Na grubie
fot. ed robertson / UNSPLASH.COM

Miałem w życiu krótki epizod zatrudnienia na grubie (kopalni). I to powierzchniowy, a przez to powierzchowny. Ale już samo zetknięcie z powierzchnią gruby dość głęboko mnie przeorało. Dla młodzieńca czytającego z wypiekami na twarzy personalistów straszliwe było poczucie zredukowania do poziomu łatwo zastępowalnego trybiku w machinie, której niewidzialną monstrualność można było wprawdzie tylko przeczuwać pod stopami, za to było to przeczucie przytłaczające. Tym bardziej że zaczynało się od zupełnie dosłownego przytłoczenia, kiedy będąc dość mizernej postury, zmierzałem na szychtę autobusem nabitym po brzegi chłopami „z dołu” o słusznej zwykle masie ciała.

Ale nie o tym. Z gruby wyszedłem bogatszy o silne przeświadczenie, że nim się zacznie fedrować, trzeba wykonać mnóstwo niepozornych czynności pomocniczych. Zabezpieczyć odpływ wody z chodników i wyrobisk. Dostarczyć powietrze, elektryczność. Zorganizować łączność, transport urobku, narzędzi i materiałów, systemy ostrzegania metanowego i sejsmicznego. Nie da się tak po prostu wykopać dziury głębokiej na pół kilometra i zacząć z niej wyciągać węgiel. Jeśli choć jeden z systemów pomocniczych zawiedzie, odbije się to w najlepszym razie na wydobyciu, w najgorszym – zginą ludzie.

Zostało Ci jeszcze 71% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się