Na skrzydłach aniołów

Na skrzydłach aniołów

Kiedy moi synowie szli do pierwszej spowiedzi, miałam tylko jedno pragnienie: żeby zapamiętali ten sakrament jako spotkanie z miłosiernym Bogiem, a nie surowym Sędzią.

Wychowywanie dzieci jest jak stąpanie po kruchym lodzie: nikt nie uczy nas bycia rodzicami, nikt z chwilą pojawienia się niemowlęcia na świecie nie wręcza nam instrukcji obsługi, która towarzyszyłaby wspólnym dniom. Nigdy więc nie możemy być pewni, kiedy lód pęknie.

Opieramy się w jakiejś mierze na tym, co wynieśliśmy z rodzinnego domu – jeśli mamy poczucie, że nasze dzieciństwo było szczęśliwe i spokojne, a my wyrośliśmy na przyzwoitych i dobrych ludzi, wówczas start w rodzicielstwo wydaje się pewniejszy. Mamy wzorzec, który na bieżąco modyfikowany wyznacza jakąś drogę. Jakkolwiek będziemy się starali, niezależnie od tego, ile przeczytamy mądrych poradników, ile zaliczymy kursów, szkoleń czy wizyt u psychologa, i tak się o coś potkniemy, i tak nie unikniemy błędów. Bo bycia rodzicami uczymy się każdego dnia i niestety, chcemy tego czy nie, uczymy się tego na naszych dzieciach.

Bliska była mi zawsze łacińska sentencja, która mówi, że słowa uczą, przykłady pociągają – jak bardzo jest prawdziwa, potwierdza samo życie. Choćbyśmy naszym dzieciom udzielili najmądrzejszych rad, choćbyśmy najbardziej uczonych słów używali, przemawiając do nich, jestem pewna, że w pierwszych latach ich życia najważniejszy jest przykład. Słowa szybko ulatują z głowy. Ten przykład w sposób szczególny potrzebny jest w odniesieniu do przekazywania naszej wiary.

Skasujmy kilka przykazań

O ile miałam pomysł na to, jak uczyć dzieci dobrego zachowania, dzielenia się z innymi, wspólnej zabawy czy radzenia sobie z trudnymi emocjami, o tyle pewnym niepokojem napawała mnie świadomość, że to przede wszystkim my – rodzice – jesteśmy odpowiedzialni za ich edukację religijną. Jak przekazać trudne prawdy wiary, jak sprawić, żeby wiara była ich naturalną potrzebą, a nie przykrym obowiązkiem, jak odpowiedzieć na pytania, na które sami z trudem znajdujemy odpowiedź? Na naukę i szukanie mądrych wyjaśnień nie było czasu – dzieci szybko zaczęły nas stawiać pod ścianą. Te ich pytania nauczyły mnie jeszcze jednej prawdy: wiem, że z dzieckiem, nawet małym, można rozmawiać o bardzo trudnych sprawach, pod warunkiem że potraktujemy je poważnie, będziemy używać słów dla niego zrozumiałych i odwoływać się do rzeczy, które są dla niego czytelne. Nigdy więc nie zbywam moich synów wymijającymi odpowiedziami, nigdy nie mówię, że są za mali, że nic nie zrozumieją, bez względu na to, czy pytania dotyczą religii, seksu czy polityki. Dlatego przecierałam oczy ze zdumienia, gdy w szkole, na spotkaniu z katechetką, na którym omawiana była sprawa przygotowania do I Komunii Świętej, jedna z matek zaproponowała, aby dzieci nauczyły się chwilowo tylko ośmiu z dziesięciu przykazań Bożych, z pominięciem szóstego i dziewiątego. Uznała, że treść tych przykazań jest dla dzieci nieodpowiednia.

Ja do Komunii nie pójdę

Ja nie miałam takich oporów – mój młodszy syn Wojtek miał sześć lat, gdy przystępował do I Komunii. Nikt nie oczekiwał od niego, że będzie znał akty wiary, nadziei i miłości, przykazania Boże i kościelne, cnoty główne czy teologalne. Roczna katecheza miała doprowadzić dzieci do jednej prawdy: że biały opłatek nie jest zwykłym, cieniutkim chlebem. Że ten opłatek to ciało Jezusa Chrystusa. Formą naszego domowego przygotowania była też codzienna lektura Pisma Świętego w wersji dla dzieci. Biblijne wydarzenia zawsze rodziły pytania, kierunkowały nasze rozmowy i, co najważniejsze, pokazywały, że to wszystko nie jest oderwane od życia, że przytrafia się nam. Szybko zauważyłam, że chłopcy sami potrafią odnajdywać te konteksty, niejednokrotnie zaskakiwali mnie, zwracając uwagę na rzeczy, które wydawały mi się mniej istotne. Zaczęłam patrzeć na Biblię ich oczami, i było to dla mnie bardzo odkrywcze.

W tym samym czasie podczas szkolnej katechezy do przyjęcia I Komunii przygotowywał się mój starszy syn Janek. Na kilka miesięcy przed uroczystością zaczęliśmy rozmawiać o rachunku sumienia. Nie było to trudne. Zależało mi jedynie na tym, by nie traktowali go wyłącznie jako aktu oskarżania się, lecz aby był on okazją do zajrzenia w głąb własnej duszy. Dlatego, za radą katechetki, podczas wieczornej wspólnej modlitwy prosiłam chłopców, by przypomnieli sobie, co dobrego i co złego wydarzyło się w czasie minionego dnia. Czym zawinili względem Boga, ludzi i samych siebie. Za dobre rzeczy dziękowali, za złe przepraszali. To spojrzenie na siebie z dwóch perspektyw było bardzo budujące: szybko sami zrozumieli, że każdy z nas jest trochę dobry, a trochę zły. I takich właśnie kocha nas Pan Bóg.

Znam moje dzieci na wylot, spędzam z nimi sporo czasu, doskonale wiem o ich mniejszych i większych przewinieniach, a jednak zdaję sobie sprawę, że nie mam wglądu do najskrytszych zakamarków ich duszy i serca. Dlatego jedyne, co mogłam zrobić, to podprowadzać ich myślenie pod pewne sytuacje i prowokować do oceny. Sami musieli dostrzec, że czym innym jest uderzenie kolegi z całej siły w głowę, a zupełnie czym innym przypadkowe popchnięcie. Chciałam też, aby zrozumieli, że każdy ma prawo do złości, gniewu, emocji, że nie zawsze takie zachowanie jest grzechem.

Z młodszym synem rozmowy na tematy religijne były prostsze: razem z nim uczestniczyłam w katechezie, wiedziałam, jakie zagadnienia tłumaczy pani katechetka. Było to zawsze punktem wyjścia do dalszych dyskusji w domu.

Ze starszym sprawa wyglądała nieco trudniej. Katecheza odbywała się tradycyjnie podczas zajęć szkolnych. Śledziłam więc tematy w zeszycie, zaglądałam do podręcznika. I wydawało mi się, że wszystko mam pod kontrolą. Do chwili, kiedy mój syn oświadczył mi, że on do Komunii nie pójdzie.

Przyjęłam to spokojnie i bez większych emocji. Domyślałam się, że taka deklaracja nie wzięła się znikąd, że coś się za tym kryje. Odpowiedź przyszła kilka tygodni później, gdy syn poinformował mnie, że jeden z jego najlepszych kolegów, „też nie idzie do Komunii, bo rodzice mu powiedzieli, że Pana Boga nie ma”. Ulżyło mi. Ruch był teraz po mojej stronie. Szybko udało nam się wszystko wyjaśnić, było to okazją do mądrej rozmowy o autorytetach, o prawdzie i kłamstwie, o zaufaniu.
Ucząc się przykazań, rozmawialiśmy o drogowskazach, które prowadzą nas do celu. Tak właśnie tłumaczyła to sześciolatkom pani katechetka, wskazując, że jeśli Pan Bóg mówi do nas: nie rób, nie wolno, nie będziesz, to nie znaczy, że chce ograniczyć naszą wolność. Chce nas jedynie uchronić przed złem, tak jak troskliwy rodzic, który chroni dziecko przed niebezpieczeństwem.

Proste i oczywiste w przekazie plansze, przedstawiające przytuloną do siebie rodzinę i tatę, który ogląda się za inną panią, były pretekstem do rozmowy o wierności i czystości. Pokazaliśmy dzieciom nasze obrączki i wyryte na nich nasze imiona. Bez obaw podążałam za pytaniami moich synów. Dałam im tym wyraźny znak, że mogą zawsze przyjść z najtrudniejszą sprawą. To była ważna dla nas rozmowa.

Do pierwszej spowiedzi przygotowywaliśmy się według rachunku sumienia, który syn dostał od katechetki. Byłam ostrożna: zaledwie kilka tygodni wcześniej przetoczyła się przez prasę afera w związku z dość kontrowersyjnym rachunkiem sumienia, który dostali na religii uczniowie jednej ze śląskich szkół. I choć daleka jestem od krytykowania nauczycieli, ten rachunek sumienia wydał mi się rzeczywiście absurdalny. „Ile razy bawiłem się w nieskromne zabawy z kolegą? Ile razy zachowywałem się nieskromnie przy ubieraniu i rozbieraniu? Ile razy podglądałem starszych?”. Były jeszcze pytania o masturbację i pisma pornograficzne. Nie miałam wątpliwości, że wytaczanie tak grubej artylerii przed ośmiolatkami jest mocno przesadzone.

Rachunek sumienia sformułowany w kilkunastu pytaniach delikatnie rozbudowałam. Wyjaśniałam pojęcia trudniejsze, niektóre rzeczy świadomie omijałam. Mniej więcej w połowie mój starszy syn, mocno zawiedziony, powiedział: „Żaden z tych grzechów mnie nie dotyczy!”. Chciało mi się śmiać, bo dobrze wiedziałam, co ma za uszami. Jednocześnie nie chciałam mu nic sugerować, a tym bardziej doprowadzać do sytuacji, gdy w poczuciu, że coś trzeba na tej spowiedzi powiedzieć, zacznie sobie wymyślać grzechy. Ostatecznie wziął kartkę i zaczął coś na niej zapisywać. Do konfesjonału podszedł odważnie, bez ociągania. Po powrocie do domu kartkę z grzechami uroczyście spaliliśmy.

Spowiedź młodszego syna jako dziecka przystępującego do wczesnej Komunii wyglądała nieco inaczej. Przed ołtarzem ustawiono klęcznik. Ksiądz siedział na krześle, a dzieci klękały przed nim i wyznawały swoje grzechy – przypominało to raczej rozmowę niż tradycyjną spowiedź. W tym samym czasie modliłam się za swoje dziecko: żeby ten sakrament zapamiętało jako spotkanie z miłosiernym Ojcem, a nie surowym Sędzią. I tak właśnie było. Po spowiedzi, z białą różą w ręku, którą każde dziecko dostawało od kapłana, w podskokach wracał do ławki. Tak się zachowuje zawsze, gdy jest bardzo radosny, gdy pełen jest emocji, gdy szczęście się z niego wylewa z każdej strony.

Najlepsza spowiedź w moim życiu

Od czasu I Komunii minęły blisko dwa lata. Rachunek sumienia nadal robimy wspólnie. Do spowiedzi nie musimy się zachęcać ani przekonywać – idziemy do niej zawsze w pierwszy piątek miesiąca. Na początku zachętą i przypomnieniem były podpisy na obrazku i chęć zdobycia wszystkich. Teraz obrazki nie są już nam potrzebne. Pilnuję tylko jednego – by moi synowie nie spowiadali się u przypadkowych, nieznanych nam kapłanów. Bo wiem, że zły spowiednik może wyrządzić ogromną krzywdę, może zrazić człowieka – zwłaszcza dziecko, na długie lata. Tego – dopóki mam na to jakiś wpływ – chciałbym uniknąć. Chodzimy zawsze do tego samego kościoła, chłopcy mają „swoich” księży. Starszy – dziś 10-latek – od samego początku spisywał sobie grzechy na kartce. I nadal trzyma się tej zasady. Po każdej spowiedzi – razem z księdzem albo sam – drze kartkę na drobne kawałki. Młodszy, ponieważ przystępował do pierwszej spowiedzi w chwili, kiedy nie umiał jeszcze czytać i pisać, z kartek nie korzysta. Nigdy też nie widziałam, by nerwowo powtarzał grzechy, czy – jak robią niektóre dzieci – odliczał na palcach, ile ma ich do powiedzenia w konfesjonale. Od początku ufa swojej pamięci wsparty moim zapewnieniem, że jeśli o jakimś grzechu zapomni, to może go wyznać następnym razem.

Na koniec jeszcze jedna refleksja: Podczas jednej ze spowiedzi mój starszy syn trafił na księdza, u którego nigdy jeszcze się nie spowiadał. Nie miałam żadnych obaw – znam kapłana, wiem, że to niezwykle mądry i dobry człowiek. Ale spowiedź trwała wyjątkowo długo. Jasiu zaczynał się kręcić, pocierał ręką bolące od klęczenia kolana. Obawiałam się, że będzie niezadowolony, że zacznie marudzić. Dlatego delikatne pukanie w kratki konfesjonału przyjęłam z ulgą. Odwrócił się w moją stronę – szedł uśmiechnięty, rozpromieniony, miałam wrażenie, że anioł unosi go na skrzydłach. Usiadł obok mnie i powiedział: Mamusiu, to była najlepsza spowiedź w moim życiu!
Zrozumiałam wtedy, że dzieci niekoniecznie oczekują tego, żeby było łatwo, szybko i bezboleśnie. Przede wszystkim chcą, byśmy traktowali je poważnie. A to, jak mawiał Janusz Korczak, nie oznacza wcale, że mamy zniżać się do ich poziomu. Przeciwnie. Poważne traktowanie oznacza, że my dorośli musimy się wzbić na ich poziom. Szczególnie warto o tym pamiętać w kwestiach wiary. Pan Jezus przecież nam powiedział: Jeśli nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego. Prawda tych słów dotarła do mnie w pełni dopiero wtedy, gdy zostałam mamą.

Na skrzydłach aniołów
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Napisała dziesiątki reportaży i tekstów publicystyc...