Na krańce świata

Na krańce świata

Raz po raz odżywa w każdym pokoleniu dominikanów apostolskie wezwanie, by iść na krańce świata z dobrą nowiną o zbawieniu. Te krańce świata rozumiane są różnie, w zależności od inteligencji, zdolności i możliwości, ale i od łaski Bożej. Od zdolności oddania się Panu Jezusowi i pragnienia pełnienia woli Bożej, a nie realizacji swoich ambicji. To wielka łaska Boża – widzieć jakieś krańce i mieć pragnienie na nie dotrzeć. Nie chodzi wcale o dystans i odległość w sensie fizycznym.

Pierwszą osobą, która powiedziała mi, aby patrzeć w oczy przechodzącym przez Bramę Rybę nad Lednicą młodym pielgrzymom, był ojciec Konrad Hejmo OP, wieloletni duszpasterz akademicki, a później duszpasterz polonijny w Rzymie. Pamiętam, jak stał pod Bramą i patrzył ludziom w oczy tak, jakby napatrzeć się nie mógł, jakby chciał dotrzeć do każdego. Oczy przechodzących przez Bramę były swoistym krańcem świata. Stały się moim pragnieniem.

Nie chciałbym być posądzony o podlizywanie się albo koniunkturalizm. Ale takiego przypadku nie mogę pozostawić bez życzliwego odwzajemnienia. Przeżywam bowiem autentyczne szczęście, kiedy moi przełożeni są ze mną, szczególnie nad Lednicą podczas spotkania. Doznaję radości, kiedy jest ze mną mój prowincjał, kiedy jest ze mną mój przeor, kiedy są ze mną inni bracia. Napełnia mnie wtedy prawdziwe szczęście. Jestem dumny, kiedy mój przeor stoi obok pod Bramą Rybą pomimo padającego deszczu do rana, do końca, aż przejdą ostatni. To on zwrócił mi uwagę na pełen radości wygląd tych, którzy wybrali Chrystusa. Nie nadstawiam głowy, aby mnie głaskano, nie czekam też, aby mnie chwalono. Nagroda, mam nadzieję, czeka gdzie indziej. A przecież okruch takiej akceptacji jest mi drogi i potrzebny. Otwiera on na dalszy rozwój, eliminuje niepotrzebne napięcie, usuwa postawę paniki i niepokoju. Uspokaja, umacnia, rozwija. Tak, podziwiałem swojego przeora, który razem ze mną stał w strugach deszczu pod Bramą Rybą, aby pozdrowić przechodzących pielgrzymów, a przecież nie musiał. Ja sam, ale i przechodzący pod Bramą pielgrzymi jesteśmy dla siebie ewangelicznymi krańcami świata.

Niektórzy rzeczywiście fizycznie udają się na krańce świata, czyli najdalej, jak można to sobie wyobrazić. Ziemia bowiem jest kulą i trudno wskazać jej krańce, a niebo nad lotniskiem jest zawsze takie samo. Znam osoby wysoko wykształcone, które stale gdzieś jeżdżą i spotykają się, ale z tych wyjazdów i spotkań niewiele wynika. Nie przywożą nam mądrościowej refleksji nad przebytą drogą, refleksji ze spotkań z innymi. A ich podróże wyglądają na ucieczkę przed sobą i swoim życiowym zadaniem. Podziwiam, jak dodają wartości tym wyjazdom, czyniąc je niezbędnymi w swojej własnej, subiektywnej ocenie. Podziwiam tę wiarę w siebie i swoje uporczywe działanie.

Niektórzy szukają braci daleko, bardzo daleko, nie docierając do tych, którzy są najbliżej. Inni docierają do siebie nawzajem, uważając za cel tych, których Pan Bóg postawił na ich drodze. Tak więc niekoniecznie tam, ale właśnie tutaj, najbliżej jak można, są często nasze własne krańce świata. Najdalszym jednakże krańcem świata jestem ja sam dla siebie samego. Tam dotrzeć jest najtrudniej.

Tak, ja sam jestem krańcem świata dla samego siebie i dla innych. A może i dla Chrystusa?

Przez całe życie jako duszpasterz docieram do ludzi bardziej lub mniej skutecznie. To docieranie fascynuje mnie i upokarza. Często wychodzę innym naprzeciw. Do niektórych nie docieram wcale, inni nie docierają do mnie. Jest jakaś blokada. Mamy w sobie opór, może lęk. Boimy się stracić siebie. Myślę, że nie zawsze jest to zła wola, ale często nieumiejętność lub niedorozwój. W większości przypadków jedynie Jezus jest sposobem porozumienia i docierania do siebie. Jedynie Jezus jest argumentem i głównym motywem. Bez Jezusa do wielu ludzi nie dotarłbym zupełnie.

A to, że za pomocą łaski Bożej docieramy do siebie, jest wzruszające. Rodzi się wzajemność. Jakimż bólem musi boleć świadomość, że do siebie nie docieramy. Że pozostajemy dla siebie niezdobyci. Nie możemy jednak z siebie zrezygnować. Nie może nam zabraknąć sił.

Chciałem o tym doświadczeniu donieść, zakomunikować, opowiedzieć. To po prostu wzruszające, że ktoś chce być ze mną, patrzeć przechodzącym w oczy i powiedzieć „Kocham Was”. Chociaż jesteśmy dla siebie dwoma krańcami świata, to przecież docieramy do siebie i obdarowujemy się sobą i odrobiną życzliwości.

Pisząc ten donos, nie biorę udziału w narzekaniu na dojrzałość i dorosłość świata, który obywać się usiłuje bez Boga, lub na tych, którzy do mnie nie docierają, ale próbuję ten dojrzały świat zobaczyć w świetle Chrystusa i Jego miłosierdzia, które nas scala.

Na krańce świata
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...