Natasza śni o niebie
fot. akshay gill bJt1L7

Natasza śni o niebie

Nieżyjący już ojciec Georgij Fridman, legenda muzycznego (był jednym z prekursorów jazzu w Związku Radzieckim) i katolickiego (przez wiele lat był „podziemnym” księdzem) Petersburga, opowiadał mi kiedyś o drodze, jaką do chrztu i Kościoła katolickiego doszła jego żona Walentyna. Historia to pasjonująca i zabawna, a istotną rolę odgrywa w niej proroczy sen, a właściwie koszmar, który ostatecznie popchnął Walę ku zdrojom zbawienia – zainteresowanych zachęcam do sięgnięcia po moją książeczkę Boski Adwokat. Koniec czasów. Kończąc opowieść, ojciec Georgij uśmiechnął się i westchnął: „Bo widzisz, ojcze Pawle, w Rosji się śni…”. Te słowa wracają do mnie częściej, od kiedy zamieszkałem nad Newą. Lata urzędowego materializmu wbijanego przemocą do głów Rosjan nie wykorzeniły z nich, czasem zabobonnej, skłonności do wiary w senne widzenia, które należy przyjmować z powagą i szacunkiem. Czy jednak w Piśmie Świętym Bóg nie przemawiał do ludzi we śnie? Dlaczego więc miałby przestać to robić w naszych czasach? Trudno polemizować z takimi argumentami, choć my – przez okulary sceptycyzmu i racjonalizmu – często spoglądamy na naszych sąsiadów ze Wschodu z uprzejmą życzliwością, jaką dla głupiutkich niebożątek rezerwują mądrzy dorośli. A w Rosji nie tylko się śni, ale i bożych szaleńców, jurodiwych, nie przystoi odsyłać do domów bez klamek, ale wypada dać im strawę i dach nad głową, gdy przemierzają drogi Mateczki Rosji w niekończących się nigdy pielgrzymkach.

Piszę ten felieton pod wrażeniem rozmowy, jaką odbyłem dwa dni temu z moją dobrą znajomą Julią. Omawialiśmy temat kolejnego spotkania grupy dyskusyjnej, która zbiera się przy naszej parafii. Kiedy się ono odbędzie, nie wiadomo, bo koronawirusowe ograniczenia wciąż nas trzymają w domach, ale kiedyś się przecież skończą i temat omówić trzeba. W pewnej chwili Julia opowiedziała mi o tym, co się niedawno przyśniło jej przyjaciółce Nataszy. Natasza jest bardzo prostą, niemłodą już kobietą i klepie biedę w jakiejś klitce, całe życie walcząc z coraz to poważniejszymi chorobami. Otóż Nataszy śniło się niebo. Oddajmy jej głos: „Wiesz – w telefonie głos przyjaciółki Julii dźwięczał zachwytem – tam w niebie miałam swój własny dom, taki duży, z mnóstwem okien i cały tylko dla mnie! Ale nie byłam sama, bo jak tylko pomyślałam o kimś, kogo kocham, to miałam go natychmiast u siebie. Co za radość! I wiesz, ten dom nie był zamknięty. Niby normalny dom ze ścianami i dachem, ale wychodziła z niego droga prowadząca hen, daleko. I gdy tak na nią patrzyłam, to pojawił się na niej św. Piotr. Miał taką piękną twarz! To dziwne, bo szedł drogą i patrzyłam na jego postać od tyłu, a wiedziałam, że ma piękną twarz. I dobrą. Niewiele myśląc, wstałam i poszliśmy za św. Piotrem. Mówię poszliśmy, bo było nas na tej drodze bardzo dużo, znajomych i nieznajomych. I szliśmy z nim, szczęśliwi, szczęśliwi – do Chrystusa”. To wszystko. A Julia dodała: „Prawda, że piękny jest ten obraz życia wiecznego jako zarazem domu i niekończącej się drogi? Zupełnie jak u ojca w książce”. Julia czyniła aluzję do fragmentu mojej książeczki Jutro ma na imię Bóg, którą właśnie skończyła tłumaczyć na rosyjski: „Święty Tomasz w jednym ze swoich kazań, Beata gens (Błogosławiony lud), cytuje zdanie św. Augustyna: Osiągnąwszy cel, odpoczniemy; odpoczywając, zobaczymy; widząc, pokochamy; kochając, oddamy chwałę. A mówi tu o życiu wiecznym. Okazuje się, że nawet tam nie ma spoczynku, nie ma bezruchu i dolce far niente, bo po krótkim odpoczynku będziemy znowu patrzeć (kontemplować), kochać (a czyż można kochać bezczynnie?) i oddawać chwałę (tego też raczej się nie robi, leżąc na sofie)”.

Zostało Ci jeszcze 28% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

||
Wyczyść

Zaloguj się