Musicie być mocni

Gdy w 1978 roku wybrano Karola Wojtyłę na papieża, miałem trzynaście lat i… nie docierało.

Kiedy rok później przyjechał pierwszy raz do Polski, z kolegami i koleżankami z grupy oazowej wybraliśmy się na rowerach z Bielska–Białej do Oświęcimia. Podniosła, radosna atmosfera — flagi papieskie i polskie wpięte w rowery, jak w limuzyny korpusu dyplomatycznego, nieskrępowana manifestacja wiary i Papież zatrzymujący się przed tablicami upamiętniającymi pomordowanych — chciał powiedzieć o wszystkich i o każdym. Potem była jeszcze krakowska Skałka — spotkanie z młodzieżą — wiwaty, „meksykańska fala” z róż, goździków, frezji etc. i nieoficjalne (zamiast wcześniej przygotowanego oficjalnego) słowo… rozmowa, gawęda, bo to nie było przemówienie.

„Niech zstąpi Duch Twój” i „Musicie być mocni” odkrywałem później.

W 1983 roku było już inaczej. Zdawałem na studia, mieszkałem w akademiku przy Reymonta. Walenie talerzami, łyżkami i czym się dało w parapety okien na znak niezadowolenia z przejeżdżającej kolumny milicyjnych ciężarówek — to klasyka tamtego czasu. I niczym nieskrępowane krakowskie Błonia — lądowisko papieskich helikopterów, miejsce modlitwy, demonstracji. Pamiętam też przemarsz przez Kraków do mistrzejowickiego kościoła i słowa: „chodźcie z nami, dziś nie biją!!!”. Na Błoniach Papież beatyfikował Rafała Kalinowskiego, Alberta Chmielowskiego i Urszulę Ledóchowską. Najbardziej zapamiętałem tego drugiego. Nie wiem, dlaczego. Gdy wstąpiłem do dominikanów, magister nowicjatu wyznaczył mi jako patrona życia zakonnego… błogosławionego Brata Alberta.

W Częstochowie Papież dał wykład Apelu Jasnogórskiego — „czuwam, to znaczy staram się być człowiekiem sumienia” i „musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali”.

* * *

Zastanawiam się nad papieskim zastosowaniem słowa „musieć”. Pojawia się dość często. Już na początku — do wszystkich — w Redemptor hominis: „Człowiek, który chce zrozumieć siebie do końca […] musi […] przybliżyć się do Chrystusa”. Potem w Polsce, w 1979 roku, trzykrotne: „musicie być mocni mocą wiary […] musicie być mocni mocą nadziei […] musicie być mocni mocą miłości”. Również do młodzieży: „musicie od siebie wymagać”. Nawet w poezji: „Jeśli chcesz znaleźć źródło, musisz iść do góry, pod prąd” (z Tryptyku rzymskiego).

Dla mnie to nie jest przypadek. Typ osobowości raczej, mądrość życiowa, charakter. W świecie, w którym „ja nic nie muszę… ja mogę”, to wyzwanie.

* * *

W 1983 roku Papież wydał tekst poświęcony życiu zakonnemu — wtedy nie zajmował mnie jeszcze w żaden sposób, nie miałem nawet pojęcia o jego istnieniu. Później, gdy byłem już zakonnikiem, dostarczył mi przemyśleń — wielu i ważkich. Najważniejsze, że „Jezus spojrzał z miłością”.

* * *

Fragment Ewangelii o bogatym młodzieńcu, na którego „Jezus spojrzał z miłością”, jest głównym wątkiem jeszcze innego papieskiego tekstu, Listu do Młodych z 1985 roku. „Młodość (niezależnie od jakichkolwiek dóbr materialnych) jest szczególnym bogactwem człowieka. […] Jest bowiem czasem szczególnie intensywnego odkrywania ludzkiego »ja«. […] Jest to bogactwo odkrywania a zarazem planowania, wybierania, przewidywania i podejmowania pierwszych decyzji”. Wtedy szczególnie — czego Papież (z sobie tylko właściwą serdecznością) życzy młodym — „Człowiekowi koniecznie potrzebne jest to miłujące spojrzenie. Jest mu potrzebna świadomość, że jest umiłowany odwiecznie i wybrany odwiecznie […]”. Nikt tak chyba nie potrafił rozmawiać z młodymi ludźmi, jak On rozmawiał.

* * *

1987 rok to Westerplatte: „Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte”.

1991 rok. Czerwcowa część pielgrzymki Ojca Świętego do Polski — coś mi się wydaje, że to jeszcze lekcja do odrobienia. Drugi etap to Światowe Dni Młodzieży w Częstochowie. Uczestniczyłem w pieszej pielgrzymce z Krakowa do Częstochowy. Dołączyły do nas setki — tysiące nawet — pielgrzymów z Rosji, Ukrainy, Białorusi, Litwy, Łotwy i wielu jeszcze innych zakątków upadającego imperium. Przypominaliśmy sobie nauczany pod przymusem w podstawówce język rosyjski — przyjaźnie tym razem.

* * *

1991 to rok moich święceń kapłańskich. Jako zakonnika do dziś karmią mnie teksty o życiu zakonnym, jako kapłana — Listy. Najbardziej jednak lubiłem czytać z Jego oczu — jasność, moc, spokój. Był Mężem o wzroku przenikliwym.

* * *

1995 rok — Ojciec Święty był przez chwilę, ale był, na mojej bielsko– –żywieckiej ziemi.

W 1997 roku zostałem zaproszony wraz z Jerzym Wocialem do komentowania pielgrzymki papieskiej w programie Polsatu prowadzonym wtedy przez Jarosława Sellina. Byłem zaszczycony, ale też czułem się bardzo mały, by podołać takiemu zadaniu. Pracując w studiu, nie mogłem jeździć za Papieżem. Siedziałem więc przed telewizorem, sczytywałem doniesienia agencji, czytałem przemówienia. Mediom były udostępniane jeszcze przed wygłoszeniem, co nadawało im posmak wyjątkowości. Pamiętam, że nie ogarniałem tego, a i teraz nie jestem w stanie silić się na podsumowania.

Było oczywiście Gniezno, wspomnienie tragedii narodów bałkańskich i słowa o jeszcze „innym murze”: „Czy nie można powiedzieć, że po upadku jednego muru, tego widzialnego, jeszcze bardziej odsłonił się inny mur, niewidzialny, który nadal dzieli nasz kontynent — mur, który przebiega przez ludzkie serca?”.

Potem poznański wykład historii (tak to wielu komentowało, zastanawiając się, czy to do młodych dotrze). O historii wiary i nadziei narodu polskiego w minionym wieku wystawianej po wielokroć na próbę, „na bardzo ciężką próbę”, której można jednak podołać, gdy jest się człowiekiem żyjącym wiarą i nadzieją, mającym w sobie siłę Ducha. Czy docierało?

To, co się działo w Zakopanem, było wzruszające! Homilia do słów „będą patrzeć na Tego, którego przebili” i śpiew niezliczonych chórów góralskich, od dzieci po starców.     

Pielgrzymki roku 1999 i 2002 roku to najnowsza historia. Papież pośród niezliczonej liczby spotkań, przemówień, wizyt, a też pośród narastającego zmęczenia, cierpienia, choroby, za każdym razem znajdował czas i siły, by zatrzymać się przy naszej krakowskiej bazylice (w 1999 roku był nawet przez chwilę wewnątrz). Miałem szczęście być jednym ze współorganizatorów tych spotkań.

* * *

Jeden z moich dominikańskich współbraci, mieszkający w Paryżu, opowiadał taką historię: gdy odbywały się tam Światowe Dni Młodzieży, dziennikarze różnych mediów wyłapywali młodych ludzi, zadając im pytania typu: „kim jest dla ciebie Jan Paweł II?”. Któryś ze studentów, zapytany, odparł: „tym, który nie boi się mówić nam prawdy”. „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” — to ponoć dla Papieża jeden z najbardziej ulubionych fragmentów Ewangelii, a „dać świadectwo prawdzie” to jedno z najgorętszych pragnień.

Można pytać „cóż to jest prawda” — sytuując się na niewymagających opowiedzenia się, wygodnych pozycjach sceptycyzmu — ale Papież nie był z tych. Wiele wskazuje na to, że mieliśmy Papieża, którego troską była Prawda.

Raz o niej mówił z niepodlegającą dyskusji pewnością, zwłaszcza w sprawach dotyczących miłości — jeszcze jako Karol Wojtyła, filozoficznie — w książce Miłość i odpowiedzialność, a jako Jan Paweł — teologicznie w dziele Mężczyzną i niewiastą stworzył ich. Innym razem zmagał się z trudnościami związanymi z prawdą — w Veritatis splendor, mówiąc o kontrowersjach wokół moralnej nauki Kościoła; w Fides et ratio, zastanawiając się nad naturalnymi możliwościami ludzkiego poznania i nad poznaniem „właściwym wierze”. Najbardziej jednak był Pasterzem, który pokazywał, gdzie jest prawda. Z przekonaniem wskazywał na Chrystusa, wiedząc, że człowiek, który chce zrozumieć siebie, musi przybliżyć się do Jezusa.

Wiedział też, że każdy sam musi „prowadzić własną rozmowę z Chrystusem” (z Listu do Młodych). Podprowadzał do źródła.

* * *

Dni ostatnie? Jednak w promieniach Zmartwychwstałego, z wdzięcznością…

Musicie być mocni
Tomasz Golonka OP

urodzony w 1965 r. w Bielsko-Białej – dominikanin, katecheta, duszpasterz akademicki, powołań i dorosłych, przeor, proboszcz parafii pw. Przemienienia Pańskiego w Katowicach. Ma sześcioro rodzeństwa. Ukończył Liceum Ogólno...