trzymało mnie w laboratorium. Nie mam pojęcia, ile trwała ta sesja, być może tylko kilka minut, ale dla mnie była to niemal wieczność. Kiedy wreszcie udało mi się wrócić do rzeczywistości, nie wiedziałem, co o tym myśleć. Okazało się, że nie wszystko jest pod kontrolą. Przypomniałem sobie swoje wcześniejsze obiekcje dotyczące eksperymentów z podświadomością i pomyślałem, że może jednak ostrożność miała sens. Postanowiłem zaprzestać wizyt w laboratorium, gdyż nie chciałem narazić się na powtórne przeżycie koszmaru.

Nie zrezygnowałem jednakże z praktykowania innych technik Silvy. Na początku 1997 roku posłałem nawet na kurs mojego syna — znowu, podobnie jak przy okazji mego uczestnictwa, na zasadzie: nie zaszkodzi, a może pomóc. Chodziło mi o zniwelowanie jego kłopotów z koncentracją uwagi oraz o podniesienie ogólnej samooceny. Nie wydawało mi się, by kurs dla dzieci, będący zawężoną wersją zajęć dla dorosłych, mógł stanowić dla Krzysia jakiekolwiek zagrożenie. Innego zdania była natomiast moja znajoma, z którą podzieliłem się informacją o zapisaniu syna na kurs. Stwierdziła: „Zastanów się, nigdy nie wiadomo, co może się dziecku zakodować w podświadomości; to nie jest do końca bezpieczne”. Z właściwą sobie przekorą zbagatelizowałem jej obawy, mówiąc, że kiedyś myślałem tak samo, ale byłem na kursie i wiem, iż nie ma się czego obawiać. Pouczyłem ją także, by nie wygłaszała opinii na temat czegoś, o czym nie ma pojęcia. Wykazałem się w tym momencie typowym brakiem pokory — za nic nie przyznałbym się komukolwiek do błędu. Pozostałem głuchy na to ostrzeżenie, pomimo kilku własnych negatywnych doświadczeń. Pycha zwyciężyła.

Sam zacząłem pracować nad zapamiętywaniem snów, gdyż — według autora metody — mogą one zawierać informacje potrzebne do rozwiązania konkretnego problemu, wizualizowanego przed zaśnięciem. Wynika to z teorii, że podczas snu nasz mózg ma jakoby dostęp do zasobów Wyższej Inteligencji. Do tego poglądu przekonało mnie następujące zdarzenie: wcześniej, zaraz po powrocie z Polkowic, przyśnił mi się Andrzej Wójcikiewicz — główny propagator metody Silvy w Polsce. Z kontekstu snu wynikało, iż jest to on, mimo że nigdy wcześniej go nie widziałem i nie wiedziałem, jak wygląda. Parę dni później zobaczyłem jego zdjęcie — w rzeczywistości wyglądał dokładnie tak, jak mi się przyśnił.

W czasie, gdy uczyłem się kontroli snów, definitywne odrzuciłem praktykowanie metody. Powodem nie były wątpliwości natury duchowej, wynikające z mojej wiary, lecz wątpliwości natury etycznej.

Otóż pewnego razu postanowiłem, oczywiście w stanie alfa, wyobrazić sobie, jak będą wyglądały moje czterdzieste urodziny. Miałem wtedy 32 lata i bardzo niepoukładane życie, zarówno w sferze zawodowej, jak i osobistej — stosunki rodzinne nie układały się najlepiej. Moja żona, Małgorzata, nigdy nie zaakceptowała mojego zaangażowania się w biznes Amway, co było początkiem wielu nieporozumień i konfliktów. Poza tym popołudniami i wieczorami prowadziłem treningi pamięci, wychodziłem więc z domu w momencie, gdy ona do niego wracała z pracy. Żyliśmy praktycznie obok siebie, a nie ze sobą, i były takie momenty, w których oboje mieliśmy wrażenie, że łączą nas jedynie dzieci: 8–letni Krzyś i 2–letnia Zuzia. Przeczuwałem, że taki stan może trwać jeszcze bardzo długo, gdyż nie widziałem żadnego wyjścia z tej kryzysowej sytuacji.

Wtedy przypomniały mi się słowa trenerki metody Silvy, że w stanie alfa możemy zobaczyć swoją przyszłość — była to dygresja przy okazji rozważań teoretycznych na temat łączenia się naszego mózgu z zasobami Wyższej Inteligencji. Osoba prowadząca kurs autorytatywnie stwierdziła wtedy, że wizualizowanie tego, co ma się wydarzyć, jest jak najbardziej możliwe i — co istotne — ponieważ Wyższa Inteligencja jest nieomylna, wyobrażenie to rzeczywiście się sprawdzi. Postanowiłem spróbować, by dowiedzieć się, jak będzie wyglądało moje życie rodzinne za osiem lat.

Wprowadziłem się w stan alfa i zacząłem wyobrażać sobie swój powrót z pracy do domu w dniu moich czterdziestych urodzin. Przywitały mnie dzieciaki, odpowiednio oczywiście starsze — wyrośnięte i doroślejsze w zachowaniu. Stół był nakryty na cztery osoby, na środku stał tort ze świeczkami. Atmosfera była bardzo sympatyczna, w domu wyczuwało się spokój i harmonię. Zastanawiałem się tylko, gdzie jest Małgosia. Nagle otworzyły się drzwi do drugiego pokoju i wyszła z niego moja żona. Tak, w tej wizji to na pewno była moja żona, tyle tylko… że nie była to Małgosia, lecz zupełnie inna kobieta, znana mi, realnie istniejąca.

Wyszedłem z alfa i powiedziałem sobie — koniec z tymi praktykami, to jest chore! Mój ówczesny tok myślenia przebiegał następująco: jeżeli ta wizja jest prawdziwa, a w świetle teorii Silvy — jest, to za parę lat nastąpią dwa rozwody i czworo dzieci zmieni rodziców (kobieta z mojej wizualizacji jest mężatką i ma dwóch synów), a moje ewentualne szczęście zbudowane zostanie na krzywdzie innych ludzi. To jest chore!!! Nie wolno mi w to uwierzyć!!!

Chyba po raz pierwszy pojawiła się wtedy u mnie myśl, że tzw. Wyższa Inteligencja, czymkolwiek jest, nie może być utożsamiana z Bogiem, wszak człowiek nie może rozłączać tego, co Bóg złączył, taka wizja nie mogła pochodzić od Boga. Pomimo kryzysu w małżeństwie nigdy nie brałem pod uwagę możliwości rozwodu, czując intuicyjnie, że jest to droga donikąd, krok nierozwiązujący żadnych problemów, a jedynie przysparzający dodatkowych cierpień. Nie mogłem zaakceptować wizji przyszłości, która burzyłaby moje małżeństwo. To dopełniło miary: skończyłem z praktykowaniem metody Silvy, zostawiłem to doświadczenie za sobą jako — jak sądziłem — zamknięty rozdział mojego życia. Bardzo się myliłem.

Świadectwa

W tym czasie zakończyliśmy przygotowania do ustanowienia rekordu Guinnessa w zapamiętywaniu. Trudno mi — nawet z dzisiejszej perspektywy — ocenić, na ile metody silvowskie pomogły w ostatecznym sukcesie. Pracowałem z trójką młodych ludzi. Jedna z osób nie przystąpiła do ostatecznej próby, motywując swą rezygnację rozmową z laboratoryjnym doradcą, który stwierdził, że swoje już zrobiła i w dniu ustanawiania rekordu powinna być zupełnie gdzie indziej. Zaskoczyła mnie ta decyzja, lecz uszanowałem ją — mieliśmy umowę, iż każdy z uczestników eksperymentu może się z niego w każdej chwili wycofać.

Dwie pozostałe osoby, mimo iż trenowały dokładnie tak samo, osiągnęły skrajnie różne wyniki. Z tysiąca elementów Ala zapamiętała kilkaset, ustanawiając rekord, Paweł zaś zaledwie parędziesiąt. Potwierdza to w jakiś sposób przeczucie, że nie ma cudownych i niezawodnych technik. Metoda Silvy na pewno nie stanowi — jak mi się wcześniej wydawało — stuprocentowej recepty na sukces w jakiejkolwiek dziedzinie.

Parę miesięcy później, kiedy dałem już sobie spokój z metodą Silvy, ktoś podsunął mi książkę Randalla N. Baera W matni New Age (Kraków 1996), w której autor, niegdyś uznany ekspert w dziedzinie mocy kryształu, jeden z liderów światowego ruchu New Age, opisuje swe doświadczenia, które doprowadziły go do otwartej walki z filozofią, wyznawaną przez niego bezkrytycznie przez około piętnaście lat.

Ze zdziwieniem przeczytałem, iż swe uczestnictwo w kursie metody Silvy Baer podsumował jako etap coraz głębszego angażowania się w praktyki okultystyczne:

Wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, że panowanie nad umysłem według Silvy opiera się na filozofii okultyzmu. Okultyzm pojawił się w nowym zeświecczonym opakowaniu na modłę zachodnią, tak żeby mógł być zaakceptowany, a nawet przyjęty przez społeczeństwo mieszczańskie Ameryki. Wewnętrzni doradcy to rodzaj zapomnianej już praktyki opisywanej w Biblii „pozyskania znanych duchów”, czyli zaproszenia demonów przebranych za przyjazne duchy do własnego życia.

W prawdziwe osłupienie wprawił mnie jednakże opis doświadczenia, które stało się udziałem autora podczas jednego z seansów medytacyjnych:

Pewnej nocy, gdy siedziałem w mojej Komorze Wniebowstąpienia, duch mój wędrował po najdalszych rejonach „niebieskiego światła”, jakie kiedykolwiek widziałem. Tej nocy przeżyłem coś, co raz na zawsze zmieniło moje życie.

Otóż poczułem, że zniewalająca światłość zawładnęła mną zupełnie. To było tak, jakbym patrzył wprost na Słońce. Fale nieziemskiego szczęścia przepływały przeze mnie. Stałem się więźniem tej mocy.

Nagle poczułem obecność innej siły. Zupełna konsternacja. W mgnieniu oka odczułem, że czyjaś nadprzyrodzona dłoń porwała mnie za kulisy tego doświadczenia, które aktualnie przeżywałem. Zostałem siłą przeniesiony za zewnętrzną zasłonę tego olśniewającego światła i tam ujrzałem coś, co praktycznie przyprawiało mnie o drżenie przez cały następny tydzień.

To, co zobaczyłem, było obliczem pożerającej ciemności! Za błyszczącą zewnętrzną fasadą piękna znajdowała się miażdżąca, ociekająca pianą paszcza absolutnej nienawiści i niewypowiedzianej obrzydliwości. To było oblicze demonów działających z mocy szatana.

Przez chwilę, która wydawała się wiecznością, zdałem sobie sprawę, że oto znalazłem się w poważnym niebezpieczeństwie, w miarę jak ta pożerająca siła coraz bardziej się przybliżała. Ogarnęło mnie paraliżujące przerażenie, czułem się bezsilny wobec tego, co zdawało się moim nieuchronnym przeznaczeniem. Strach przeniknął mnie jak pochłaniający ogień.

Nagle w jakiś cudowny sposób ta sama nadprzyrodzona dłoń ocaliła mnie z paszczy pożerającej ciemności. Kiedy w kilka godzin później budziłem się w Komorze Wniebowstąpienia, czułem, jakbym budził się ze spokojnego nocnego wypoczynku, choć z przerażenia, którego w nocy doświadczyłem, cały dygotałem. Umysł pędził bez ładu w różnych kierunkach z szybkością bliską chyba prędkości światła. Nie mogłem zapanować nad ciałem wstrząsanym konwulsjami. Zmora nocna męczyła mnie w ten sposób przez cały tydzień. Myślałem, że już kompletnie wariuję. Po miesiącu jednak ta sytuacja ustabilizowała się, a ja znalazłem się w czymś, co przypominało stan normalny.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to JEZUS i Jego łaska interweniowała w moim życiu. Wiedziałem tylko, że jakaś siła większa od pożerającej ciemności uczyniła dwie rzeczy: 1) pokazała mi prawdziwe oblicze rzeczywistości „niebios” oraz „aniołów” New Age, w której to rzeczywistości tkwiłem tak mocno, 2) siła ta ocaliła mnie od pewnej zguby.

Przytoczony fragment, jakkolwiek niedotyczący bezpośrednio metody Silvy, przywołał w mej pamięci spotkanie ze Śmiercią w wyimaginowanym laboratorium. Skojarzenie było natychmiastowe! To było doświadczenie podobnej natury, choć oczywiście w zupełnie innej skali. W tym momencie zaczęło docierać do mnie, że tego, z czym — niewinnie, jak mi się wydawało — eksperymentowałem, nie da się ogarnąć rozumem, że stwierdzenie „samokontrola umysłu” w odniesieniu do silvowskiej metody jest wielce bałamutne, gdyż wkracza się w niej w sfery duchowe. Przypomniały mi się, budzące wówczas mój niepokój, sformułowania z kursu: huna oraz biała magia, i nagle zdałem sobie sprawę z ich antychrześcijańskiego charakteru. Bardzo powoli zaczął przebijać się do mojej świadomości fakt, że stosowane niegdyś przeze mnie techniki mają charakter okultystyczny.

Książka W matni New Age pojawiła się w moim życiu w momencie, gdy po wielomiesięcznym odejściu pojednałem się z Bogiem w sakramencie spowiedzi i komunii św., co miało miejsce przy okazji Pierwszej Komunii św. mojego syna. Dziś jestem przekonany, że nie był to przypadek. Pomimo iż moja religijność była nadal dość konwencjonalna i niezbyt żarliwa, Pan Bóg upomniał się o mnie i zaczął powoli otwierać mi oczy. Podczas kolejnej spowiedzi, gdy wyznałem kapłanowi, że brałem udział w kursie Silvy i — co więcej — posłałem na niego także moje dziecko, łagodnie, ale stanowczo przypomniał mi pierwsze przykazanie: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”. Co prawda nie dotarło do mnie jeszcze wtedy, że oto — przypisując mu nieograniczone możliwości — ubóstwiłem swój umysł, ale po tej spowiedzi poczułem się znacznie lepiej niż zwykle.

W niedługi czas potem przeczytałem artykuł Doradcy z poziomu alfa, w którym autorka, Hanna Karaś, analizuje metodę Silvy m.in. z chrześcijańskiego punktu widzenia, wskazując na duchowe zagrożenia płynące z praktykowania propagowanych na kursie technik. Tekst ten stał się dla mnie kolejnym świadectwem mojej lekkomyślności oraz braku pokory i utwierdził w przekonaniu, że nie należy „siłą wyważać drzwi i kruszyć barier, które Bóg umieścił w ludzkim duchu, aby zapobiec opanowaniu go przez istoty demoniczne, które są realne i żywią zamiary zniszczenia”. Odetchnąłem z ulgą, że mam ten etap poza sobą i że tak łatwo przyszło mi jego zamknięcie. Nadal nie zdawałem sobie sprawy, iż to jeszcze nie koniec…

Nawrócenie

Minęły dwa lata. W tym czasie zdążyłem znowu odejść na wiele miesięcy od Pana Boga. Tak naprawdę to nigdy Go nie szukałem, do momentu, kiedy On znalazł mnie. Nie stało się to bynajmniej z dnia na dzień, tak jak wyobrażałem sobie wszelkie nawrócenia…

Po raz kolejny Bóg upomniał się o mnie na Mszy św. u ojców dominikanów. Stałem wraz z Małgosią wbity w tłum na wieczornej dwudziestce. Do kościoła zabłądziliśmy oboje po długiej absencji — pretekstem stały się rekolekcje ojca Ludwika Wiśniewskiego, duszpasterza wrocławskich studentów z lat 80. Zetknąłem się z nim wtedy i teraz, po latach jego nieobecności w naszym mieście, byłem bardzo ciekaw, co będzie nam miał do powiedzenia. Z rekolekcji zapamiętałem jedno zdanie: „To świat się chwieje — stwierdził z całą mocą o. Ludwik. — Krzyż stoi, jak stał”. Słowa te poruszyły me serce, co dopełniło poczucia niezwykłości, towarzyszącego mi od początku Mszy. Otóż kiedy kapłan pozdrowił wiernych słowami: „Pan z wami”, po raz pierwszy w życiu wyraźnie poczułem, że ze mną też. Otaczająca mnie kościelna rzeczywistość nagle zaczęła tętnić życiem, pierwszy raz uczestnictwo w Eucharystii było dla mnie autentyczną radością.

Potem przyszły spotkania w duszpasterstwie absolwentów oraz rodzinne rekolekcje w Janicach, zakończone zaproszeniem Jezusa do swojego życia i zawierzeniem Mu go. To wszystko było dla mnie nie–z–tego–świata, nigdy wcześniej nie myślałem, że można w ten sposób kształtować swoją relację z Bogiem. Przez cały ten czas nie pojednałem się jednakże z Nim do końca — coś powstrzymywało mnie przed spowiedzią i życiem w stanie łaski uświęcającej. Czekałem na jakiś impuls.

Stała się nim śmierć mojego dziadka. Jego odejście było nagłe i bardzo bolesne, ale zniosłem je stosunkowo spokojnie, dzięki prostej modlitwie: „Bądź wola Twoja”. Dotarło do mnie, że dla chrześcijanina te kilkadziesiąt lat tutaj, na ziemi, to zaledwie przedsionek do dalszego, pełniejszego bytowania. Uświadomiłem sobie, że śmierci nie należy się bać, gdyż jest nie końcem, a jedynie pewnym momentem przełomowym. Nagle zapragnąłem żyć po Bożemu, a nie po swojemu. Do tego zaś niezbędne są sakramenty. Zrozumiałem sens słów, wypowiadanych w imieniu Chrystusa podczas każdej Eucharystii: „Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy…” Nie — „Bierzcie i patrzcie”, nie — „Bierzcie i módlcie się”, nie — „Bierzcie i podziwiajcie”. To wszystko za mało. Przede wszystkim: BIERZCIE I JEDZCIE! Postanowiłem przystępować do komunii św. tak często, jak tylko będzie to możliwe.

Trafiłem na Seminarium Odnowy w Duchu Świętym. Podczas kolejnej sesji miało miejsce nabożeństwo przed Najświętszym Sakramentem w intencji uzdrowienia duchowego. Modliliśmy się o uzdrowienie naszych serc, pamięci, podświadomości, o charyzmaty wiary, nadziei i miłości, przypominaliśmy sobie nasze życie, zawierzając je po raz kolejny Panu Bogu z prośbą, by działał w nim poprzez Ducha Świętego. Wyszedłem z kościoła mocno poruszony, czułem, że stało się coś ważnego. Odczuwałem jednakże niepokój co do przyszłości. Nie potrafiłem pozbierać rozbieganych myśli ani spokojnie porozmawiać o moich odczuciach z Małgosią, która tego dnia była ze mną na seminarium. Po powrocie do domu długo nie mogłem zasnąć, a gdy to wreszcie nastąpiło, zbudził mnie płacz Zuzi. Półprzytomny wszedłem do pokoju córki i położyłem się z nią, aby uspokoiła ją moja obecność. I wtedy przeżyłem coś, co ostatecznie zmieniło moje życie.

Nagle, przed zaśnięciem, w półśnie (stan alfa?), zobaczyłem siebie oraz Małgosię, jak klęczymy w kościelnej ławce podczas zakończonego parę godzin wcześniej nabożeństwa seminaryjnego i usłyszałem wyraźny głos:

— Nic wam nie będzie, bo ja jestem w niej i wami się opiekuję.

— Kim jesteś? — zapytałem.

— ŚMIERĆ.

W tym momencie zobaczyłem ją, dokładnie w takiej postaci, jak w silvowskim laboratorium. To była ona, ta sama! Jednocześnie dopadło mnie niesamowite przerażenie — poczułem niemal fizyczną gęstość, otaczające mnie zewsząd złe duchy. Pod zamkniętymi powiekami widziałem ich upiornie wykrzywione pyski i bałem się otworzyć oczy, by ten koszmar nie okazał się rzeczywistością. Klęknąłem na łóżku Zuzi i zacząłem się modlić. Odmawiałem na palcach różaniec. Podczas Ojcze nasz trzykrotnie powtórzyłem: „Bądź wola Twoja”, co przyniosło lekkie uspokojenie. Dopiero w trakcie trzeciego lub czwartego Zdrowaś Mario odważyłem się otworzyć oczy. W pokoju oczywiście niczego fizycznie nie było, ale mój lęk ustępował bardzo powoli. Gdy skończyłem dziesiątkę różańca, poczułem, że muszę wszystkich pobłogosławić w Imię Boże znakiem Krzyża na czole. Gdy to uczyniłem, przyszło uspokojenie. Nie zasnąłem jednakże do rana, wracając ciągle myślami do tego niesamowitego zdarzenia. Pojawiła się refleksja, iż to w pokoju Zuzi najczęściej praktykowałem techniki silvowskie, nic więc dziwnego, że tam dopadły mnie demony. Kiedy jakiś czas później czytałem książkę Johanny Michaelsen Piękna strona zła, uderzyło mnie stwierdzenie autorki, będące wynikiem jej negatywnych doświadczeń z różnymi praktykami okultystycznymi (m.in. metodą Silvy, zwanej wtedy Mind Control), iż szatan niełatwo rezygnuje ze swojej ofiary. „Chociaż wie, że przegrał już pojedynek o duszę — pisze Michaelsen — będzie jednak atakował wściekle”. Wierzę, iż moje nocne doświadczenie było Bożą odpowiedzią na modlitwę o uleczenie podświadomości. Właśnie wtedy — za sprawą działania Ducha Świętego — walka o moją duszę została wygrana. Ostatecznie pojąłem, iż jest jeden Pan — On, Bóg prawdziwy, w Trójcy Jedyny. Zapragnąłem szczerze tego, co nie do końca dokonało się wcześniej na rekolekcjach w Janicach — zaprosić Go do kierowania moim życiem. Moja wiara stała się „wodą żywą” (J 4,14).

Mój eksperyment z metodą Silvy
Piotr Sakwerda

urodzony w 1964 r. – absolwent polonistyki we Wrocławiu, prowadzi szkolenia w zakresie technik sprzedaży, aktualnie pracuje w firmie telekomunikacyjnej.Żonaty, ma dwoje dzieci. Mieszka we Wrocławiu...