Nadzieja miłosierdzia

Nigdy osobiste spotkanie z Janem Pawłem II nie stanowiło dla mnie najważniejszego celu. Początkowo związek z Papieżem wyrażał się w fascynacji Jego nauką. Kulminacyjnym momentem było jednak świadectwo zawierzenia miłosierdziu Bożemu w 2002 roku.

Obecna chwila przełomu pontyfikatów nie jest dla mnie wyjątkowa. Dzięki osobowości Karola Wojtyły mój związek z Kościołem stał się normalnością. Trudno mi wyobrazić sobie, że kontakt duszpasterzy z wiernymi mógłby wyglądać inaczej. Nie znaczy to jednak wcale, że bezpretensjonalny i szczerze ciepły kontakt z człowiekiem widzę na co dzień w Kościele w Polsce. Papież pełen modlitwy, zaskakujących gestów, dokonujący symbolicznych przełomów w publicznej przestrzeni, okazał swą nadzwyczajną a jednocześnie ujmująco prostą osobowość. Liczę jednak na to, że kolejny pontyfikat będzie scalał Kościół i ożywiał wiarę nie tyle dzięki charyzmie Papieża, ile przez podjęcie reformy nauczania i mimo wszystko silniejszy dialog, a nie monolog wobec świata.

Pierwszy wymiar dojrzałego kontaktu z posługą Papieża to fascynacja nauczaniem Jana Pawła, czas patrzenia na posoborowy Kościół oczyma i słowami polskiego Papieża. Otwarcie takich tematów, jak sposób sprawowania prymatu papieskiego, szacunek dla człowieka (nawet błądzącego), który jest „drogą Kościoła”, pochwała demokracji i wolnej przedsiębiorczości oraz wiele innych. Ogrom symbolicznych i ponadczasowych gestów ekumenicznych, dialogu między religiami, pokory uznania win Kościoła ujmował za serce i pociągał umysł.

Lista encyklik, dat i faktów jest długa. Kiedy czytam Ut unum sint wraz z Dominus Iesus, zestawiam Centesimus annusEcclesia in America, gdy odnajduję, niezrozumiałą w świetle wiary, sakralizację pewnych nurtów filozoficznych w Fides et ratio, odkrywam, że miniony pontyfikat wikła się w różne sprzeczne sygnały. Nauczanie spinało Kościół nie tyle poprzez wewnętrzną siłę przekonywania, ile raczej dzięki osobowości następcy Piotra. Poszukiwanie prawdy wewnątrz Kościoła i dialog na zewnątrz prowadzą w tym pontyfikacie przez rozmaite meandry. W Kościele napięcia nie zostały wygaszone, tylko chwilowo, dzięki świadectwu i popularności Papieża, nie odgrywały zbyt niszczącej roli.

Najbardziej znaczący wymiar tego pontyfikatu znajduję w symbolicznych gestach. Jan Paweł urzekał swoim sposobem bycia, swoją osobowością. Teraz stajemy przed sprawdzianem, czy Papież pozostawił po sobie fascynację Karolem Wojtyłą, czy jednak związał innych z wartościami, którym dawał świadectwo.

Najbardziej osobiste spotkanie z Papieżem, takie, które dotknęło moją osobę do głębi, przeżyłem w krakowskich Łagiewnikach w sierpniu 2002 roku. Jan Paweł II przyjechał, aby poświęcić Bazylikę Miłosierdzia. W całym zabieganiu nie uległem pokusie dziennikarskiej kontroli nad wszystkim. Nie czytałem dokładnie tekstów przygotowanych papieskich przemówień, choć były one dostępne dla papieskiej służby tekstów w Katolickiej Agencji Informacyjnej, dla której pracowałem. Słowa Papieża wypowiedziane 17 sierpnia zaskoczyły mnie, a zwłaszcza akt zawierzenia świata Bożemu Miłosierdziu. Tym bardziej, że z ogromnym trudem dokonał go schorowany i cierpiący starzec.

Oto przed światem stanął zniszczony cierpieniem stary biskup, który nie miał w sobie już nic z osobistego uroku bezpretensjonalności i ciepła, którymi otwierał ludzkie serca. W Łagiewnikach doświadczyłem podobieństwa misji wikariusza do swego Pana, Jana Pawła II do Chrystusa. Jezus na krzyżu nie przyciągał osobistym czarem. Był wyniszczony, a Jego widok był odrażający, jak pisze piąty ewangelista — Izajasz. W taki sposób Jezus pokazał, że w Bogu nie ma nic oprócz miłości. Wojtyła przypomniał krzyż, który objawił i przypieczętował nagość i bezbronność Bożej miłości. Papież zwieńczył w ten sposób swój pontyfikat. Pokazał to, co najistotniejsze, a swoją słabością podkreślił, że On sam potrzebuje Miłosierdzia.

Na mojej duchowej drodze rozmaite wcześniejsze celebracje zawierzenia świata sercu Maryi i Jezusa nie odgrywały większej roli. 17 sierpnia zostałem oddany jednak samej istocie Boga. Dzięki temu mogę odrzucić lęk, obawę przed drugim człowiekiem, strach przed Bogiem, lęk przed sobą samym i o samego siebie. Wszelkie nieszczęście, ale i radość objęte są Duchem Miłosierdzia. Jedynie w duchowej przestrzeni Miłosierdzia nierozwiązane konflikty i napięcia wewnątrz Kościoła, a także relacja Kościoła z dzisiejszym światem mogą poddać się prowadzeniu Ducha. Taką nadzieję pozostawił we mnie miniony pontyfikat.

Nadzieja miłosierdzia
Marcin Lisak OP

urodzony w 1975 r. w Rzeszowie – dominikanin, pisarz, dziennikarz, socjolog i teolog, wykładowca m.in. na Papieskim Uniwersytecie Św. Tomasza z Akwinu (Angelicum) w Rzymie, na Graduate Theological Union w Berekeley w Kalifornii oraz Instytucie św. Tomasza w Kijowie na Ukrain...