Nauczyć ludzi żeglować

Paweł Kozacki OP, Wojciech Prus OPJeden z naszych braci wspominał, że Ksiądz Biskup podczas święceń, których udzielał w 2001 roku, powiedział: „Czy ci, którzy byli święceni na progu XX wieku, sto lat temu, wiedzieli, co ich czeka, do czego zostali powołani? Czy wy wiecie, do czego zostaliście powołani?”. Czy w 1988 roku, przyjmując konsekrację biskupią, spodziewał się Ksiądz Biskup, co go czeka?

kard. Kazimierz Nycz: Byłem w seminarium, kiedy trwał II sobór watykański i tuż po jego zakończeniu, a więc wtedy, gdy stare spotykało się z nowym. Z tej perspektywy widać, jaką drogę przeszliśmy, jakie zmiany zaszły w Kościele i w świecie. Za odnową posoborową przyszedł wybór Papieża oraz zmiany społeczne i polityczne w Polsce i Europie. W pierwszych latach mojego kapłaństwa mieliśmy do czynienia z ewolucją, natomiast po roku 1989 z rewolucją. Leżąc w 1988 roku w katedrze przed święceniami biskupimi, nie wyobrażałem sobie, że moja posługa biskupia będzie tak zróżnicowana pod względem spraw i problemów, którymi będę się zajmował.

Jedną ze zmian była zmiana miejsca posługi. Z Krakowa do Koszalina i Kołobrzegu, z biskupa pomocniczego na ordynariusza.

W moim wypadku na jedną zmianę nałożyły się dwie. Przejście z funkcji biskupa pomocniczego na biskupa diecezjalnego jest przede wszystkim zmianą zakresu odpowiedzialności. Teraz jest o wiele większa. Na to się nałożyła różnice mentalności pomiędzy środowiskami, w którym przyszło mi żyć. Obecna diecezja to teren, z którego sześćdziesiąt lat temu odeszli wszyscy starzy mieszkańcy i przyszli nowi. Kościół przez ostatnie trzy pokolenia wykonał ogromną pracę wśród ludzi wykorzenionych, ale jest ona niewystarczająca, by wytworzyć nowe tradycje. Nie ma prostej recepty, jak z ludzi z Wileńszczyzny, z Lwowskiego i z centralnej Polski oraz z grekokatolickich Ukraińców przywiezionych podczas akcji „Wisła” wytworzyć jedną społeczność. Nie da się wszystkich wrzucić do tygla i stopić w jeden kruszec. Musimy w tutejszym Kościele uszanować odmienność ludzi, tworząc jedność w tym, co najważniejsze.

Jak Ksiądz Biskup określa priorytety swojej posługi w tej diecezji?

Próbuję być do dyspozycji tutejszych księży, wiem, że w Krakowie poświęcałem im zbyt mało czasu. Nie wszystko może robić tak jakby chciał biskup pomocniczy. Wiem, że to, co zrobi pięciuset pięćdziesięciu kapłanów w diecezji, jest wielokrotnie ważniejsze i większe niż to, co sam mogę robić. Jestem mocny ich mocą i siłą. To mój priorytet. Po dwóch latach widzę, że potrzebuje on uzupełnienia — trzeba wychować świeckich apostołów. Jako księża nie dotrzemy do niektórych ludzi może nawet do większości, dlatego do pierwszego priorytetu dokładam równorzędny: formowanie w każdej parafii elit. Ksiądz bez zaangażowanych świeckich nie obsłuży ludzi, którzy przychodzą do kościoła, a tym bardziej nie dotrze do tych, którzy nie przychodzą.

Na czym ma polegać formowanie elit?

Chodzi o ludzi w parafii, którzy będą uobecniać Kościół we wszystkich środowiskach. Widzę dużą szansę w przygotowaniu do sakramentów. Proszę i wymagam, żeby przygotowanie do bierzmowania odbywało się w małych grupach, żeby ksiądz pracował z animatorami, a animatorzy pracowali z grupkami ośmiu, dziesięciu, dwunastu bierzmowanych. Z wielką radością patrzę, jak młodzi ludzie, którzy wyrośli z oazy czy z innej grupy, prowadzą przez kolejny rok grupę do bierzmowania, sami się rozwijają, czują się potrzebni.

Biorąc do ręki List św. Pawła do Koryntian o mistycznym Ciele Chrystusa, o różnych członkach tego ciała, o różnych powołaniach i charyzmatach, podświadomie dzielimy członków Kościoła na biernych i czynnych. Chcemy, by ludzie przychodzili po usługi do parafii, zamiast każdemu z nich pomagać odkryć powołanie, miejsce, w którym Pan Bóg potrzebuje jego aktywności.

Kapucyn, ojciec Roman, w dużej parafii pilskiej potrafił przygotowywać dwustu bierzmowanych w dwudziestu sześciu grupach. Miał świetnych współpracowników, którzy prowadzili pracę z animatorami. Jego pozytywny przykład promieniował na inne parafie. Gdy skończył drugą kadencję proboszczowską, poprosiłem na kolanach prowincjała i zrobiłem go ojcem duchownym w moim seminarium. Z dwóch powodów: żeby wszczepić trochę innej duchowości i po to, by jako dwukadencyjny proboszcz przekazywał klerykom to, co powinno być dla nich normą. Neoprezbiterzy muszą wyjść z seminarium gotowi do pracy w parafiach innych niż te, w których my pracowaliśmy.

Biskup też nie dotrze do wszystkich. Jeden z moich znajomych księży powiedział: „Nie chciałbym być biskupem, bo on musi ciągle święcić, wizytować czy odbywać oficjalne spotkania”. Na co idzie gros czasu biskupa?

Jeśli chodzi o uroczystości społeczne, to staram się być tam, gdzie się dokonują ważne rzeczy dotyczące człowieka. Na przykład, współpracować z samorządami w projektach, które dotyczą kształcenia dzieci i młodzieży. Katecheci i proboszczowie wyszukują młodzież biedną i zdolną, a np. prezydent Koszalina daje każdego roku kilkadziesiąt miejsc darmowych w internatach, żeby ci młodzi ludzie mogli się kształcić. Dużo czasu poświęcam na odwiedzanie księży. W ciągu pierwszego półrocza mojej posługi objechałem wszystkie parafie i z każdym kapłanem rozmawiałem osobiście. W następnym roku zapraszałem księży do siebie na spotkania i rozmowy w małym gronie. W tym roku jeżdżę do dekanatów i spotkam się w grupie najwyżej dziesięciu, dwunastu księży na czterogodzinnej rozmowie na konkretny temat duszpasterski. Nie chcę być tylko tym, który instruuje i zarządza przez pisma, ale być w kontakcie duszpasterskim czy braterskim z księżmi. To nie jest łatwe dla biskupa, bo nie jesteśmy raczej nauczeni słuchać, tylko mówić i nauczać, a i niektórzy księża woleliby, żeby kongregację czy spotkanie dekanalne szybko skończyć. Podczas wizytacji w parafii staram się też spotykać i prowadzić dialog z różnymi środowiskami. Bardzo dużo się wtedy uczę.

Zastanawialiśmy się, skąd biskup czerpie wiedzę o zmieniającej się rzeczywistości, czy nie jest człowiekiem oderwanym od świata, odgrodzonym przez kurialistów od realnych problemów ludzi.

To się dzieje podczas spotkań z ludźmi świeckimi. Wtedy widać, jak się zmieniają ludzie, młodzież, studenci. To nie jest ten sam świat, który był kilka lat temu.

Kim powinien być biskup dla kapłanów?

Oczywiście ojcem. Problem tylko w tym, jak w szczegółach to ojcostwo realizować.

Słyszeliśmy, że Ksiądz Biskup dał wszystkim księżom numer swojego telefonu komórkowego i zgodził się, by dzwonili o każdej porze dnia i nocy.

Korzystają czasem z tego. Po to jestem. Nie ma u mnie żadnych godzin urzędowania. Po to im dałem numer telefonu komórkowego, żeby mogli się umówić wtedy, kiedy tego potrzebują. Nie są zdani tylko na księdza kapelana, który ma mój kalendarz, ale mogą zgłosić się osobiście. Dać numer komórki to proste, znacznie trudniej doprowadzić do tego, by ksiądz, zwłaszcza młody, który ma prawo mieć problemy, przyszedł, żeby chciał nie tylko się otworzyć, ale żebym potrafił go wysłuchać, byśmy patrząc razem, w tym samym kierunku, widząc dobro Kościoła, do czegoś doszli. Gdy mówię o dobru Kościoła, mam na myśli dobro ludzi, dla których on pracuje w konkretnej parafii i w pewnym sensie mnie tam uobecnia. To jest trudne nie tylko wtedy, kiedy kapłan przeżywa problemy związane z tożsamością kapłańską, ale także wtedy, kiedy sprawa dotyczy chociażby pełnej dyspozycyjności księdza dla swoich parafian.

Czytając list, który Ksiądz Biskup napisał do księży na początku posługi, zwróciliśmy uwagę na fragment, który zapewnia: „Zawsze możecie przyjść do mnie z wszystkim, będę was bronił, jeżeli będziecie chcieli, to będę wam pomagał”. Równocześnie zapewnia Ksiądz Biskup: „Nie będę zamiatał spraw pod dywan, i jeżeli trzeba, to ta pomoc będzie polegała na stawianiu wymagań i oczyszczeniu”. Co może zrobić biskup w momencie, kiedy ksiądz oczekuje raczej zamiecenia spraw pod dywan i nie jest chętny, żeby go korygować?

Muszę wyważyć między miłością do konkretnej osoby a miłością do Kościoła. Można księdzu dać czas, aby uporządkował swoje sprawy. Jeżeli jednak nie widzę chęci zmiany, nie mogę mu dać takiego czasu, bo cierpi na tym parafia. Czasem trzeba postawić sprawę na zasadzie „albo, albo”. To jest najtrudniejszy moment dla każdego biskupa. Trudny, bo dotyczy spraw, które się tak pokomplikowały, że ksiądz powinien dokonać radykalnych zmian w swoim życiu, nawet jeżeli go to będzie bardzo boleć. Jeśli tego nie chce, to trzeba powiedzieć „dość”. Są sytuacje, kiedy ksiądz jest atakowany, krzywdzony przez media. Wtedy trzeba go bronić. Jeżeli jednak zarzuty są prawdziwe, to broniąc Kościoła, muszę się zdecydować, co jest bardzo trudne, że takiego człowieka trzeba nawet na pewien czas zawiesić w pełnionej funkcji.

Najtrudniejsze momenty dla biskupa to odejścia księży z kapłaństwa?

Niewątpliwie. Odejścia zawsze są trudne. Cierpi ksiądz, bo mało jest takich, którzy odchodzą w sposób cyniczny. Porzucanie kapłaństwa jest zawsze związane z jakimś dylematem. Bardzo często cierpi rodzina tego księdza, parafia czy parafie, w których pracował i wreszcie Kościół diecezjalny. Czasem chciałbym powiedzieć: „Co masz czynić, czyń”, a z drugiej strony nie chcę tego mówić, bo nie wiem, jak się jego życie ułoży. Nie jestem panem niczyjego życia.

Kiedyś rozmawiałem z jednym biskupów i usłyszałem zdanie: „Cóż ja mogę? Mogę tylko zachęcać, ale to, czy dany proboszcz czy wikary podejmie zadanie czy nie, to jest jego dobra wola”. Jakie ma Ksiądz Biskup instrumenty mobilizowania kapłanów do działania?

Im jestem starszy, tym lepiej widzę, który z kleryków w seminarium ma pazur do czegoś, który się wyrywa i będzie się nadawał do młodzieży, który do studentów, a który do katechizacji. Najgorzej gdy się do niczego nie nadaje, nic mu nie wychodzi. W związku z tym widać, którego księdza będzie można mobilizować, a którego nie bardzo. Instrumentem mobilizacji mogą być zmiany na placówkach. Wśród księży funkcjonuje obraz parafii awansującej i nieawansującej. Tym, którym się coś udaje, którym się chce, którzy wprowadzają zmiany, staram się dawać większe zadania. Wtedy księża widzą, że biskup dostrzega ich zaangażowanie, docenia ich pracę.

Czyli nie ma reguły, że ktoś zostaje proboszczem, bo przyszła na niego kolej.

Tego nigdy nie robiłem i myślę, że nie będę robił, nawet jeżeli to się komuś nie podoba. Wierzę, że każdy z księży proboszczów na swój sposób się stara i ma dobrą wolę. Jednym wychodzi to bardzo dobrze, innym troszkę gorzej. W przypadku proboszcza bardzo trudno połączyć dwie rzeczy: bycie dobrym duszpasterzem z funkcją budowlano–administracyjną. Tu jest tak jak w populacji ludzi świeckich: instynkty menedżerskie ma nie więcej niż 15–20 procent. Trudno znaleźć człowieka, który by się świetnie nadawał do budowy kościoła, a równocześnie był doskonałym duszpasterzem. Bardzo często jest tak, że do parafii po człowieku, który prowadził świetnie duszpasterstwo, spędzał godziny w konfesjonale, umiał prowadzić każdą grupę, po piętnastu czy dwudziestu latach trzeba na krótki okres posłać kogoś, kto uporządkuje sprawy materialne.

Kiedyś na łamach „W drodze” poruszaliśmy temat wypalenia księży. Zdarza się, że ci, którzy mają pazur, biorą na siebie za dużo, bo ciągle jest ich za mało. Jak Ksiądz Biskup widzi rolę naśladowania Pana Jezusa, który powiedział Apostołom: „Idźcie i odpocznijcie nieco”.

Nie dojrzeliśmy jeszcze do tego, żeby proboszcz parafii, w której pracował ileś lat, robił sobie przerwę i szedł na rok odpoczynku. Były takie wypadki w diecezji krakowskiej, ale ten, który przyszedł go zastąpić, już w tej parafii zostawał. Myślę, że to nie jest tak, iż biskup czy ksiądz nie ma czasu na modlitwę i odpoczynek. To jest kwestia nieumiejętnego zorganizowania czasu. Zagonienie i aktywizm może być oznaką wypalenia. Dzięki Bogu, część księży potrafi zadbać o siebie. Ja się kontroluję w ten sposób, że gdy wyjeżdżam na urlop, mierzę swoją zdolność wyłączenia się liczbą telefonów do moich zastępców. Jeżeli widzę w komórce, że za często dzwonię, to jest to dla mnie znakiem, że nie potrafię oddać inicjatywy, że chcę wszystkie sznurki trzymać w ręku. To jest też kwestia zaufania do tych, których zostawiam.

Czyli Ksiądz Biskup dba o regularność wypoczynku?

Różnie z tym bywa, ale staram się w ciągu tygodnia znaleźć dwie, trzy godziny na spacer nad morzem, aby oderwać się od wszystkiego, spokojnie pomyśleć, żeby zdobyć pewien dystans.

Jak Ksiądz Biskup przeżywa pełnię kapłaństwa, fakt, że jako biskup jest następcą Apostołów?

Nie chciałbym na ten temat mówić górnolotnie. Najbardziej przeżyłem to raz w życiu, w Krakowie u saletynów, tydzień po święceniach biskupich, kiedy udzielałem pierwszych w życiu święceń kapłańskich. Teraz przeżywam to zawsze przy święceniach kapłańskich i diakonatu. Czuję, że wchodzę w ten łańcuch rąk, w sukcesję, w pełnię i robię to, czego nie–biskup zrobić nie może. Czasem to przeżywam, kiedy jestem na ważnym gremium rzymskim, w kongregacji, w której podejmuje się istotne decyzje. Czuję wtedy łączność z Kościołem powszechnym. Czasem zdarza mi się to przy poważnych dyskusjach na konferencjach episkopatu, kiedy w grę wchodzi teologiczna kolegialność. Doświadczam wtedy więzi kolegium biskupiego. Natomiast na co dzień, to muszę to sobie przypominać, że zostałem obdarzony pełnią kapłaństwa.

Na jednym z odpustów rozmawiałem z księżmi mającymi około siedemdziesiątki. Dotknęło mnie, gdy powiedzieli, że najbardziej dramatyczną chwilą w życiu księdza diecezjalnego jest przejście na emeryturę. Mówili ze smutkiem, że wszystko muszą sobie sami załatwiać. Jak wyraża się troska Księdza Biskupa o starość księży?

Niewątpliwie w zakonach jest łatwiej, bo zakonnik zostaje w klasztorze. Jeśli chodzi o moją diecezję, to mam młode pokolenie księży, z przeciętną wieku czterdzieści lat. Diecezja powstała w 1972 roku i wszyscy, którzy pracowali przedtem, pożyczeni z zakonów i z innych diecezji, na emeryturę powracali do swoich środowisk. Między biskupem Ignacym Jeżem, który w przyszłym roku będzie świętował siedemdziesiąt lat kapłaństwa, czyli między rocznikiem święceń 1937 a rocznikiem 1955, nie ma nikogo. Pierwsi księża emeryci dopiero się pojawiają. Uważam i mówię to księżom przy każdej okazji, że proboszcz na emeryturze powinien mieszkać przy parafii. Jeżeli jeszcze jest sprawny, to powinien mieć możliwość uczestniczenia w posłudze konfesjonału, by czuł się potrzebny. Jestem przeciwny komasowaniu księży w diecezjalnych domach starców. Inną sprawą jest to, że często jesteśmy na pierwszym miejscu zadowoleni z funkcji w kapłaństwie, a dopiero na drugim miejscu z kapłaństwa jako takiego. W związku z tym, gdy przychodzi wiek emerytalny, późno, bo siedemdziesiąt pięć lat to dużo, gdy się kończy funkcja proboszcza, to świat się wali.

Spotkałem kiedyś w Chorzowie Ślązaka, który przez wiele lat był proboszczem. Dziś mówi: „I teraz, proszę ksindza, to ja się rano budza, to jak się umyje i zjem, to idę na cały dzień do kościoła i so siedza”. Pomyślałem sobie, że to może jest odpowiedź na potrzebę ludzi świeckich, żeby mieć dostęp do księdza i móc z nim porozmawiać.

Jeżeli ktoś miał całe życie czas dla ludzi, ludzie do niego przychodzili, to jako emeryt będzie to robił jeszcze lepiej. Natomiast jeżeli ktoś całe życie bardziej był urzędnikiem, to się bardzo boi, co będzie robił na emeryturze. Spotkałem jednak trochę takich księży, którzy proszą o emeryturę w wieku sześćdziesiąt pięć lat. Stwierdzają, że można być odciążonym od wszystkich stresujących spraw związanych z zarządzaniem, a pozostać wspaniałym, potrzebnym, kochanym księdzem.

Kilka lat temu, W rozmowie redakcyjnej poświęconej książce Józefa Tischnera „Ksiądz na manowcach” Ksiądz Biskup powiedział, że jesteśmy przyzwyczajeni do tego, żeby dobrze czuć w środku, gdzie wszystko jest już ustalone, a Ewangelia to znaczy wyjść na manowce. Jak zatem wychodzić na manowce, skoro nie wszystkim katolikom się to podoba?

Tischner wyprzedzał swoją epokę, zarówno w diagnozie sytuacji, jak i w terapii. Drażnił księży i był dla nich kontrowersyjny, bo nie tylko chodził po manowcach, zbierał tam ludzi i wskazywał im drogę do Boga, ale lubił drażnić tych, którzy siedzieli w ciepełku środka. Przykładał proboszczom tradycyjnym, którzy tego mu nie mogli zapomnieć. Nie robił tego ze złośliwości, ale po to, aby pobudzić do myślenia. Drugą kwestię postawił ostatnio Szymon Hołownia w artykule „Kościół w krainie czarów”, opisując sytuację, gdy Kościół polski przychodzi do doktora. Ktokolwiek jest tym doktorem, to się mu każe rozebrać i pokazać miejsca obolałe. Nie chcemy się przyznawać do tych miejsc obolałych, takich, które wymagają leczenia. Dopóki będziemy żyć świadomością, że się nic nie zmieniło, że wszystko w Kościele polskim jest w porządku, to nie zauważymy procesów, które mu zagrażają. Będziemy się obrażać, że ktoś pisze o manowcach, przekonani, że w Polsce manowców nie ma! Tymczasem manowce są. Jeżeli Kościół chce być obecny w świecie z Ewangelią, to szukanie takich zapaleńców, takich Tischnerów–bis, którzy mają zdolność chodzić po obrzeżach, jest konieczne. Tischner księżom, którzy się na niego oburzali, mówił: „Wy sobie duszpasterzujcie w środku, ja wam kogoś znajdę, to go wam podprowadzę i wy już będziecie dalej prowadzić katechezę. Tylko go nie zepsujcie!”. Kościół w dzisiejszym świecie, jeśli chce być wierny Ewangelii, musi nauczyć się korzystania z mediów. Nie chodzi o media konfesyjne, bo one są dla wierzących. Jeśli ktoś dyskutuje o koncepcji radia, telewizji czy gazety, i twierdzi, że jest za mało pobożna, to uprawia pozorną dyskusję. Kościół musi być obecny w mediach świeckich, nawet jeżeli one nie są takie, jakie byśmy chcieli. Jeżeli zamkniemy się tylko w mediach konfesyjnych, to będziemy docierali tylko do tych, którzy pod ambonę i tak przychodzą. Jeśli Kościół porównany do wyspy na niespokojnym oceanie, to czekanie na to, że morze się uspokoi, jest bzdurą. Będziemy siedzieć na tej wysepce jak zamknięci w wieczerniku apostołowie albo umacniać brzegi wysepki. To nic nie da, bo fale będą zabierać brzeg, jak Bałtyk zabiera wysoki klif wybrzeża. Nigdy nie będzie spokoju wokół Kościoła, dlatego pierwszym jego zadaniem jest szkolić ludzi, by stali się dobrymi żeglarzami, którzy poradzą sobie ze wzburzonym oceanem. Trzeba szkolić elity, uczyć je żeglować po trudnym świecie i wyławiać tych, co się potopili.

Czy biskup zawsze ma rację? Czy często ktoś Księdzu Biskupowi zwraca uwagę na błędy?

Staram się nie stwarzać takiego dystansu wobec księży, wobec ludzi, by nie blokować możliwości zwrócenia mi uwagi. Bardzo często słyszę uwagi na małych sesjach kurialnych. Bogu za to dziękuję i staram się nigdy nie obrażać. Czasami słyszę uwagi od księdza kapelana, czasem od kurialistów, czasem od jakiegoś księdza. Pytacie, czy biskup się myli. W nauczaniu, w łączności z papieżem, w doktrynalnych sprawach nie, natomiast jeżeli chodzi o sprawy dotyczące zarządzania, spraw gospodarczych czy duszpasterskich to tak. Duszpasterstwo nie jest dogmatem, tylko formą głoszenia. Tu trzeba eksperymentować. W jednej diecezji czy parafii coś się spodoba, a w innej to samo nie. Chodzi o to, żeby nie było takiej parafii, w której nie ma nic nowego, tylko utarte schematy. W miastach mojej diecezji — Koszalinie, Pile czy Słupsku — wręcz zachęcam, żeby jedna parafia miała dobre duszpasterstwo nauczycieli, druga lekarzy, trzecia ludzi nauki…

Czytaliśmy w listach Księdza Biskupa, że chce Ksiądz wprowadzać duszpasterstwo akademickie w każdej parafii.

Dzisiaj istnieje u ludzi jeszcze tradycyjne przywiązanie serca do Kościoła, ale głowa jest już meblowana przez prądy laickie, które idą przez media. Jeżeli tego nie uwzględnimy i nie zaczniemy katechezy dorosłych, a za takich uważam studentów, to może się okazać, że pokolenie dzisiejszej młodzieży będzie przygotowane zawodowo, językowo, ale brak mu będzie właściwego fundamentu aksjologicznego, na którym powinno kształtować swoje życie.

Nie zauważamy ciągle jednej rzeczy, która zaszła w społeczeństwie. Gdy w latach 60. w Krakowie studiowało pięćdziesiąt tysięcy studentów, mieliśmy w dwudziestu duszpasterstwach akademickich pięć tysięcy studentów, czyli 10%. W latach 80. mieliśmy 2–3%. W tej chwili nie ma tam nawet jednego procenta, bo frekwencja w duszpasterstwach się nie zwiększyła, a studentów w Krakowie jest trzysta tysięcy. Podobnie jest wszędzie. Jeżeli Kościół w Polsce nie wyjdzie ze stereotypu i najwięcej czasu będzie poświęcał dzieciom przed bierzmowaniem oraz ludziom starszym, a zapominać będzie o ludziach między bierzmowaniem a emeryturą, to obudzimy za dziesięć, dwadzieścia lat z Kościołem, w którym ludzie będą obróceni do niego bokiem, jeśli nie tyłem. Pamiętam Niemca z Bawarii, który mówił: „Proszę księdza biskupa, w Bawarii czterdzieści lat temu mieliśmy dokładnie to, co wy w Polsce macie: pełne kościoły. Dziś już tego nie ma”. Musimy docierać do młodzieży po bierzmowaniu, po gimnazjum, pomagać im w odkrywaniu życiowego powołania. Jeżeli połowa populacji studiuje, to nawet w maleńkiej wiejskiej parafii studentów jest kilkunastu albo kilkudziesięciu. Połowa z nich to studenci zaoczni. Przyjeżdżają do miasta dwa razy w miesiącu na dwa dni i mają tak zapchany plan zajęć, że nawet na mszę nie mają czasu. Żadne duszpasterstwo akademickie ich nie obejmie. Jedyną szansą objęcia opieką duszpasterską dwóch milionów studentów jest parafia rodzinna. Studenci w miastach też są bardzo zagonieni, często robią dwa kierunki, mieszkają rozproszeni, na stancjach, a nie w akademikach, więc każda parafia powinna im coś zaproponować. Z księdzem biskupem Jędraszewskim na konferencjach episkopatu mówimy, że musimy stworzyć trzy poziomy duszpasterstwa akademickiego. Duszpasterstwa profesjonalne, wyspecjalizowane, całkowicie nastawione na studentów, w których jest kilku duszpasterzy. Drugi poziom to duszpasterstwo we wszystkich większych parafiach miejskich. Trzeci polegać będzie na okazjonalnych spotkaniach studentów w każdej parafii.

Akcentując konieczność duszpasterstwa inteligencji, Ksiądz Biskup zaprasza wiernych na odpust do Skrzatusza, na piętnastolecie pobytu Jana Pawła II na Górze Chełmskiej. Czuje się Ksiądz Biskup powołany do podtrzymywania pobożności masowej?

Pan Jezus nie był mistrzem dla tłumów. Tłum wołał: „Hosanna”, ale też „Ukrzyżuj!”. Jezus był mistrzem dla swoich uczniów, dla tego grona, które wybrał. To jest dla nas wzór jako dla Kościoła w Polsce. Żeby zaistniała relacja mistrz — uczeń, musi być odpowiednia liczba osób. Mamy ciągle ludzi w kościele, a więc mamy bazę, na której można budować, i Bogu dzięki, że ją mamy. Pewien Francuz powiedział mi kiedyś: „Jeszcze macie ludzi, jeszcze macie co pogłębiać, a my musimy ludzi dopiero szukać”. Daleki jestem od deprecjonowania katolicyzmu masowego czy tradycyjnego. Szanujmy go, ale starajmy się ten katolicyzm pogłębiać przez relacje mistrz — uczeń, żeby każdy z nas, księży czy biskupów oprócz tych ludzi, do których mówi w tłumie, miał owych siedemdziesięciu dwóch, miał tych dwunastu i miał tych trzech. Gdyby każdy z nas, trzydziestu tysięcy księży w Polsce, w swoim życiu kapłańskim uformował głębiej dziesięciu ludzi, to byłby to potężny trzystutysięczny zaczyn katolików świeckich. Nie mówię tego a vista. Wczoraj miałem okazję przeczytać książkę Zapis drogi uczniów Karola Wojtyły i zweryfikować ją, ponieważ spośród siedemnastu spływów wakacyjnych organizowanych przez Wojtyłę dwanaście czy trzynaście było na terenie mojej diecezji: Drwa, Gwda, Różyca, Krępsko, Słupia, Parsęta… Przyjeżdżali tu, tu biwakowali. Dziś są to ludzie w wieku siedemdziesięciu lat, profesorowie, ich dzieci i wnuki. Grupa, która towarzyszyła Karolowi Wojtyle przez trzydzieści, czterdzieści lat, wcale nie była wielka, liczyła około sześćdziesięciu osób, a teraz rozrosła się do trzystu. Nie trzeba się ich wstydzić. Wcale nie wyrosło z niej wielu księży. Przyszły papież jako duszpasterz mówił do nich konferencje, był z nimi latem na kajakach czy w zimie na nartach. Podkreślają, że na ich oczach przeżywał swoje kapłaństwo: swój brewiarz, mszę świętą, był razem z nimi. To nie był drużynowy, który zaliczył robotę na obozie i wieczorem szedł sobie z kolegami księżmi. On ich słuchał. Miłość i odpowiedzialność powstała z pytań młodych ludzi, na które odpowiadał. Potrzeba tłumów na pielgrzymkach i odpustach, by uformować garstkę ludzi. Musimy pogłębiać to, co mamy, a nie krytykować.

Prawdę powiedziawszy, bardziej boję się o katolicyzm południa Polski niż ten, który widzę w swojej diecezji. Tutaj, jeżeli się zdarzy znaleźć wyśmienitego księdza i posłać go do parafii, to on potrafi w ciągu paru lat wydźwignąć parafię bardzo wysoko, także w wymiarze uczestnictwa w niedzielnej Eucharystii. W pewnych rejonach Polski, a do nich zaliczam Pomorze, mniej ludzi utrzymuje regularnie kontakt z Kościołem, ale już nie ubywa wiernych. Jeśli ubywa, to mniej niż gdzie indziej. Obawiam się natomiast, że na południu katolicyzm czasem przypomina las, a wierni drzewa rosnące w środku lasu. Nie potrzebują one głębokiego korzenia, bo inne drzewa dają im osłonę. Tam katolicyzm masowy jest czasem motywowany tym, że ludzie idą do kościoła, bo ich sąsiad widzi. Może stać się coś niedobrego, kiedy ci ludzie znajdą się w Europie, w Ameryce. Kiedy zabraknie tej tylko zewnętrznej motywacji, może zabraknąć odpowiedzi na pytanie, dlaczego jestem w Kościele. A jest to odpowiedź podstawowa dla osób o pogłębionej religijności.

Czy nie brakuje Księdzu Biskupowi Jana Pawła II?

Brakuje i emocjonalnie, i intelektualnie, ale widzę, jak twórczo go zastępuje Benedykt XVI. Ta zmiana jest przykładem działania Ducha Świętego w Kościele. Tamten papież był mistykiem, widzącym, szedł z entuzjazmem i zaniósł Kościół na cały świat, mówiąc, że trzeba i warto być chrześcijaninem. Natomiast Benedykt, znając wszystkie cynizmy współczesnego człowieka i wątpliwości intelektualne dzisiejszego świata, nieustannie mówi, dlaczego trzeba być chrześcijaninem i jak nim być. Ma dar mówienia trudnych rzeczy w bardzo prostych słowach. To jest jego wielkość. W swojej diagnozie, być może bardziej pesymistycznej, mówi dużo więcej o Europie, ale kiedy dochodzi do terapii, to okazuje się, że mówi tym samym głosem, co poprzednik. „Otwórzcie się na Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego, źródło wiary, otwórzcie się!” czy „Nie lękajcie się!”. To jest ten sam głos. Cieszę się z takiej kontynuacji. Myślę, że Polacy nie oczekiwali, że pontyfikat Benedykta XVI będzie zbiorem cytatów z pontyfikatu Jana Pawła II. I Bogu dzięki, że obecny Papież jest sobą.

Co najpiękniejszego jest w posłudze biskupa?

Jest kilka momentów, które przeżywałem w Krakowie, a teraz jako biskup diecezjalny przeżywam jeszcze bardziej. Piękny i radosny jest dla mnie Wielki Czwartek. Próbuję otwierać dom, choć jest mały, i oprócz spotkania w katedrze zaprosić kapłanów po bratersku do siebie. Tym bardziej sobie to cenię, że księża tutaj przyjeżdżają, pokonując nieraz i dwieście kilometrów. Taka diecezja. Do najpiękniejszych należy niewątpliwie dzień święceń kapłańskich w Kołobrzegu, w wielkiej katedrze. Seminarium formujące nowych księży jest jak źrenica oka biskupa. Pozwala patrzeć optymistycznie na przyszłość Kościoła. Radosne są momenty, gdy konkretna parafii czy wspólnota potrafią się zmobilizować, zaangażować ludzi świeckich. Tu powszechne są festyny parafialne, które mogą być próbą zebrania środków na remont kościoła. Ludzie świetnie je przygotowują, włączają w to samorząd. Festyny trwają całą sobotę i niedzielę i bardzo integrują ludzi, pozwalają doświadczyć wspólnoty Kościoła. Warto pamiętać, że tutaj jest osiemdziesiąt siedem XIV–wiecznych kościołów gotyckich, z tego dziesięć dużych bazylik w Kołobrzegu, Białogardzie, Sławnie, Słupsku, Drawsku, Świdwinie… W diecezji krakowskiej oprócz kościoła Mariackiego, Wawelu, dominikanów i franciszkanów, na wsiach są tylko dwa kościoły gotyckie. W Małopolsce była bieda i budowali z drewna. Tutaj widać wpływy niemieckie. Mamy też czterysta pięćdziesiąt kościołów neogotyckich wybudowanych przez protestantów. Tymczasem parafii jest dwieście, a to znaczy, że każda parafia ma ze cztery filie. Każdy ksiądz na wsi odprawia cztery msze w niedziele i nieraz przejeżdża osiemdziesiąt, sto kilometrów. Podziwiam tutejszych księży, a gdy słyszę narzekającego wikarego z południa, że się zmęczył, bo odprawił jedną mszę w niedzielę i trochę pospowiadał, to zapraszam tutaj, żeby zobaczył, co to znaczy wychodzić do ludzi.

Nauczyć ludzi żeglować
kard. Kazimierz Nycz

urodzony 1 lutego 1950 w Starej Wsi k. Oświęcimia – polski duchowny rzymskokatolicki, doktor teologii, biskup pomocniczy krakowski (1988-2004), biskup diecezjalny koszalińsko-kołobrzeski (2004-2007), od 2007 r. arcybiskup metropolita warszawski i ordynariusz wiernych obrządk...

Nauczyć ludzi żeglować
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”....

Nauczyć ludzi żeglować
Wojciech Prus OP

urodzony 10 kwietnia 1964 r. w Poznaniu – dominikanin, rekolekcjonista, patrolog, duszpasterz wspólnoty Lednica 2000. Jako nastolatek należał do duszpasterstwa młodzieży przy poznańskim klasztorze, które wówczas prowadził...