Nawet prorocy nie znają Boskiej mocy

Nawet prorocy nie znają Boskiej mocy

Prezbiter jest po to, by okazywał miłosierdzie. Często, a może najczęściej na kredyt, na kreskę. Jeśli odstąpi od tej misji i zacznie ścigać, osądzać i karać, to choćby posługiwał w więzieniu, nie spełni swojej misji.

Źwiartów, moja rodzinna wioska, rozsiadła się w rozległej dolinie ciągnącej się na wschód od królewskiego traktu, czyli drogi Zamość – Tomaszów Lubelski w kierunku Hrubieszowa i dalej na Ukrainę. Ochrzczono mnie w kościele w Wożuczenie, ale bp S. Wyszyński przyłączył moją wieś do parafii w Dzierążni. Do kościoła mieliśmy dobre pół godziny polną drogą, a dopiero od końca lat 60. XX w. klinkierową szosą, ale nawet wtedy nikomu do głowy nie przychodziło, by iść na mszę, kiedy padał deszcz. To było oczywiste: podczas deszczu siedzi się w domu, chyba że, nie daj Boże, wybuchnie pożar albo cieli się krowa, albo sołtys wyznaczył dziadka lub ojca na forczman i musieli wieźć jakiegoś urzędasa z powiatu lub gminy do autobusu w Rachaniach czy Budach. Podobnie działo się podczas sianokosów i żniw. Przed zbożem i sianem, gdy groziło im zamoknięcie, msza musiała ustąpić. Na szczęście nasz proboszcz Witold Korsak wiedział, jak sprawować rząd dusz, by nadmiernie naszych sumień nie obciążać. W najbliższą niedzielę po ustaniu deszczów ogłaszał, że poprzedniej niedzieli udzielił dyspensy od uczestnictwa, to znaczy od wysłuchania mszy, bo wtedy jeszcze mszy tylko wysłuchiwaliśmy, uczestniczenie zaczęło się po soborze.

Kiedy więc podczas studiów przyszło mi moje sumienie przymierzać bodajże do szesnastu czy siedemnastu tegoż sumienia rodzajów, gdy usiłowano mnie przekonać, że bez chrztu nie ma zbawienia i jak w związku z tym chrzcić dziecko będące jeszcze w łonie matki, głośno o tym nie mówiąc, odczuwałem jakiś niesmak. Z tego też powodu zaimponował mi jeden z najbogatszych gospodarzy w naszej wsi, a zarazem człowiek partyjny Jasiek Jach, gdy zażądał od proboszcza, aby ten podczas święcenia pól czytał ewangelię nie po łacinie, ale po polsku. Dlatego w seminarium nie do śmiechu mi było, gdy podczas mszy pontyfikalnej kolega subdiakon zapomniał się i podając pacyfikał do ucałowania na znak pokoju siedzącemu w stallach i czytającemu brewiarz kanonikowi powiedział: Pax tecum, w odpowiedzi usłyszał: Dureń!

Wróćmy jednak do ks. Korsaka. Poza zdrowym rozsądkiem tenże człowiek miał jeszcze niemałą bibliotekę, prawie taką jak nasza szkolna. Nie wypożyczał książek, przynajmniej mnie, ale do dziś pamiętam tamte etażerki i regały. Wypożyczałem książki ze szkolnej biblioteki i dzięki nim wędrowałem po świecie trudnym do wyobrażenia. W tamtym czasie w ogóle nie śmiałem marzyć. Z czego nie wynika, że w skrytości ducha, czytając pierwszą, zakupioną drogą wysyłkową z „Chłopskiej Drogi”, moją książkę o faunie świata, nie chciałem zobaczyć na własne oczy, jak altanniki budują godowe altanki. Co prawda nie rozumiałem, o co chodzi w tych godach, ale o podobne trudności potykałem się coraz częściej, więc zbytnio mnie ten brak wiedzy nie męczył. Dla przykładu. Po nastaniu Gomułki (Władysław, I sekretarz KC PZPR od 1956 roku – przyp. red.) do szkół wprowadzono lekcje religii. Z różnych powodów nie przepadaliśmy za nimi. Niemniej, do dziś tak sądzę, trud naszej katechetki pani Danuty Kramarczuk nie poszedł na marne. Lekcję zaczynała od przepytania nas, o czym była ewangelia i co było na kazaniu. Zwykle nie miałem trudności z odpowiedzią, ale razu pewnego milczałem jak grób, choć odpowiedź znałem. Nie wiedziałem jak po szkolnemu, czyli poprawnie, powiedzieć, że Maryja znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. U nas nie było żadnych brzemiennych kobiet, tylko grube. Gruba boba znaczyło tylko tyle, że u Radajów będą mieli małe dziecko.

Ale to jeszcze nic, razu pewnego wydało mi się, że przyłapałem proboszcza na czymś brzydkim. Jak wiadomo, do soboru mszę odprawiano po łacinie, co sprawiało, że nie tylko my, dzieciaki, ale i starsi nudzili się jak mopsy. Starsi ratowali się odmawianiem różańca i pieśniami, a my, dzieciaki? Za bardzo się kręcić nie było można, bo się obrywało po łbie, więc ćwiczyliśmy się w cierpliwości, przestępując z nogi na nogę, licząc świece, podglądając dziewczyny, gdy klękały. Czekaliśmy końca, by zaatakować sklep, jako że w niedzielę ku obopólnej korzyści sklepowego i parafian był on po każdej mszy otwierany, podobnie jak poczta.

Proboszcz, a potem wikary Kazimierz Siwek, śpiewali więc mszę po łacinie. W tym języku, w swoim czasie ogólnoeuropejskim i nie tylko, śpiewali też organista i chór. Oczywiście nikt nic, pewnie łącznie z Panem Bogiem, z tego śpiewania nie mógł zrozumieć. Razu pewnego jednak wyodrębniłem z tej rozedrganej masy dźwięków jedno słowo – magister. Wydało mi się ono niestosowne, nieodpowiednie dla mszy i tego świętego miejsca. Co się stało naszemu proboszczowi, uczciwemu przecież człowiekowi, pomyślałem. Odpowiedź przyszła dość szybko, w ósmej klasie Liceum Ogólnokształcącego w Tomaszowie Lubelskim na lekcji łaciny, ale tak zwany problem języka pozostał.

Poza ks. Witoldem Korsakiem, drugim księdzem, któremu ogromnie dużo zawdzięczam, jest ks. Kazimierz Siwek, pierwszy wikary dzierążyńskiej parafii. Życie w późniejszych latach straszliwie mu się skomplikowało, ale to on pokazał nam, że ksiądz nie tylko nosi spodnie, ale potrafi być – może nie przyjacielem, zbyt wielka różnica wieku i zbyt krótka znajomość – potrafi być na równi z nami, a nie obok, jakbym to dzisiaj ujął. Chodził z nami do lasu, grał w piłkę (choć to zajęcie do dziś dnia niewiele mnie obchodzi) i dzięki temu potwierdzał powszechne może nie przekonanie, ale pragnienie, że ksiądz to też człowiek, nie tylko dlatego, że równie zawodny i grzeszny jak każdy inny, ale że umie żyć z ludźmi po ludzku, jakby po sąsiedzku. O ile starego księdza, czyli proboszcza szanowaliśmy, o tyle młodego lubiliśmy. Kiedy więc dowiedziałem się, że nasz dawny wikary odstąpił od wykonywania posługi prezbitera i kiedy z czasem dochodziły do mnie coraz smutniejsze wiadomości o nim, nie mogło to w niczym zmienić mojego nastawienia doń. Przeciwnie, zrozumiałem, że zarówno najpiękniejsze, jak też najbrzydsze nasze czyny całej prawdy o człowieku nie odsłaniają. Ważne jest co innego, to, co człowiek dźwiga w swojej pamięci, w sumieniu, w duszy. A do tych rejonów dostępu, poza Bogiem, nikt inny nie ma. Należy więc być bardzo ostrożnym w podchodzeniu do ciemnej strony człowieka. O ile bowiem sędzia jest po to, by wymierzał sprawiedliwość winnym, policjant, by gdy zachodzi taka potrzeba, ścigał przestępców, o ile żołnierz jest po to, by siłą przeciwstawiał się wrogom złoczyńcom, o tyle prezbiter jest po to, by okazywał miłosierdzie. Często, a może najczęściej na kredyt, na kreskę. Jeśli odstąpi od tej misji i zacznie ścigać, osądzać i karać, to choćby posługiwał w więzieniu, nie spełni swojej misji, bo nie obudzi w człowieku, w tych, do których został posłany, ani rozumu, ani sumienia, ani tym bardziej nie rozbudzi w nich potrzeby bycia odpowiedzialnym za innych. My, starsi Kościoła, czyli biskupi, prezbiterzy i diakoni, mamy do powiedzenia ludziom tylko jedno: Człowieku, choćbyś już wszystkich ludzi i Boga od siebie odepchnął, z wszystkimi stracił kontakt, wszyscy tobą wzgardzili, to jeszcze masz siebie samego i tę oto chwilę, te pięć minut, i dzięki temu możesz odwrócić swoje życie podszewką do spodu.

Od dnia moich święceń minęło już 38 lat. Nie wiem, dużo to, czy mało? Praktycznie rzecz biorąc, zrobiłem wszystko, żeby księdzem nie być. Kto chce, niech wierzy, kto nie chce, niech nie wierzy, to i tak wyjdzie na jedno i to samo. Jak już wspomniałem, wiem przecież, że zarówno nasze najpiękniejsze i najbrzydsze myśli, słowa i uczynki, a zwłaszcza zaniedbania, jedynie część prawdy o nas odsłaniają. Nie chodzi mi zaraz o jakieś straszne zbrodnie, nie, ale o szczęście. Boję się bowiem, że jak nie posmakuję szczęścia już teraz, to i po śmierci nie będę umiał być szczęśliwy. Nie będę umiał, nie będę wiedział, jak być szczęśliwy na wieki. Tymczasem praca, którą wykonuję, i styl życia, jaki obrałem – celibat, zakon, wydają się, a raczej – mam taką nadzieję – wydawały się stawać temuż szczęściu na przeszkodzie. Wprost, czy też między wierszami, wciąż stawiałem Chrystusowi znane Mu aż nadto pytanie: „Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc (w domyśle – za to) otrzymamy?”. Dopiero więc, gdy powiedziałem sobie, że może się zdarzyć i tak, że być może nic w zamian nie otrzymam, ani w tym życiu, ani w przyszłym, właśnie wtedy okazało się, zobaczyłem to jasno, że już więcej otrzymałem, niż się spodziewałem, i że temu więcej wcale końca nie widać. Zrozumiałem to, patrząc wstecz i przypominając sobie, jak ciężko harowali moi rodzice i pozostali mieszkańcy Źwiartowa. Harowali, nie zadając zbędnych pytań – co w zamian, bo wiedzieli: mam na głowie dzieci i dom, to wystarczy. Dzisiaj mam ochotę dodać, że to wystarczy, by być świętym. Takiego myślenia o chrześcijańskim życiu nauczyła mnie w ostatecznym rozrachunku kobieta, która skończyła zaledwie trzy czy cztery klasy szkoły podstawowej:

O życie szare i monotonne, ile w tobie skarbów. Żadna godzina nie jest podobna do siebie, a więc szarzyzna i monotonia znikają, kiedy patrzę na wszystko okiem wiary. (…) O Trójco Przenajświętsza, mieszkająca w sercu moim, proszę Cię, daj łaskę nawrócenia tylu duszom, ile dziś ściegów zrobię tym szydełkiem. – Wtem usłyszałam w duszy te słowa: Córko moja, za wielkie są żądania twoje. – Jezu, przecież Tobie jest łatwiej dać wiele niż mało. – Tak jest, łatwiej mi dać duszy wiele niż mało, ale każde nawrócenie grzesznej duszy wymaga ofiary. – A więc, Jezu, ofiaruję Ci tę szczerą pracę swoją; nie wydaje mi się ta ofiara za mała za tak wielką liczbę dusz; przecież Ty, Jezu, przez trzydzieści lat zbawiałeś dusze taką pracą (…) Córko moja miła, czynię zadość prośbie twojej.

– św. Faustyna Kowalska

O wielu ludziach, którym niezmiernie dużo zawdzięczam, można by, należałoby jeszcze wiele opowiedzieć, jak na przykład o moich zakonnych współbraciach czy o kolegach i profesorach z lubelskiego seminarium duchownego, a spośród nich o ks. Czesławie Bartniku, który dzięki swoim pełnym poezji konferencjom pozwolił mi odkryć, że i poezja może być siostrą teologii. Jednym słowem, dzisiaj mogę powiedzieć, że z moich planów niewiele wyszło i całe szczęście, gdyż to, w czym teraz uczestniczę, po wielokroć przewyższa wszystko, co mogłem sobie wymarzyć. Dlatego na przykład spokojnie patrzę na te wszystkie zjawiska, które się określa słowem „kryzys”. Pomaga mi w tym człowiek, o którego istnieniu dowiedziałem się lata temu podczas studiów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Karl Rahner SJ pozwala mi wierzyć, że rzeczywistość dlatego wciąż wymyka się wszelkim naszym poczynaniom i nie pozwala się zamknąć w żadnej klatce, gdyż jest przepełniona Bogiem. Że nawet najwznioślejsze, najświętsze, najbardziej czcigodne słowa, są za ciasne dla Boga, a co za tym idzie, i dla człowieka, dla całej rzeczywistości. Karl Rahner mówi przecież: „Zbawcze znaczenie śmierci Jezusa nie zależy od realizacji takich pojęć jak »pojednanie«, »ofiara«, »zadośćuczynienie« itd., które wcale nie są tak niezbędne”. Jakby się mogło wydawać – dodajmy. Takie podejście do rzeczywistości znała już moja babka Rozalia. Na huraoptymizm naiwnych i czarnowidztwo nieuleczalnych pesymistów zalecała to samo lekarstwo. Mówiła: „E tam, nawet prorocy nie znają Boskiej mocy!”. Czy nie na tym, na nieustannym przypominaniu, że Bóg jest „we wszystkim i ponad wszystkim”, polega bycie starszym w Kościele?

Nawet prorocy nie znają Boskiej mocy
Wacław Oszajca SJ

urodzony 28 września 1947 r. w Zwiartowie – jezuita, teolog, poeta, eseista, publicysta prasowy i radiowy, autor licznych książek, znany kaznodzieja i rekolekcjonista....