Nauka chodzenia

Wojciech Surówka OP: W 2003 roku w Szczecinie powstało Międzynarodowe Centrum Studiów i Spotkań im. Dietricha Bonhoeffera. Dlaczego akurat tu?

Piotr Gaś: Parę powodów historycznych przemawiało za tym, by zająć się Bonhoefferem w Szczecinie. Miasto do 1945 roku znajdowało się poza granicami naszego kraju. Do tego czasu był to teren o zupełnie odmiennej kulturze i tradycji kościelnej. Nasza parafia od samego początku borykała się z problemami, które przeszkadzały w kształtowaniu życia zarówno wewnątrz wspólnoty, jak i w relacji ze środowiskiem. Dobrze znany w Polsce stereotyp, że każdy Polak jest katolikiem, a ewangelik Niemcem, postawił nas bezpośrednio przed problemem narodowościowym. Chodzi o urazy z czasu wojny oraz krzywdy z czasów powojennych, gdy sytuacja Niemców na Pomorzu Zachodnim zmieniła się diametralnie. Z tych powodów wzajemne kontakty były utrudnione. Potrzebny był nowy dobry impuls, który pomógłby nam zebrać się wokół Chrystusa i w pogłębiony sposób mówić o pojednaniu, wybaczeniu, budowaniu tego, co nazywamy społecznością wierzących. Trzeba było znaleźć wzorzec, przykład do naśladowania, który pomógłby nam zrozumieć, do czego Chrystus Pan nas zaprasza.

To nie był przecież jedyny powód zainteresowania się Bonhoefferem?

Ważniejszy był fakt, że w Zdrojach, dzisiejszej dzielnicy Szczecina, dawnym Finkenwalde, w latach 1935–1937 Bonhoeffer prowadził seminarium kaznodziejskie. Było ono jednym z pięciu seminariów na terenie Trzeciej Rzeszy prowadzonych przez Kościół Wyznający (Bekennende Kirche) będący w opozycji do ówczesnego reżimu hitlerowskiego.

Dotykamy tu trudnego problemu podziału, który nastąpił w Kościele w Niemczech. Był on reakcją na wprowadzenie jako obowiązującego tzw. „paragrafu aryjskiego”. Jak funkcjonował Kościół Wyznający w realiach Trzeciej Rzeszy?

W tamtym czasie w Kościele ewangelickim w Niemczech nastąpił podział na Kościół Niemieckich Chrześcijan (Deutsche Christen) i Kościół Wyznający, którego podstawą teologiczną było wyznanie sformułowane przez dwóch teologów: Karla Bartha i Hansa Asmussena, przyjęte przez synod w Barmen w maju 1934 roku. Było ono fundamentem konstruowania na terenie Niemiec ruchu kościelnego, który będąc w mniejszości, wywarł jednak ogromny wpływ na kształtowanie się świadomości chrześcijan wyznania ewangelickiego. Zarówno w czasie panowania ideologii narodowego socjalizmu, jak i po wojnie, wyznanie z Barmen miało niezwykłe znaczenie. Bonhoeffer nie do końca się z nim utożsamiał. Oczekiwał jaśniejszych sformułowań. Nie oznacza to, że protestował przeciwko temu wyznaniu, ostatecznie również je poparł. Rozumiał, że w czasie szczególnym trzeba się nauczyć rozsądnie stąpać i szukać sposobów przemawiania pełnym, odważnym głosem, tak żeby sygnały dawane ze strony Kościoła Wyznającego były dla obserwatorów i wierzących jasne. Od początku Bonhoeffer uważał narodowy socjalizm za zło, bezbożną ideologię prowadzącą do zaprzeczenia chrześcijaństwu.

Seminaria kaznodziejskie Kościoła Wyznającego były tolerowane przez władze Trzeciej Rzeszy, jednak uczestnictwo w nich wiązało się z pewnymi konsekwencjami. Wszyscy, którzy zjawili się w takim seminarium, musieli liczyć się z tym, że nie otrzymają pracy w oficjalnym Kościele, a liczba miejsc w Kościele mniejszościowym była ograniczona. Jeżeli chcieli pracować w Kościele aprobowanym przez nazistów, musieli pójść jeszcze raz do seminarium kaznodziejskiego, w którym program nauczania był ideologicznie dostosowany do wytycznych narodowego socjalizmu.

Seminaria kaznodziejskie, do których ukończenia byli zobligowani absolwenci wydziałów teologicznych, miały w okresie pół lub całego roku doprowadzić do tego, by studenci nabrali większej wprawy w sferze praktycznego działania jako przyszli duchowni, jak również mieli czas na rozwijanie formacji duchowej. Bonhoeffer był przeciwny tym seminariom. Uważał, że to strata czasu, ponieważ bardzo często ograniczały się one do powtórzenia studium teologicznego z pogłębieniem praktycznych aspektów pracy duchownego ewangelickiego.

Dlaczego w takim razie ostatecznie je poparł, a nawet sam jedno z takich seminariów prowadził?

Za czasów narodowego socjalizmu seminaria te były przeciwwagą dla oficjalnych seminariów kaznodziejskich prowadzonych przez Kościół Niemieckich Chrześcijan. Tych pięć seminariów Kościoła Wyznającego miało szczególne znaczenie — to była szansa dla młodych ludzi, absolwentów teologii, by spojrzeli na ten straszliwy czas z zupełnie innej perspektywy. Przygotowywali się tam na walkę, na danie świadectwa, które wielu z nich doprowadziło do męczeństwa lub więzienia.

Dlaczego seminarium umiejscowiono właśnie w Zdrojach?

Zdecydowały o tym prawdopodobnie względy praktyczne. Bonhoeffer znalazł się najpierw w Zinks nad Morzem Bałtyckim w ośrodku dla uczniów kręgów biblijnych Kościoła Nadrenii. Tam rozpoczął pracę ze studentami. Niestety, po niedługim czasie obiekt ten potrzebny był do dalszej pracy z dziećmi i młodzieżą, dlatego Bonhoeffer musiał się przenieść. Trafił do opuszczonego budynku dawnego pedagogium szczecińskiego, czyli dawnej szkoły dla dziewcząt. W pustym obiekcie musiał rozpoczynać od zera. Kaplicę urządzono w sali gimnastycznej. Jej wystrój przygotowano według bardzo klarownej koncepcji. Możemy tu mówić o jasnym niewerbalnym przekazie teologicznym. Na prostym ołtarzu umieszczono Pismo Święte i świece. Nad ołtarzem wisiał duży krzyż i tekst grecki, który można przetłumaczyć jako „jedynie” czy „tylko”. Było to nawiązanie do haseł reformacji, do sformułowań Lutra, że jedynie Pismo Święte jest podstawą naszego nauczania, zwiastowania i wierzenia. Krzyż, jako znak śmierci i zmartwychwstania, mówi o tym, że tylko Chrystus może być pośrednikiem między nami a Ojcem Niebiańskim. Te elementy, które przypominały o wierze — światło, Pismo Święte — wskazywały na to, że zbawienie przyjmujemy tylko w wierze w Chrystusa. Wreszcie to, co zawarte w krzyżu, o czym nam przypomina Pismo Święte, że tylko dzięki łasce możemy tego zbawienia dostąpić.

Studenci mieli zapoznać się podczas takiego seminarium z realiami życia w parafii. Przed wojną Finkenwalde to była malutka wioska, nie mogli więc mieć kontaktu ze zbyt wieloma wiernymi.

Nie byli zamkniętą wspólnotą i zapraszali na swoje niedzielne nabożeństwa okolicznych mieszkańców. Wierną uczestniczką tych nabożeństw była szlachcianka z Pomorza Ruth von Kleist–Retzow. Wspominam o niej, ponieważ w pierwszym okresie była opiekunką grupy. Organizowała pomoc dla studentów, począwszy od garnków, żywności, czegoś do spania, pościeli itd. Zebrała to wszystko, apelując do ziemian rozsianych na Pomorzu Zachodnim, którzy wspomogli jej dzieło.

Skoro Kościół Wyznający był w mniejszości, musiało to wymagać mobilizacji wielu zaprzyjaźnionych osób.

Było to możliwe, ponieważ na Pomorzu Zachodnim obok Niemieckich Chrześcijan istniał mocny ruch neopietystyczny, który dał odpór ideologii narodowego socjalizmu. Byli to często ludzie o pruskich, ale nie nazistowskich przekonaniach. Przy tym charakteryzowali się niezwykłą i ciepłą pobożnością. Już w latach 30. XX wieku w Szczecinie odbyło się święto, które zorganizował Reinhold von Thadden, pochodzący z miejscowości Trzygłów (ówczesna niemiecka nazwa Trieglaff, dom rodzinny rodu von Thaddenów). Było to święto Kościoła, które przypominało późniejszy tzw. Kirchen Tag, czyli Ewangelicki Dzień Kościoła, który odbywa się i teraz. (Współcześnie jego komitet organizacyjny ma siedzibę w Fuldzie w Niemczech). Właśnie dlatego, że Kościół ewangelicki na Pomorzu Zachodnim miał aktywne miejsca życia kościelnego, była możliwa pomoc dla seminarium kaznodziejskiego w Finkenwalde.

Jak wyglądało życie w Finkenwalde?

To, co robił Bonhoeffer ze swoimi studentami, było niezwykle proste, choć szokowało wielu przemądrzałych absolwentów wydziałów teologicznych. Dzień rozpoczynał się modlitwą. Przeważnie śpiewano pieśni ze śpiewnika kościelnego. Zawierał on zarówno tradycyjne chorały luterańskie, jak i pieśni współczesne. Stałym punktem dnia była medytacja. W książce poświęconej pobytowi Bonhoeffera w Zdrojach znajduje się pełna dokumentacja tekstów, które medytowali studenci. Nowość polegała na tym, że była to zawsze medytacja tematyczna, skupiona na tekstach biblijnych. Studenci byli w pewnym momencie zirytowani, niemal doszło do buntu, kiedy mieli rozważać przez tydzień jeden fragment. Było to uczenie pracy z tekstem, ale równocześnie lekcja pokory, w której medytujący miał się poddać Słowu. Trzeba powiedzieć, że seminarium to nie była tylko modlitwa. Studenci oddawali się również solidnej pracy teologicznej, ale także relaksowi w niedzielne popołudnia spędzane w ogrodzie, przy wspólnym czytaniu dobrej literatury, grach itd.

Bonhoeffer był wymagający.

Rudolf von Thadden, profesor historii mieszkający obecnie w Getyndze, ze swojego dzieciństwa w Trzygłowie wspomina wizytę Bonhoeffera. Pamięta, że jako chłopak grał z nim w ping–ponga. Bonhoeffer grał bardzo dobrze nie tylko w ping–ponga, ale również na fortepianie. Poza muzyką klasyczną, nie stronił również od jazzu, z którym miał okazję się zapoznać, będąc w Stanach Zjednoczonych. Do Zdrojów sprowadził swój fortepian, który oddał do dyspozycji wszystkich mieszkańców. Przewiózł tu również swój księgozbiór. I on był do dyspozycji studentów seminarium. Finkenwalde to nie była tylko szkoła, ale wspólnota braci, forma ewangelickiej wspólnoty zakonnej. „Życie wspólne” (Gemeinsames Leben), książka, która powstała w tamtym okresie, jest zapisem programu życia i kształtowania chrześcijanina na podstawie doświadczeń z tamtego okresu. Wywołała ona burzę w niektórych kręgach Kościoła ewangelickiego. Bonhoeffer został uznany za skłaniającego się ku tradycji Kościoła rzymskokatolickiego. Jego pobożność była uważana za zbyt pietystyczną. Dla niektórych było szokiem, że wykładowca, teolog o niezwykle wysokich kwalifikacjach naukowych, który wyszedł z nurtu teologii liberalnej, jest tak pobożny. Z jednej strony uważano go za zbyt nowoczesnego, liberalnego, z drugiej zaś dla liberałów był zbyt pobożny, zbyt konserwatywny.

Powiedział Ksiądz, że Bonhoeffer był przeciwny tego typu seminariom, nie widział ich sensu. Jakie było jego stanowisko po latach?

Myślę, że gdyby gestapo w 1937 roku nie zamknęło seminarium, Bonhoeffer kontynuowałby pracę ze studentami. W jego korespondencji pojawia się echo tego problemu. Przedstawiciele Kościoła Wyznającego uważali, że nie ma czasu na uczenie medytacji czy pracy teologicznej nad kazaniem w sytuacji, kiedy w Niemczech dzieją się tak straszne rzeczy. Bonhoeffer zdecydowanie sprzeciwia się temu. Kościół, który żyje ze Słowa, musi sobie uświadomić, że nie ma nic ważniejszego, jak praca nad Słowem i dla Słowa, bo z tego rodzi się życie i na tym fundamencie opiera się zdrowe myślenie, patrzenie i budowanie Kościoła. Współcześnie też istnieje w życiu teologów i w życiu duchownych pokusa uznania tempa życia za tak szybkie, że nie ma już w nim miejsca na modlitwę i rozważanie Słowa. Jest to diabelska koncepcja kształtowania życia chrześcijańskiego. Samo Pismo Święte mówi wszak, że przez Słowo rodzi się wiara. Odwołanie się do doświadczeń Bonhoeffera może pomóc w przypomnieniu tej prawdy. Codzienna lektura Pisma Świętego, karmienie się Bożym słowem, jest źródłem odnowy, która sprawi, że nasza codzienność będzie inna — jak to określił jeden z starych biskupów luterańskich — będzie wolna od umiłowania samych siebie przez innych.

Wydaje się, że to, o czym Ksiądz mówi, kłóci się z wizją Bonhoeffera jako patrona chrześcijaństwa zaangażowanego i czasem na wskroś „świeckiego”, chrześcijaństwa bez Boga.

Finkenwalde nauczyło Bonhoeffera zaangażowania rozumianego jako naśladowanie Chrystusa. W czasie seminarium pisze Naśladowanie (Nachfolge). Jest to komentarz do Kazania na górze, które zrewolucjonizowało jego życie. Radykalny program Chrystusa Bonhoeffer uważał za zbyt trudny, żeby go wypełnić, ale jednocześnie był to program jedyny. Został nam dany, abyśmy uświadomili sobie, jak bardzo jesteśmy słabi, nieudolni i nic nieznaczący, abyśmy w tym, co wydaje się nam ponad naszą miarę, nauczyli się polegać i ufać Chrystusowi, pozwolili się Jemu poprowadzić. Dla ówczesnych polityków Bonhoeffer był zbyt radykalny i nie do zaakceptowania na gruncie obowiązującej w państwie ideologii. W szczególny sposób pojmował swoją obecność w narodzie. Mógł przecież zostać w Stanach Zjednoczonych i spokojnie spędzić okres wojny poza granicami Niemiec. Tymczasem wraca i w swoim dzienniku umieszcza zapis, że nie miałby prawa brać udziału w odbudowie kraju po okresie nazizmu, gdyby został w Ameryce. Musi, będąc na miejscu, brać udział w wydarzeniach. Bonhoeffer modli się za Niemcy, ale modli się o przegraną Niemiec, wyjaśniając, że przegrana Niemiec to ratunek dla świata. Słowa te podyktowane są wiernością Chrystusowi. Muszą być zupełnie nowym odkryciem dla intelektualisty, który nagle uczy się chodzić za Chrystusem i być przykładem dla innych, lecz w taki sposób, by nie na sobie skupiać ich uwagę, ale cały czas wskazywać na Chrystusa.

Czyli najważniejszą motywacją działania jest Chrystus?

U Bonhoeffera możemy stale obserwować procesy szukania i odnajdywania się przy Chrystusie, ciągłe wracanie w swoim zaangażowaniu do Chrystusa. Istnieje bardzo ważny tekst Bonhoeffera, w którym mówi, że wygłosił wiele kazań, dyskutował o Kościele, ale w pewnym momencie z przerażeniem odkrył, że szukał siebie, a nie Chrystusa. O ile wcześniej był często bezsilny i zagubiony, o tyle kiedy odkrył, że chodzi o szukanie Chrystusa, uwolnił się i mógł zupełnie inaczej spojrzeć na Bożą sprawę i na samego siebie.

Muszę powiedzieć, że dla mnie tutaj w Szczecinie ważne było między innymi to, żeby skupiając się wokół świadectwa Bonhoeffera, pokazać, że popełniamy błąd i robimy mu krzywdę, oceniając jego zaangażowanie polityczne w oderwaniu od jego świadectwa o Chrystusie. Myślę, że mamy czasem do czynienia z instrumentalizowaniem jego postaci i myśli. Próbujemy nasze działania usprawiedliwiać autorytetem, tymczasem Bonhoeffer ma znaczenie tylko dlatego, że był Bożym człowiekiem.

Zaangażował się jednak w ruch oporu, który wiązał się z użyciem siły. Został skazany za udział w spisku na życie Hitlera. Jak godził to wszystko w sobie?

Myślę, że czynił to w Bogu. Odwołam się do wiersza z 1944 roku Kim jestem. Bonhoeffer daje w nim świadectwo, że jest człowiekiem pełnym wewnętrznych rozterek. W końcowej strofie pisze: „Kim jestem? Pytanie się w samotności to kpina z samego siebie”. Odpowiada, że jeżeli coś znaczy, to tylko dlatego, że jest z Bogiem: „Kim jeszcze jestem — Ty mnie znasz, Twój jestem, Boże”.

Nie był nieomylny, ale w jednym na pewno może być przykładem: chciał być Chrystusowy, chciał żyć po chrześcijańsku, tak, jak mówi nam Kazanie na górze, i jest to coś cennego i ważnego, co powinniśmy przechować zwłaszcza w takiej parafii jak nasza. Żyjemy w mieście przygranicznym, w którym odnajdziemy ślady wielu kultur. Tu nie brak jeszcze dyskusji o historii i jej trudnych aspektach. Myślę, że w tej chwili jest potrzebne odnajdywanie wzorców postaci przekraczających wielorakie bariery i granice w imię naśladowania Chrystusa, w imię życia wspólnego, budowania życia na ziemi.

Jaki jest cel powstającego Międzynarodowego Centrum Studiów i Spotkań im. Dietricha Bonhoeffera?

W 1995 roku, budując centrum parafialne, wcale nie myśleliśmy o Międzynarodowym Centrum Studiów i Spotkań. Chcieliśmy wybudować dom, który byłby miejscem spotkań naszych parafian, zarówno polskiego, jak i niemieckiego pochodzenia. Chcieliśmy, aby to było miejsce dialogu i budowania wspólnoty. Pragnęliśmy zapraszać osoby przyjeżdżające do Polski, aby poprzez nasze doświadczenia mogły spojrzeć na swoje życie w parafii. Mieliśmy nadzieję, że w jakiś sposób może to nas wzajemnie ubogacić. Po krótkim czasie miejsce spotkań w domu parafialnym stało się za ciasne. Zaczęliśmy śmiało myśleć o czymś większym. W momencie, kiedy mogliśmy się ubiegać o zwrot dóbr kościelnych, najpierw postanowiliśmy przenieść naszą działalność do Zdrojów, żeby tam stworzyć ośrodek Bonhoefferowski, ale niestety, to nie było możliwe ze względu na miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego miasta.

Czy istnieje jeszcze budynek seminarium?

Budynku już nie ma. Przejęliśmy działkę, ale miejscowy plan do dziś nie został zmieniony. Pojawiły się też trudności finansowe i prawne, dlatego wobec wydłużającego się oczekiwania na rozstrzygnięcia podjęliśmy decyzję, że projekt podzielimy na trzy etapy. Pierwszy mamy już za sobą, było nim wybudowanie centrum parafialnego i rozpoczęcie działalności przybliżającej życie i twórczość Bonhoeffera. Drugi etap to ten, który realizujemy. Został przeprowadzony generalny remont budynku przy ul. Piotra Skargi 32. Nazwaliśmy go Międzynarodowym Centrum Studiów i Spotkań im. Dietricha Bonhoeffera. Jednocześnie nie przestajemy myśleć o trzecim etapie, czyli ewentualnym wybudowaniu w przyszłości Centrum Konferencyjnego w Zdrojach. Natomiast już odbywają się konferencje i spotkania dla tych, którzy chcą w Szczecinie w pobliżu Finkenwalde rozwijać się i odkrywać dobrą tradycję kościelną na podstawie pism Bonhoeffera.

Tadeusz Różewicz w swoim ostatnim poetyckim tomie zamieścił wiersz dedykowany Bonhoefferowi zatytułowany „Nauka chodzenia”. Czy uważa Ksiądz, że współczesny człowiek może nauczyć się chodzenia za Chrystusem od Bonhoeffera?

Podam dwa przykłady. W naszym Centrum był przygotowany projekt prowadzony przez Urząd Miasta Szczecina i Uniwersytet we Frankfurcie nad Odrą. Był to „Teatralny projekt młodych”. Młodzież z czterech szkół średnich Szczecina, Słubic, Frankfurtu i Berlina miała napisać i wystawić sztukę teatralną na podstawie tekstów Bonhoeffera. Były to warsztaty pod okiem pedagogów połączone z poznawaniem pism i biografii Bonhoeffera. Młodzi napisali impresje teatralne, w których szukali znaczenia takich pojęć, jak: liturgia, kazanie, Kościół, modlitwa. Nie wszyscy uczniowie mieli jakieś doświadczenia z Kościołem, przede wszystkim nie wszyscy mieli dobre doświadczenia. To, co zrobili, pomogło im odnaleźć się nawzajem w ramach wspólnych działań, ale było też spotkaniem z kluczowymi dla Bonhoeffera tematami. Można pokazać młodzieży historię i dramat człowieka, spalanie się człowieka, problem polityczny, emocjonalny, duchowy. Nie żyjemy pod kloszem, nie możemy powiedzieć, że nie interesuje nas polityka, to wszystko składa się na nasze życie. Należy jednak równocześnie pokazywać, że nasze życie to też liturgia, Słowo, modlitwa, wszystko to, co jest szukaniem Boga. To pierwszy moment, na który chciałem zwrócić uwagę.

Drugi natomiast dotyczy samego Bonhoeffera. Już z więzienia pisał w maju 1944 roku list z okazji chrztu świętego Dietricha Wilhelma Riegera Bethge. Chrzest ten na nowo uświadomił mu fakt, że wszyscy jesteśmy stale jakby na początku naszej drogi, stale zaczynamy od początku myśleć nad tym, czym jest chrzest, wiara, Bóg. A Kościół, który walczy o przetrwanie, jakby to był cel sam w sobie, jest niezdolny nieść Słowo pojednania i wyzwolenia człowiekowi i światu. W tym liście notuje też bardzo znane i często cytowane zdanie: „Z tego powodu wcześniejsze słowa stracą swą moc oddziaływania i muszą zamilknąć, a nasze bycie chrześcijaninem dzisiaj będzie się zawierać w modlitwie i czynie sprawiedliwego wśród ludzi”. Wspominam to wydarzenie, ponieważ jest w nim coś niezwykłego. Teolog, który tak wiele wiedział, jest gotów przyznać się przed dzieckiem, które ma być ochrzczone, do tego, że ciągle jest na początku drogi, zarówno w swoim myśleniu, jak i w wierze. I tutaj mogę się czegoś ważnego uczyć od Bonhoeffera. Nie ma bowiem nic gorszego jak sytuacja, kiedy przed wspólnotą staje kaznodzieja i odgrywa rolę mędrca, który wszystko wie, wszyscy inni natomiast dopiero się uczą. Jest to widok przygnębiający i przytłaczający. Najgorsze, gdy niektórzy zaczynają w to wierzyć. Trzeba pamiętać, że ludzie mają potrzebę szukania, ponieważ mają urazy i czasem są poturbowani przez „mędrców kościelnych”, przez trudne doświadczenie w kościołach, mają czasem problemy z powrotem do Kościoła, ponieważ przeszkadzają im ci „wszystkowiedzący”.

Ten obraz Bonhoeffera, piszącego list do dziecka, bliski jest doświadczeniu uczniów idących do Emaus. Jest to pójście z człowiekiem i przekonanie się, że tylko Chrystus ma prawo otwierać serca i oczy. My, idąc wraz z człowiekiem, nie jesteśmy w miejscu Chrystusa, ale jesteśmy z Chrystusem. Oczywiście, jest tu pewne napięcie. Sprawujemy poselstwo w miejsce Chrystusa, ale jesteśmy je w stanie sprawować tylko, jeżeli wcześniej staniemy się wiernymi uczniami, słuchaczami i naśladowcami Pana Jezusa. Stąd tak mocno podkreślałem czas seminarium kaznodziejskiego w Finkenwalde.

Wracamy do Finkenwalde?

Tak, to nie jest stracony czas. Jeżeli wiernie spędzam dużo czasu, słuchając Słowa, tak jak Maria z Betanii, to w pewnym momencie jestem przez Chrystusa przygotowany i uzdolniony, żeby sprawować służbę w Jego imieniu, tak, żeby to nie mnie ktoś widział, ale Jego.

Często wracam do myśli z Kazania na górze. Pan Jezus mówi, że gdyby ktoś prosił nas, żebyśmy poszli z nim jedną milę, pójdźmy z nim dwie. Naszą pracę w Centrum, również tę parafialną, rozumiem w taki właśnie sposób. Jako wspólnota, żyjąc w określonym środowisku, jesteśmy powołani do tego, by iść z innymi i by pracując wśród nich i z nimi, żyjąc wśród nich, składać dobre świadectwo w drodze i poczytywać to sobie za zaszczyt i przywilej, że wolno nam w ten sposób iść i komuś towarzyszyć. Nie jest naszym zadaniem pytać — to też wynika z tego tekstu biblijnego — czy coś osiągniemy. Właściwie jedynym powodem, dla którego mamy pójść, jest czyjaś prośba: „Jeśli ktoś zechce, żebyście poszli”. Zastanawianie się nad tym, co się z tej drogi zrodzi, nie jest naszym celem. Mamy iść, towarzyszyć i złożyć dobre świadectwo, tak jak Chrystus.

Nauka chodzenia
Piotr Gaś

urodzony 15 stycznia 1959 r. w Ustroniu – polski duchowny luterański i działacz ekumeniczny, były sekretarz Konsystorza Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP, proboszcz parafii ewangelicko-augsburskiej Świętej Trójcy w Szczecinie....

Nauka chodzenia
Wojciech Surówka OP

urodzony w 1975 r. – dominikanin, duszpasterz, rekolekcjonista. Przez wiele lat pracował w Rosji i na Ukrainie, był promotorem życia intelektualnego i radnym Wikariatu Ukrainy, dyrektorem...