Na rozstajnych drogach

Na rozstajnych drogach

Zbigniew Mikołejko, W świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu, W.A.B., seria: z wagą, Warszawa 2009, s. 432

Wychodząc z domu, weź ze sobą książkę Mikołejki. Czytaj na przystanku, czytaj w autobusie lub czekając na spotkanie w parku, barze. Przerywaj lekturę, odkładaj książkę na bok bez żalu i powracaj do niej po czasie. Nie przerażaj się przerywanym sposobem czytania, inaczej tej książki nie da się czytać. Najważniejsze dzieje się i tak w tobie po jej odłożeniu.

świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu jest zbiorem artykułów i esejów rozproszonych na przestrzeni lat. Pojemny tytuł odpowiada bogatej zawartości: są teksty o złu odwiecznym, są i o złu ostatnio nas elektryzującym (Josef Fritzl, samobójstwo Anny Halman), o starzeniu się, o przemocy i o śmiechu w Biblii… Rozpiętość tematów poruszonych w książce jest olbrzymia, co jednocześnie jest jej słabością i mocną stroną. Niektóre eseje są zachwycające, inne po prostu są – głosem, reakcją, zanotowaniem obecności wobec bulwersującego zagadnienia. Sam Mikołejko we wstępie zauważa, że to jeszcze nie jest Ta Książka, którą dopiero napisze. Mamy przed sobą zbiór przygodny, trochę powtarzający się, trochę zamglony, tu i tam jedynie naszkicowany lub pozostawiony jakby w połowie. Mimo to, w oczekiwaniu na Właściwą Książkę, warto zatrzymać się nad jej przedsmakiem.

świecie wszechmogącym… jest książką, która irytuje i zachwyca zarazem. Sedno odmiennych uczuć zawarte jest w zastrzeżeniu autora: „Nie znoszę wszelkich ortodoksji, także tych ateistycznych: zawsze zalatuje od nich smołą, kańczugiem i wędzidłem – i bije w niebo smętny, zjełczały dym skandowanych zbiorowo aklamacji. Co nie znaczy, że sam także, przyznaję to bez osłonek, nie błąkam się od jednej ortodoksji do drugiej, najczęściej obijając się o twarde ściany ich pewności i koczując gdzieś w głuchym i nieuporządkowanym polu między nimi. Na rozłogach, jak to się kiedyś mówiło”. Zatem wśród wyznawców będzie niedowiarkiem, zaś w gronie niewierzących będzie reprezentował religię. Taka postawa, choć niejednoznaczna, nie jest czytelnikowi całkiem obca. Na rozstaje wiary i niewiary bywamy raz po raz prowadzeni; niechybnie zatem spotkamy się, my – udręczeni wędrowcy. W nasze spotkanie na skrzyżowaniu dróg – jakżeby inaczej – zostanie wpisany piękny spór. I dla niego właśnie warto W świecie wszechmogącym… przeczytać.

Mikołejko w chwili wydania książki ma blisko 60 lat, ja o połowę mniej. Jednak to Autor zachowuje młodzieńczą werwę myśli, choć ściga go już cień starości („za chwilę pochwyci mnie brudna ciemność i zaleje usta wiekuistym gipsem”). Mikołejko odczytuje Pismo Święte w sposób wolny od utartych schematów. Nie oszukujmy się: złagodziliśmy wymowę Biblii, nad wieloma niepokojącymi fragmentami przeszliśmy zwyczajnie do porządku dziennego. Przestaje nas dziwić przemoc w Biblii, gwałt na kobiecie jako wyznanie miłości mężczyzny, spowszedniał rozdzierający niebo i zasłonę przybytku krzyk Jezusa – jakby był on zawsze, jakbyśmy wzrastali z nim w tle. Pytania postawione w młodości doczekały się chwilowo uspokajających odpowiedzi. Obiecaliśmy do nich powrócić. Nie udało się. Nie było czasu. Była praca, kariera, każda inna wymówka. Niegdyś dręczące pytania spowszedniały, nauczyliśmy się z nimi żyć i wzruszać ramionami. W świecie wszechmogącym… składa się niemal z samych niepokojących pytań. Czasem to przypadkowa fascynacja nieznanym malarzem; fascynacja niespodziewana, która jednak pochłania całkowicie i nie można się od niej uwolnić. Innym razem to głos odpowiedzialności, jak szkic o samobójstwie gimnazjalistki – choć sprawa przebrzmiała, pozostał palący wstyd współodpowiedzialności, o której wspominał starzec Zosima Dostojewskiego. Czasem to problemy odkładane z premedytacją, żeby się uleżały w życiorysie – po latach, z nielekkim bagażem doświadczeń można zasiąść do nich jak do ostatecznego rozrachunku. A po nim, choć może bez jednoznacznej odpowiedzi, za to z szacunkiem wobec siebie. Dużo tych problemów i nie ma innego wyjścia, jak tylko się z nimi zmierzyć. Jak pisze Mikołejko: „nie możemy zaznać bezbolesności, stając się po prostu bezbożnymi”. Sam chwyta mocno za Biblię i trzymając się jej stronnic, jak skrzydeł dzikiego ptaka, mocuje się o swoje życie, o zrozumienie. Jak Jakub walczący z Bogiem. Czy może być inne błogosławieństwo, inna odpowiedź niż wywichnięte biodro?

Tematem przewijającym się przez większość esejów Mikołejki jest figura starotestamentalnego kozła ofiarnego. Kozioł ofiarny, ów symboliczny „inny”, jest potrzebny społeczeństwu, aby mogło mu dorzucić do jego cech negatywnych także swoje. Im więcej projekcji własnych przewin nałożymy na postać kozła ofiarnego, tym lepsze samopoczucie wspólnoty. Wytypowany „inny”, ten odróżniający się od społeczeństwa, ten nieznas, musi być wyrazisty, bo my sami tacy nie jesteśmy. Obecne w nim jaskrawe zło pozwala nam wykrzesać z siebie na co dzień niedostrzegalne dobro. Kozioł ofiarny to również ktoś spotworniały lub możliwy do spotwornienia; jest ostrzeżeniem dla nas. Stąd tak dużo w tej książce miejsca poświęcono Judaszowi, Josefowi Fritzlowi czy Mircei Eliademu, który zafałszował swoją przynależność do ruchu faszystowskiego. Mikołejko wskazuje również, że figura kozła ofiarnego odsłania nasze problemy: przyglądając się spotworniałemu „innemu”, widzimy własne bolączki, osobiste lęki, granicę cienką jak lina, na której balansujemy. Na przekór potępieńczemu i nieraz histerycznemu językowi mediów eseista pyta, czy kolejne szokujące nas zło jest już najstraszniejsze, czy „zwyczajnie” straszne. Czy przyłączając się do brukowego stylu dziennikarstwa, nie próbujemy zagłuszyć innych, nieraz własnych, demonów? Upiory, jak stwierdza Mikołejko, trzeba zawsze wyciągać na światło dzienne, nie zaś chować do biblioteki czy muzeum. Stąd też powracające niczym refren stwierdzenie: „trzeba tu najpierw powiedzieć rzecz banalną, a przecież ważną”. Uparcie powracać do trudnych tematów, nie być spokojnym.

Jeśli miałbym wskazać zdanie najważniejsze w tej książce, wybrałbym to: „Prawdziwe bluźnierstwo wymaga wpierw głębokiego, autentycznego spotkania z sacrum. Głębokiej, autentycznej z nim szarpaniny, rozrachunku z jego grozą i fascynacją. I dopiero wtedy stanowić może jego rzeczywiste odwrócenie, jego rzeczywistą profanację i rzeczywiste czarne zwierciadło czy świadectwo (albo, jak kto woli, kontrświadectwo). Inaczej artystyczne działanie to tylko igraszka klockami lego, którymi bawić się może byle kto, byle kiedy i byle gdzie. I byle na sprzedaż”.

Mikołejko może momentami razić rozwlekłą frazą, czy specyficznym poczuciem humoru (jak wtedy, gdy nazywa św. Augustyna „żarliwym kłamczuszkiem”). Pomimo tego warto zatrzymać się nad jego swoistym credo: autentyczna szarpanina z Bogiem. Tego szczerego mocowania się z Bogiem, z Bogiem nieugłaskanym, ale potężnym Bogiem Hioba, trochę w dyskusji publicznej brakuje, a mówimy wszak o rzeczach najważniejszych. Dobrze, że dzięki tej książce, choć na chwilę proporcje zostały przywrócone.

Na rozstajnych drogach
Marcin Cielecki

urodzony w 1979 r. – polski poeta, eseista, recenzent, pisarz. Autor m.in. zbioru esejów Miasto wewnętrzne, książek poetyckich Ostatnie Królestwo, Czas przycinania winnic....