Monolog duszy

Monolog duszy

Zmaganie się z upływem czasu i tęsknota za wiecznym trwaniem to problem kluczowy dla zrozumienia twórczości Ivana Slavíka, który na otaczający go świat patrzy nieustannie sub specie aeternitatis. Czas dla niego nie jest przekleństwem, ale Bożym darem, ponieważ — jak pisze w jednym ze swoich wierszy — czas jest materią, „w której pracuje Opatrzność”.

Słuchałem głosu ptaków — tych różnych pohukiwań, gwizdów, świergotów, krakań, świstów. Piękna muzyka jest niewątpliwie poselstwem Ducha, posiada Jego pieczęć i potrafi przeniknąć nas do głębi. Ale nawet brzmienie najszlachetniejszych skrzypiec nie ma w sobie tej drapieżności, tej dzikości, tej oszałamiającej tęsknoty, jaka drży choćby w krzyku żołny.

Moja propozycja jest nieco ryzykowna. Chciałbym podzielić się refleksjami na temat dzieła, które mocno mnie poruszyło, a jednocześnie nie mogę polecić go polskiemu Czytelnikowi, ponieważ napisane zostało po czesku i — z różnych względów — nie ma chyba zbyt wielkich szans na ukazanie się w naszym kraju. Nie będzie to więc typowa recenzja, lecz raczej rodzaj streszczenia, krótka opowieść o książce, liczącej prawie 600 stron, i o jej autorze… Tytuł Hory roku (najlepszym polskim odpowiednikiem byłoby tu określenie: Kopa lat) sugeruje, że mamy do czynienia z bardzo modną dziś formą literacką — dziennikiem. Czy rzeczywiście?

Już na pierwszej stronie zauważamy próbę zakwestionowania tego terminu: „Nie jest to dziennik, jest to raczej rozmowa, ale z kim? Z sobą samym czy z Bogiem?”.

Autor książki, 80–letni Ivan Slavík, najwybitniejszy z żyjących dziś poetów czeskich, w latach 1946–1948 redaktor opiniotwórczego dwutygodnika „Vyąehrad”, tłumacz, eseista, odkrywca wielu niesłusznie zapoznanych zjawisk w literaturze swego narodu, ale także znawca i popularyzator kultur prekolumbijskich, przeżywa w ostatnim czasie prawdziwy twórczy boom. Jest to w znacznym stopniu wynik długoletniego milczenia pisarza. Był niechętnie widziany przez komunistycznych wydawców, dlatego do czasu Aksamitnej Rewolucji 1989 roku dość rzadko publikował swoje oryginalne teksty. Koncentrował się głównie na przekładach. Hopkins, Baudelaire, Mallarmé, Rimbaud, Verlaine, Péguy, Claudel, Eichendorff, Mörike, Novalis, Bunin, Juana Inés de la Cruz — to tylko niektóre nazwiska z imponującej listy tłumaczonych autorów.

Urodzony 23 stycznia 1920 roku w Pradze, w rodzinie o tradycjach proletariackich, dopiero w wieku 25 lat przyjmuje chrzest (ojcem chrzestnym poety był znany prozaik dwudziestolecia międzywojennego, Jan Cěp). W tym też czasie zawiązuje się przyjaźń Slavíka z innym wybitnym poetą czeskim o imieniu Ivan (nie pada wprawdzie jego nazwisko, ale możemy domyślać się, że chodzi o zmarłego w ubiegłym roku Ivana Diviąa).

Poznaliśmy się w «zielonych latach», które w naszym pokoleniu nastąpiły późno, dopiero po zakończeniu wojny. Miałem dwadzieścia pięć lat i właśnie przeżyłem nawrócenie. Po wakacjach 1948 roku, już żonaty, zacząłem pracować w gimnazjum w Domažlicach. Dostawałem od Ivana listy, w których opisywał swoje wizje. Było w nich coś z duchowości maryjnej. Zwierzał się też, że ma zamiar napisać dramat o tym, jak Chrystus przyszedł ponownie na świat i znowu został ukrzyżowany. Potem nagle bez uprzedzenia przysłał list, że znalazł swoje mocne oparcie w marksizmie, w sprawiedliwości tu na ziemi i dla ziemi, i że żal mu mojej chorej duszy. W latach sześćdziesiątych jego nazwisko zaczęło pojawiać się w czasopismach i na okładkach książek.

(…) Postanowiłem napisać do niego, do „Mladej Fronty”, gdzie wówczas pracował. I oto następnego dnia przyszedł (zupełnie niezależnie) list od niego, który minął się z moim, z informacją, że się nawrócił i przyjął chrzest. Znowu zaczęliśmy się intensywnie spotykać, w niektórych sprawach różniąc się od siebie, w innych będąc sobie bardzo bliscy.

Jak widać, Slavík nie przeżywał typowej dla wielu intelektualistów fascynacji marksistowską utopią. Udało mu się też, głównie ze względu na młody wiek i brak literackiego dorobku w okresie przedwojennym, uniknąć tragicznego losu czeskich pisarzy katolickich, skazywanych przez reżim na wieloletnie więzienie. Od momentu konwersji jego życie upływa nieprzerwanie pod znakiem wierności Bogu i Kościołowi, a dodatkowe tego świadectwo stanowi twórczość literacka, m.in. wspaniały cykl wierszy o czeskich świętych pt. Lux sanctorum czy znakomita biografia świętego Jana Nepomucena. Jednak w żadnej z dotychczasowych książek Slavíka chrześcijański sposób rozumienia i odczuwania świata nie ujawnia się z taką siłą i w takiej pełni, jak to obserwujemy w jego najnowszym dziele. Powróćmy zatem na karty dziennika:

Cała ta rotacja — czytamy w krytycznych uwagach na temat Dialektyki przyrody Engelsa i materialistycznych koncepcji bytu — wszystkie przejścia od mgławic do materii, do protoplazmy, do życia i do świadomości nie rozwiązują zasadniczej sprawy: poczucia indywidualnego istnienia, bycia samym sobą — to jest właśnie dusza, tak cenna, tak krucha rzecz. Co się dzieje z jej jestem po śmierci? Materia przekształca się w materię, ale co się dzieje z tym jestem?

W innym miejscu autor stwierdza wyraźnie:

Samotność jest czymś podstawowym, nieodłącznym od naszej egzystencji — szczerze można rozmawiać tylko z Bogiem. Tylko On zna nas lepiej niż my siebie. (…) Będzie to monolog duszy, jej rozpamiętywanie w ułamkach ocalonej ciszy, wyrwanej nieprzyjaznemu czasowi, aby sobie w ogóle uświadomiła, że istnieje, że jest.

Zapiski Slavíka powstawały nieregularnie, na przestrzeni trzydziestu lat. Rozpoczynają się w roku 1960, po którym następuje jedenastoletnia przerwa, a kończą — w 1990, wraz z nadejściem wolności. Wbrew temu, co zdają się zapowiadać przywołane wyżej cytaty, książka ta nie składa się — na szczęście — z samych górnolotnych myśli. Zresztą któż by to wytrzymał na tylu stronach! Dusza poety „rozpamiętuje” więc także sprawy zwyczajne, codzienne, proste, czasem gubi się w banalnych rozterkach, objawia swoje sympatie, niechęci, uprzedzenia, lęki, depresje, złości. Jest szczera aż do bólu. Wspomnienia z dzieciństwa, młodzieńcze igraszki, odpoczynek na łonie przyrody, pierwsze doznania erotyczne, małżeństwo, życie rodzinne, krewni, znajomi, śmierć i narodziny, ulubione lektury, muzyka, teatr, malarstwo, filozofia, polityka, historia, naród — słowem niczego, co ludzkie, dusza w swoim monologu nie pomija. Ba, oprócz zdarzeń na jawie rejestruje również senne marzenia:

Sen złożony jest z obrazów jak z kamyków — pisze Slavík — ale najważniejszy jest on sam, sen. (…) W moim śnie nie było nic sensownego, tylko ta nieuchwytna tęsknota, niematerialna i czysta. Potem zaczęły się małe czary, mieszanie się rzeczywistego z nierzeczywistym i możliwego z niemożliwym. Gdybym tego snu nie pochwycił słowami, w ciągu kilku dni rozpadłby się w owo fosforyzowanie niepamięci, przez które przepływa nasze życie.

Zmaganie się z upływem czasu i tęsknota za wiecznym trwaniem to problem kluczowy dla zrozumienia twórczości Ivana Slavíka, który na otaczający go świat patrzy nieustannie sub specie aeternitatis. Czas dla niego nie jest przekleństwem, ale Bożym darem, ponieważ — jak pisze w jednym ze swoich wierszy — czas jest materią, „w której pracuje Opatrzność”.

Kiedy stałem przy Dražowskim stawie, wyciekała z niego cienkim strumyczkiem pręga topniejącej wody. Woda szemrała niepowtarzalnym pradźwiękiem, w którym wyczuwa się wiosnę. Ten szmer żywy, ożywiony, żyjący. Jest w nim to samo życie, co w moim psie, w krzyku ptaka i we mnie, dopóki bije moje serce. Jest radosny i stanowi zaprzeczenie nicości.

Celem nadrzędnym tej twórczości jest poszukiwanie i odnajdywanie sensu, m.in. w historii, w kapryśnych i nierzadko bardzo tragicznych losach własnego narodu:

Tak jak dzisiaj ziemia pokryta jest u nas barokowymi kościołami, tak też wznosi się na niej las niewidzialnych świątyń, zniszczonych przez husytów katedr i klasztorów, z których tylko jako nostalgiczne wspomnienie pozostaje tu i ówdzie nadłamany ostrołuk.

Z bolesnych lekcji czeskiej historii płynie jednocześnie głęboka troska o przyszłość. Dusza poety pod koniec swego monologu (z datą 5 czerwca 1990 roku) nie upaja się bezkrytycznie odzyskaną wolnością:

Wizyta Papieża, a wcześniej kanonizacja Agnieszki w Rzymie, choć miały charakter masowy, były reprezentatywne jedynie dla niewielkiej części społeczeństwa, większość pozostaje religijnie obojętna. Nie chcę przez to negować znaczenia nadprzyrodzonej interwencji Agnieszki ani roli kard. Tomáąka, czy doniosłości papieskiej pielgrzymki. To wszystko jest jednak na razie tylko ziarnem, które dopiero musi dojrzeć.

Hory roku Ivana Slavíka to naprawdę piękne świadectwo intelektualnej odwagi i religijnej żarliwości. To także ważny przyczynek do lepszego zrozumienia czeskich dziejów oraz samych Czechów.

Monolog duszy
Andrzej Babuchowski

urodzony 13 lutego 1944 w Krasnem k. Chełma (woj. lubelskie) – absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, studiował także slawistykę, dziennikarz, krytyk literacki, tłumacz literatury czeskiej. Przetłuma...