Naucz nas, Panie, liczyć dni nasze, byśmy zdobyli mądrość serca…

Naucz nas, Panie, liczyć dni nasze, byśmy zdobyli mądrość serca…

Pójdę ku górze mirry,
ku pagórkowi kadzidła!

Pnp 4,6

Skończyłem sześćdziesiąt lat. Przekroczyłem kolejną barierę. To kawał czasu darowany mi przez Boga. Z przerażeniem stwierdzam, że powinienem wysłać którąś ze studentek na dworzec, aby wykupiła mi legitymację seniora upoważniającą do zniżki na kolei. Trzeba umieć skorzystać z przywilejów przysługujących wiekowi. Przebiegam myślami minione lata i wyraźnie widzę, jak prowadziła mnie ręka Opatrzności, jak wszystkie, nawet najdrobniejsze wydarzenia prowadziły mnie i przygotowywały do tej posługi, która dzisiaj jest moim głównym zajęciem i pasją.

Wszystko cokolwiek mam, otrzymałem w nadmiarze. Żyję świadomością obdarowania, a przez to świadomością wdzięczności. Przede wszystkim za relacje wzajemności z ludźmi i Bogiem. Za łaskę wiary, która zakładając ograniczoności mojej natury, udoskonala ją i podnosi.

Ale przecież ważne były także zapachy towarzyszące mi w życiu. Zapach rodzinnego domu, rozpoznawalny później zawsze bezbłędnie, gdziekolwiek bym się znajdował. Zapach mydła, którym myła nas Mama, kiedy w soboty odbywała się kąpiel rodzinna. Zapach szkoły bardziej zobiektywizowany mnogością dzieci i przetrącony lizolem używanym wtedy do dezynfekcji miejsc publicznych. Ponad tym wszystkim wznosił się zapach kościoła pełen wzniosłości i kadzidła, które nie zdążyło jeszcze ulecieć. Wszyscy jednak czekaliśmy na zapachy wakacji. Dla mnie był to przede wszystkim zapach wsi, rozoranej ziemi, skoszonej łąki czy macierzanki w słońcu. Ale to wszystko zostało gdzieś daleko.

Przez całe życie pracowałem z młodzieżą. Pośród niej rosłem i dojrzewałem. Z młodzieżą zawsze pokazuję się i występuję. Na takim tle wypadam nie najgorzej. Aż wstyd pomyśleć, że młodzież w moim życiu jest niechcianym dzieckiem. Nigdy nie chciałem być duszpasterzem, co dzisiaj brzmi jak kokieteria. Jeszcze przed śmiercią ojciec Michał Mroczkowski, niegdysiejszy prowincjał powiedział mi: „Ty powinieneś zjeść ten list, który do mnie napisałeś, kiedy przenosiłem cię z Warszawy do Poznania do pracy z młodzieżą, jak wtedy się wzbraniałeś”. Na to ja powiedziałem: „Niech ojciec go zachowa, aby ktoś kiedyś zauważył, że Pan Bóg jest zawsze większy niż jakiekolwiek nasze przewidywania”.

Kiedy się oglądam wstecz i widzę swoje liczne zaangażowania i prace, to muszę przyznać, że wszystkie moje aktywności, szczególnie te najtrudniejsze, wydarzyły się, bo zawierzyłem Panu Bogu, Jezusowi i Jego Najświętszej Matce, świętemu Jackowi i Janowi Pawłowi II. Tak było z pracą z młodzieżą, tak było z Jamną, a szczególnie z Lednicą. Starałem się oprzeć na skale, ponieważ widziałem, jak słabym jestem człowiekiem i że wszelkie szamotanie się nie ma sensu, jeśli nie jest spełnieniem woli Bożej. A zatem zawierzenie. Często wyrażałem to na piśmie, ponieważ bałem się natłoku myśli nieuporządkowanej. Tak jest nadal. Codziennie wieczorem mówię do Jana Pawła II: Jak mnie w to wszystko wrobiłeś, to teraz mi pomagaj! I pomaga.Taki prywatny jubileusz to najwyższy czas, aby złożyć wyznanie wiary. W końcu jestem w jakiś sposób osobą publiczną, ludzie mnie widzieli i tu, i tam, na ulicy i w kościele, przy ołtarzu czy w telewizji. Coś powiedziałem i coś napisałem, więc trzeba by to wszystko jakoś podsumować. Trzeba będzie kiedyś zrobić do tego wstęp i zakończenie, swoistego rodzaju posłowie.

Otóż całe moje życie spowite jest całunem wiary. Wiara jest przestrzenią mojego początku i mojego końca. Tego, co przede mną, i tego, co za mną. Dzięki wierze wiem, skąd przychodzę i dokąd zdążam. Nie okrywa mnie ciemność, ale światło. Dzięki wierze wiem, że głównym nurtem rzeczywistości jest życie i jego przekaz. Transmisja życia dokonuje się poprzez zrodzenie. Głęboką intuicję tego odnajduję w wierze objawionej i przekazywanej nam w Kościele. Kocham Kościół, który jest moim domem i moją matką. Kocham Go, pomimo że taki jest bezbronny i upokarzająco ludzki. Podobny do Zbawiciela. Ale to Kościół objawił mi Chrystusa i Jego miłość. Więc jakże mam nie kochać rodzinnego domu?

Najważniejsze jednakże okazały się relacje. To, że jestem związany miłością. Że będąc wolny, wcale wolny nie jestem, bo moim ograniczeniem jest właśnie miłość. A zatem nie mogę robić tego, na co przyszłaby mi ochota, ale tylko to, co podpowiada i nakazuje miłość. W sobie samym jestem związany miłością.

Ta miłość jest jak trójdźwięk w muzyce, który ma wiele przewrotów, trzy podstawowe tony oraz wiele ich układów i przekształceń. Są to relacje ojcostwa, synostwa i braterstwa. Zdumiewam się ich odbiciem w moim życiu.

Ludzie zwracają się do mnie: ojcze! Pamiętam czas, kiedy wzdrygałem się i każde takie odezwanie wzbudzało we mnie sprzeciw i odruch dezaprobaty. Ale w końcu przestałem uciekać przed tym słowem i przed rzeczywistością, jaką ono oznacza. Dogonili mnie młodzi ludzie, moje dzieci, ci, których nie chciałem, których się trochę wstydziłem i których pojawienie się było dla mojej ówczesnej wyobraźni obrazą i poniżeniem. Dojrzewałem powoli do słowa: ojciec. Powoli wypełniało się ono dla mnie treścią, czyli konkretnymi ludźmi.

Dzięki Chrystusowi wiem, że Bóg jest Ojcem, że ma dom, do którego mnie zaprasza i w którym na mnie czeka. Że wszystko zrobił dla mnie, stworzył świat i innych ludzi, a potem dla mnie i dla mojego zbawienia zstąpił z nieba na ziemię i stał się człowiekiem. Że jest do nas podobny we wszystkim z wyjątkiem grzechu… Bóg jest Ojcem i daje nam swojego Syna, daje nam siebie. Bo ojciec zawsze daje. A zatem umieć dawać… Dawać to, co najlepsze. Bóg daje nam miłość, bo sam jest miłością.

Bóg, będąc Ojcem, daje nam swojego Syna Jezusa. Jezus objawił się nam jako Syn Boży. Od Jezusa uczymy się bycia synem.   Czyim jestem synem? Kościoła na pewno, Pana Boga, własnych rodziców, zakonu. Jestem też synem własnej ojczyzny, własnego profesora, tych wszystkich, którzy dali mi siebie, poświęcili się dla mnie, pomogli mi coś zrozumieć, być lepszym, mądrzejszym, którzy zechcieli mnie urodzić do jakiejś lepszej sytuacji, do odkrycia wartości, do większej świętości. Być synem to umieć wziąć, wejść w dziedzictwo ojca, pozwolić ojcu być ojcem. To młodzież pozwoliła mi być ojcem i urodziła mnie do ojcostwa, do tego, aby już nie żyć tylko dla siebie. Tak, będąc moimi dziećmi, stali się moimi rodzicami. Być ojcem własnego ojca! Dlatego jestem synem tej młodzieży. To ona mnie zrodziła do nowej jakości życia. Tej jakości, którą żyję obecnie.

Jako ci, którzy mamy Boga za Ojca i przez to jesteśmy dziećmi Bożymi, między sobą jesteśmy braćmi i siostrami. To, że patrzę na ludzi jako na braci i siostry, zawdzięczam Chrystusowi. To znaczy nie z góry ani nie z dołu, ale wprost, życzliwie, z miłością. I tak jak ojciec potrafi dawać, syn potrafi wziąć, tak bracia winni umieć się podzielić. Braterstwo w Duchu Świętym.

Tak oto wierzę i wyznaję, że Trójca Przenajświętsza jest największą prawdą mojej wiary, którą wyznaję wespół z innymi w Kościele Chrystusowym prowadzonym przez Piotra. Codziennie wyznaję tę prawdę, czyniąc znak krzyża świętego: W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Tak wierzę, tak wyznaję, tak staram się żyć.

I każdego dnia odpowiadam jak Piotr Jezusowi: Tak, na twoje słowo zapuszczam sieci. Spostrzegam, że ja żyję na Jego słowo. Nie tylko żyję, ale wiszę na tym słowie. I wisiał tak będę, dopóki On zechce.

Chciałem wyznać przy okazji skończenia sześćdziesiątego roku życia, że moim jedynym bogactwem, wartością i domem są relacje w wierze. Na nie liczę w tym życiu i po śmierci. Relacja z Jezusem jest moją największą nadzieją na zmartwychwstanie i życie wieczne.

I chociaż otacza mnie dzisiaj mnóstwo ludzi i odróżniam zapach każdego, to przecież zapachy z dzieciństwa pozostały niezaspokojoną tęsknotą. I chociaż zapachy otaczających mnie ludzi są kolejnym stopniem wyrafinowania, to przecież podstawowe pozostają te trzy: domu, szkoły i kościoła, jako punktów organizujących moją przestrzeń w dzieciństwie. Idąc śladem zapachów, poszukuję teraz swojego wiecznego domu, swojego wiecznego zajęcia i swojej wiecznej świątyni. Jestem najgłębiej przekonany, że węch mnie nie omyli, że jestem na dobrej drodze, że dojdę. Ale gdy już dojdę, czy tam też będzie pachniało? Wierzę, że będzie.

Naucz nas, Panie, liczyć dni nasze, byśmy zdobyli mądrość serca…
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...