Nie opuszczę Cię aż do śmierci

Nie opuszczę Cię aż do śmierci

Kościół z niewygodną nauką o wierności sakramentalnemu małżonkowi, o niezgodzie na dopuszczanie do sakramentów osób, które żyją w ponownych związkach, wprowadza dysonans sumienia. Nauka ta w powierzchownym przyjęciu traktowana jest jako nieludzka i wymierzona przeciwko człowiekowi.

Warunkiem duchowego rozwoju jest wierność. Przechodzenie przez kolejne etapy ciemności do światła wiary, przebijanie się przez kolejne warstwy oschłości modlitwy do źródła miłości, byłoby niemożliwe bez wierności. Podobnie w życiu małżeńskim. Wierność umożliwia wytrwanie w sytuacji, od której chce się uciec. Nie ma specjalnej wagi mówienie o wierności, gdy jest dobrze. Jest ona wtedy czymś oczywistym. Wierności w małżeństwie potrzeba szczególnie w sytuacji próby, ciemności, pytań, kryzysu, załamania, niewierności wobec siebie albo drugiej osoby. Wierność to decyzja, by wracać i budować miłość. W chwilach pomyślnych wierność będzie troską o znaki miłości, o codzienny dialog, o stwarzanie warunków do rozwoju więzi, ale tego zwykle nie nazwiemy wiernością, bo traktujemy pomyślność jak coś oczywistego.

Warto podkreślić, że wiara i wierność Panu Jezusowi jest przede wszystkim Jego darem. Człowiek nie nosi w sobie jej źródła, może tylko ją przyjąć i rozwinąć. Zdarzają się jednak sytuacje, gdy wygodne wydaje się zakwestionowanie swojej wiary i faktu obecności Boga. Tak dzieje się w sytuacji próby, którą może być popełniony grzech. Uzdrawiające byłoby wtedy uznanie zła, niezgoda na niewierność i przezwyciężanie jej przez czerpanie mocy z Bożej miłości. Podobnie dzieje się w małżeństwie, które przechodzi czas próby. Może być nią nawet chwila niepewności czy subtelnej niewierności, niekiedy czająca się w prostym i wydawałoby się, nic nieznaczącym pytaniu: „Czy mnie kochasz?”. Może być ono wyrazem chwilowego uniesienia, ale może też artykułować myśl, drążącą któregoś z małżonków od dłuższego czasu i kwestionującą sens istnienia związku. Pytanie: „Czy ciągle mnie kochasz?” byłoby zatem jednocześnie pytaniem: „Czy potrafisz być mi wierny w sytuacji, kiedy mi się wydaje, że ja nie potrafię”. Albo odwrotnie. „Czy potrafisz powrócić do wierności wtedy, kiedy mi się wydaje, że nie jesteś wierny?”. Od tego, czy człowiek odpowie „tak”, zależy, czy będzie określał swoje życie jako szczęśliwe. Kto trwa w jakimś dobrym dziele, nawet pomimo trudów, będzie bilansował życie jako szczęśliwe. Może powiedzieć, że jest ciężko, ale warto ponosić trudy.

Słyszałem o kimś, kto twierdził, że jest szczęśliwy w udanym, siódmym związku małżeńskim. Myślę jednak, że czegoś nie widział. Fakty pokazywały, że nie za bardzo wiedział, co mówi, używając terminu „szczęście”. Warunkiem bilansowania życia jako szczęśliwego jest zdolność przechodzenia przez kryzysy, przez załamania, a dzieje się to właśnie na drodze wierności, czyli wytrwania pomimo okoliczności sugerujących, że nie warto się męczyć.

Wierność jako tama stawiana szczęściu

Zdarzają się sytuacje, gdy wydaje się, że wierność stawia tamę szczęściu. Dzieje się tak, gdy ktoś mówi: „Byłem nieszczęśliwy w swoim związku, a teraz spotkałem kogoś, dzięki któremu łapię nowy oddech, nowe życie, nowe siły we mnie wstępują”. Spotykam ludzi żyjących w drugim związku małżeńskim, którzy twierdzą: „ten związek jest lepszy niż poprzedni, który się rozpadł”. Słysząc coś takiego, można postawić pytanie, czy przyczyną rozpadu małżeństwa był brak szczęścia. Wydaje się, że istnieją różne powody rozwodów, ale nie jest to brak szczęścia. Przyczyną rozpadu może być zaniedbanie pielęgnowania więzi albo coś u źródła związku, jak na przykład istotny błąd przy podejmowaniu decyzji o małżeństwie czy fałszywa motywacja jego zawarcia albo nieumiejętność czy też niezdolność budowania więzi.

Spotkałem mężczyznę, który podjął decyzję o małżeństwie z osobą, której nie kochał. Wymyślił sobie, że nieważne, z kim się zwiąże, byle jego decyzja była stała. Pobrał się z dziewczyną, która nie za bardzo mu się podobała, nie fascynował się nią, uważał za słabą kandydatkę na żonę, ale był przeniknięty idealistyczną wiarą, że w miłości – jego miłości wszystko jest możliwe. Ożenił się, począł czwórkę dzieci, pewnie by nadać sens temu związkowi. Po latach zakochał się jednak w koleżance z pracy i dopiero wtedy doszedł do wniosku, że jego pierwotna decyzja o wierności nie była dobra, bo zbyt idealizowała jego samego i jego zdolność do wierności. W takiej sytuacji rodzi się pytanie, jaki sens ma wierność, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę życie czworga dzieci, za które odpowiada i które oczekują jego miłości. Czy naprawdę lepsza jest wierność wobec swoich wcześniejszych, zbyt egocentrycznych decyzji, które podejmował w chwili ślubu? A jednak wiara podsuwa odpowiedź, że na tym etapie lepiej by było, żeby ów mężczyzna wytrwał w małżeństwie, bo nie będzie szczęśliwy w nowym związku. Zbuduje go na niewierności wobec siebie, żony, Boga i dzieci. Prędzej czy później odkryje rozmiar krzywdy, jaką wyrządza, co będzie niweczyć dalsze próby osiągania szczęścia dla siebie. Konieczność spłaty krzywd zatruje resztę mozolnie budowanego życia. Lepiej nie uciekać od siebie i swojej historii.

Sumienie mówi o wierności

Czasem jest bardzo zwyczajnie: ludzie po prostu zakochali się w sobie, trwali w zakochaniu przez wiele lat, ale ono minęło i z różnych powodów doszli do wniosku, że coraz więcej ich dzieli i czują się nieszczęśliwi. Jedną z przyczyn rozpadania się związków jest fakt, że małżonkowie nie budowali relacji i nie pracowali nad nią. Jak się nie wkłada w małżeństwo energii, nawet najpiękniejsza relacja się zepsuje.

Częstą motywem rozpadu jest magia odcinków życia. Człowiek dokonuje bilansu życia – bo skończył 35 lat albo 40, albo 50. Dzieli sobie czas na pół i ocenia zabarwienie emocji w odniesieniu do drugiej połowy przeżytego życia. Jeżeli wcześniejszą połowę wspomina jako zabarwioną emocjami przyjemnymi, uważa życie za szczęśliwe. Jeżeli nie, całość traktuje jako porażkę i szuka rozwiązania. Bardzo często rozwiązaniem, które ponoć przydarza się samo, jest niewierność, czyli szukanie pociechy i pomocy u kogoś innego, przez co ląduje się w nowym związku. Nie rozważam teraz romansów biurowych, kiedy człowiek źle zinterpretował fascynację drugą osobą, wpadł w amok, potraktował go jako zadanie życiowe i stracił z oczu dotychczasową wierność, która dla niego przestała być wartością.

Co dzieje się, gdy ktoś buduje nowy związek po katastrofie albo zakwestionowaniu dotychczasowego? Stara się tworzyć więź ostrożniej i bardziej umiejętnie. Często słyszę, że „drugi związek jest bardziej udany”. Więcej się w niego wkłada wysiłku, osoby są bardziej uważne. „Uniknęliśmy już starych błędów”. Rodzi się pytanie, czy wierność w ogóle ma sens. Czy nie byłoby sensownie uznać, że porażkom z poprzedniego związku można nadać taką wartość, iż pozwalają bardziej dojrzale budować następny? Próbę odpowiedzi znajduję pośród małżeństw niesakramentalnych, z którymi pracowałem przez dłuższy czas. Często były to osoby budujące lepsze związki, ale mające teraz poważny problem życiowy. Po pierwsze, tym problemem była utrata sakramentalnej więzi z Bogiem. Po drugie, pozostawało poczucie winy za gruzy poprzedniego małżeństwa. Nawet jeżeli porażka małżeństwa nie była przez nie zawiniona, bo były stroną porzuconą, nie mogły pozbyć się poczucia winy wobec osoby, której ślubowały wierność. To jest ślad pragnienia wierności, wpisanego w ludzką kondycję, świadectwo, że ma ono znaczenie dla każdego człowieka. Niewygodna jest świadomość, że jestem szczęśliwy, ale ponoszę odpowiedzialność za nieszczęście bliskich, współmałżonka czy dzieci, które są pokrzywdzone rozpadem małżeństwa rodziców. Można spytać, czy nie jest to neurotyczne poczucie winy, syndrom współwinnego, skoro nosi ją strona skrzywdzona. Ale nawet terapia, pozwalająca przezwyciężyć poczucie winy za rozpad związku, nie zmieni faktu doznanej albo zadanej krzywdy. To uleczyć może tylko pojednanie.

Wreszcie, po trzecie, osoby w nowych związkach prędzej czy później zadają sobie pytanie o sens „nowego” życia. Czy nie jest to uciekanie od siebie? Czy nie płaci się zbyt dużej ceny za swoje szczęście, które już nie raduje?

Kościół z niewygodną nauką o wierności sakramentalnemu małżonkowi, o niezgodzie na dopuszczanie do sakramentów osób, które żyją w ponownych związkach, wprowadza dysonans sumienia. Na początku objawia się on w postaci sprzeciwu, odrzucenia nauki Kościoła, twierdzenia, że Kościół ma zbyt sztywną, nieżyciową zasadę, że staje w poprzek szczęściu człowieka, jest bezduszny wobec porażek i bólu rozpadu sakramentalnego małżeństwa. Jednak na dłuższą metę, mimo że ta nauka w powierzchownym przyjęciu traktowana jest jako nieludzka i wymierzona przeciwko człowiekowi, sumienie domaga się prawdy. Jest głębiej zakorzenione niż emocjonalne czy nawet intelektualne odruchy niechęci. To właśnie sumienie każe postawić pytanie, czy szczęście, które przeżywam w nowym związku, jest autentyczne, skoro niosę w sobie cień klęski. Czy możliwe jest szczęście powiązane z nieszczęściem innych osób, nawet jeśli to one zraniły? Czy jedyną alternatywą jest trwanie w niewygodnej i raniącej samotności, poczucie, że zostałem skrzywdzony i osamotniony wbrew swojej woli? Na jednej szali mamy zgorzknienie w nieszczęściu, na drugiej szczęście drugiego związku z cieniem przeszłości. Myślę jednak, że na pierwszej szali jest wierność, która może nadać sens wszystkiemu, nawet doznanej krzywdzie.

Wierność może jednak również podsunąć pomysł sprawdzenia sytuacji w świetle prawa kościelnego. Czy naprawdę sakrament zaistniał, kiedy stali przed ołtarzem w chwili zaślubin? Czy ktoś z nich nie popełnił błędu w decyzji: był nieświadomy, przymuszany lub bez przekonania do rzeczywistego, trwałego i wiernego małżeństwa? Słyszałem o sytuacji, gdzie dwoje rozwiedzionych – dwoje porzuconych, myśli o związku. Z pierwszych małżeństw ani w jednym, ani w drugim przypadku nie ma dzieci. Jedna ze stron otrzymała już orzeczenie Kościoła o nieważności sakramentu małżeństwa od chwili ślubu, w drugim jest uzasadniona nadzieja na takie samo orzeczenie. Być może, że stworzą kiedyś małżeństwo, ale teraz niezwykle potrzebna jest wierność poślubionym małżonkom. W praktyce wyraża się ona w postawie oczekiwania, powstrzymania się od budowania nowego związku, dopóki nie otrzymają decyzji Kościoła. Jest to prośba do Ducha Świętego, by w obecnych próbach nie stracić światła Bożego. Wierność nie zawsze owocuje szczęściem na ziemi, ale niewierność – nigdy.

Można również postawić pytanie, jaki sens ma wierność, gdy druga strona założyła nową rodzinę, ma dzieci i nie można liczyć na jej powrót? Trudny problem, ale łatwo zobaczyć, że tym bardziej niewiele dobrego wróży to, gdybyśmy odpowiadali krzywdą na doznaną krzywdę.

Wierność wobec krzywdy

W praktyce Kościoła są dwie sytuacje, kiedy wierność małżeńska może się wyrazić przez odejście, kiedy należałoby rozważyć potrzebę separacji. Z pierwszą mamy do czynienia w sytuacji obiektywnej czy przeżywanej subiektywnie przemocy psychicznej i fizycznej. Nie ma tutaj obiektywnej miary – obliczonej w centymetrach kwadratowych powierzchni ciała pokrytej sińcami – która by jednoznacznie wskazywała na przemoc. Ważne jest przekonanie o doznawanej przemocy. Potrzebna jest jednak weryfikacja takiego odczucia, choćby w rozmowie z duszpasterzem. Sytuacją przemocy może być też życie z osobą uzależnioną i groźba współuzależnienia.

Drugą sytuacją, gdy wierność wyraża się w odejściu od współmałżonka, jest jego jawna niewierność, czyli taka, która staje się społecznie znana. Dla przykładu: zdarzyło się, że pewien mąż przedstawił kochankę żonie i stwierdził, że nie będzie dłużej tego ukrywać, więc będzie z kochanką mieszkał w jednym z pokoi w rodzinnym mieszkaniu. Oczekiwał, że rodzina to zaakceptuje. W takich okolicznościach nie należy pozostawać we wspólnym mieszkaniu. Należy dążyć do separacji, żeby nie znaleźć się w sytuacji, kiedy fakty zmuszają do współuczestnictwa w grzechu albo znoszenia jawnej krzywdy i przemocy. Taka sytuacja byłaby niszcząca dla wszystkich: zarówno dla tego, który doznaje przemocy, jak i dla tego, który ją zadaje. Wierność współmałżonkowi wyraża się zatem przez odejście od krzywdziciela. Człowiek wierny miłości nie pozwala siebie krzywdzić. Czasem tylko tyle można zrobić dla osoby, której obiecało się miłość. Wierność wyraża się wtedy przez separację, ale niewiernością byłoby budowanie innego związku.

Wierność i orzekanie o nieistnieniu sakramentu

Praktyka orzekania o nieważności sakramentu małżeństwa, czyli o jego niezaistnieniu od chwili ślubu, jest wielką mądrością Kościoła. Papież przypominał niedawno, żeby trybunały rozstrzygające sprawy ważności sakramentów nie wpadały w pułapkę zbyt łatwego doszukiwania się powodów do orzeczenia nieważności. Powodowałoby to stworzenie wrażenia, że małżeństwo w zasadzie zawsze można zakwestionować, bo może da się znaleźć okoliczności pozwalające na orzeczenie nieważności. Prowadziłoby to do zakwestionowania istnienia sakramentu małżeństwa. Nieważności sakramentu nie orzeka się na podstawie ludzkiej słabości.

Zarazem, jeśli małżeństwo już się rozpadło, istnieje wątpliwość co do tego, czy sakrament mógł działać. Fakt rozpadu małżeństwa, w które człowiek angażował wszystkie siły, a potem stwierdził, że jest jednak mało ważne, świadczy o jakiejś niedojrzałości. Może już na początku był w tych ludziach pewien poważny brak? To może ocenić tylko kościelny sąd, którego zadaniem jest najpierw zawsze bronić istnienia małżeństwa, jak długo istnieją poszlaki, że naprawdę mogło zaistnieć.

Znam też sytuacje, w których osoby, którym rozpadło się małżeństwo, nie chcą wnosić do sądu metropolitalnego wniosku o stwierdzenie nieważności, bo chcą pozostać wierni ślubom, jakie kiedyś złożyli. Nie chcą ich kwestionować, bo uważają je za najlepszą rzecz, jaką w życiu zrobili, nawet gdy trwają dziś w drugim związku – niesakramentalnym. Spotkałem kobietę, która wyszła za alkoholika nieświadomie. Zataił, że jest uzależniony. Małżeństwo z góry było skazane na przegraną. Była przemoc. Małżeństwo się rozpadło, ale kobieta nigdy go nie zakwestionowała, choć były podstawy prawne do orzeczenia nieważności. Mówiła, że chce pozostać wierna ślubowi, jaki złożyła. I ma do tego prawo. Kiedy ów mąż ciężko zachorował, pomagała mu w chorobie. Pod koniec życia swojego sakramentalnego męża czuła wielkie przynaglenie, żeby pomagać mu osobiście, troszczyć się o niego w ostatnich jego chwilach. Pozostała wierna sakramentalnemu mężowi, tak jak potrafiła. Teraz żyje w sakramentalnym związku.

Wytrwanie w dialogu jest wiernością

Z punktu widzenia wiary sakrament jest nierozerwalny i związek trwa także wtedy, kiedy widzialna więź zostaje zerwana. Sakrament trwa, bo jest znakiem miłości Bożej. Na czym polega sakrament Bożej miłości? Związek osobisty może się rozpaść na skutek ludzkiej grzeszności. Słabnie i obumiera, jeśli się go nie podtrzymuje przy życiu, nie pielęgnuje, nie rozwija. Tak jest przecież z każdą dziedziną życia. Nieużywane mięśnie wiotczeją i zanikają. Podobnie, mało pielęgnowana więź słabnie i zanika. Trzeba przy tym zaznaczyć, że nie da się jej pielęgnować, dbając tylko o przyjemne doświadczenia. Są ludzie, którzy pielęgnują więź, sprawiając sobie różne przyjemności. Mają dużo pieniędzy i jeżdżą w egzotyczne podróże, zwiedzają i mają przygody. Korzystają z możliwości, jakie daje stan małżeński i majątkowy. Tylko że takie przyjemności nie muszą rozwijać więzi. Rozwija ją nastawienie na bycie z drugą osobą dla niej samej. Porównałbym to do więzi z Bogiem, która tworzy się na modlitwie. Można żyć życiem chrześcijańskim, można robić wiele pożytecznych rzeczy, ale więź z Bogiem rozwija się przez chwile, które przeżywam na modlitwie. W małżeństwie podobnie: może przetrwać jako udane, jeżeli małżonkowie będą pielęgnowali wzajemną więź. Sposobem na to jest na przykład decyzja o pierwszeństwie życia rodzinnego przed innymi możliwościami życia albo pielęgnowanie sztuki dialogu małżeńskiego, albo uczenie się porozumiewania z dziećmi.

Jednym z najbardziej efektywnych znanych mi sposobów formacji małżeńskiej w Kościele są Spotkania Małżeńskie. Jest to ruch, w którym podstawową zasadą jest pielęgnowanie dialogu małżeńskiego: rozmowy zbudowanej na określonych zasadach. W dialogu chodzi o to, by nauczyć się słuchać, rozumieć siebie, zadawać pytania, poprosić o wyjaśnienie, ciekawić tym, co obchodzi drugiego, i dzielić własnymi przeżyciami. Przy tym nie powinno się osądzać cudzych przeżyć, liczyć za to, że ten drugi nie będzie osądzał moich, nie będzie się stawiał w roli osądzającego, czy zrobiłem dobrze czy źle, tylko postara się przyjąć mnie takiego, jakim jestem. Sposobem tworzenia więzi jest wzajemny dialog. Jest to bliskie temu, co się nazywa komunikacją interpersonalną. Różnica polega na tym, że reguły komunikowania, dobrze zrealizowane w sensie technicznym, nie są jeszcze dialogiem. Dialog czasami jest powiedzeniem: „nie wiem, co tobie powiedzieć”. Czasami jest stwierdzeniem: „strasznie mnie boli to, co powiedziałeś, i nie potrafię z tobą dzisiaj rozmawiać”. To uczciwie prowadzona rozmowa, której celem jest spotkanie z drugą osobą. Uczciwie, nie stawiając się ponad drugim, będąc na równi jako partner spotkania. Dlatego warto poznawać zasady dobrego komunikowania się, mówienia i słuchania; mówienie „ja”, bo „ty” łatwo staje się oskarżeniem drugiego, przed czym odruchowo będzie się on bronił przez silny, emocjonalny sprzeciw.

O tym, że brakuje dialogu w polskich rodzinach, świadczy przeciętny czas codziennej rozmowy małżonków. Ktoś wyliczył, że przeciętna rozmowa męża i żony trwa siedem minut na dobę. W tych siedmiu minutach mieszczą się komunikaty i ustalenia, kto otwiera okno, a kto kupuje bułki i każda wymiana informacji. Jeśli optymistycznie założymy, że na wzajemny dialog pozostaje połowa tego czasu, stwierdzimy, że przeciętne polskie małżeństwo przez 3,5 minuty na dobę rozmawia o tym, co ważne: „Kim jesteś dla mnie, co dzisiaj ważnego przeżyłaś czy przeżyłeś”. A tylko taki dialog daje szansę pokonania trudności, gdy się załamuje więź i wyczerpują możliwości budowania jej na dotychczasowym poziomie. Zatem pielęgnowanie wzajemnej więzi dzieje się przez rozmowę z osobą dla niej samej, nie dla jakiegoś innego celu ani żeby przeżyć coś przyjemnego, ani żeby pojechać gdzieś na wakacje.

Spotkałem kiedyś parę artystów, którzy chętnie chodzą do kina, bo to część ich pasji i pracy zawodowej zarazem. Oglądają film, a po wyjściu z kina zaczynają dyskusję. Najczęściej kłócą się, bo mają z zasady inne zdania. Są przekonani, że prowadzą dialog, bo przez cały wieczór dyskutują. Tylko że to nie dialog, nie spotkanie z drugim człowiekiem, ale wspólne spotkanie z filmem. Wspólne pasje budują więzi, ale nie zastępują dialogu. Ale też dialog małżeński nie jest jedynym miejscem budowania więzi. W każdej wspólnocie jest czas na wspólną pracę, odpoczywanie, świętowanie i rozmawianie o najważniejszych sprawach. Poprzez każdą z tych aktywności tworzy się wspólnotę.

Czasem trzeba zawalczyć o warunki spotkania. Bo jak się ma kilkoro dzieci, niewielkie mieszkanie, a konieczność utrzymania domu wypompowuje całą energię, trudno o siłę i czas na dialog. Jeżeli jednak ludzie mają świadomość jego konieczności, ale nie mają w danym momencie czasu ani sił i muszą przyznać, że są skazani na „porażkę” dialogu, już wymiana tych myśli jest dialogiem. Nawet powiedzenie: „chciałbym się z tobą spotkać, ale widzisz, że nie mam siły i nawet nie mogę ci obiecać, że będę miał jutro czy pojutrze”, jest prawdziwym dialogiem. Dialogiem jest spotkanie, kiedy człowiek mówi drugiemu prawdę o swojej sytuacji, powierza mu się w ten sposób.

Dla takich zapracowanych osób organizowane są weekendowe spotkania małżeńskie, które pozwalają, by ktoś zajęty i przemęczony znalazł się pierwszy raz po kilku latach od pojawienia się dzieci na spotkaniu ze współmałżonkiem. Często ludzie, przyjeżdżając na spotkanie, które trwa od piątku wieczora do niedzieli południa, nie wiedzą, co ze sobą zrobić, jak wypełnić czas. Nagle znajdują się w sytuacji, w której nie byli od lat. Zwykle bywa jednak, że drugą połowę weekendu już się ze sobą spotykają. Można przez intensywną pracę nadrobić kilka lat, które się ofiarowało komuś zupełnie innemu, na przykład własnemu dziecku. Z dziećmi jest bowiem tak, że nie wiedzą, iż rodzice chcieliby się spotkać dla samych siebie. Warunkiem, żeby małżeństwu udało się uniknąć przeciążenia, jest obustronna decyzja na bycie z tym drugim. Wyraża się ona gotowością znoszenia nawet braku spotkania i cierpienia, związanego z samotnością, w imię tego, żeby kiedyś się spotkać. Często ta chęć wytrwania jest zbudowana na wierze, czyli pamięci, że przed Bogiem obiecało się ofiarować swoje życie współmałżonkowi, z którym teraz nie ma szans na spotykanie. Okruchy modlitwy, zanoszonej w samochodzie, w tramwaju, przy zasypianiu, pozwalają przypomnieć sobie, że na drodze do Boga najważniejsze jest małżeństwo. Troska o rodzinę bowiem wyraża się w pielęgnowaniu więzi małżeńskiej. Czasem musi ona przyjmować postać ucieczki rodziców od dzieci, spędzenia pół dnia na spacerze, w kawiarni. Warto „porzucić” dzieci od czasu do czasu, żeby wiedziały, iż rodzice spotykają się ze sobą. One bardzo potrzebują zobaczyć rodziców skoncentrowanych na sobie nawzajem. To czas, który zdobywa się kosztem dzieci, ale jednocześnie dzieciom bardzo potrzebny.

Nie opuszczę Cię aż do śmierci
Mirosław Pilśniak OP

urodzony 5 lutego 1959 r. w Mosinie – dominikanin, z wykształcenia matematyk, absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, autor wielu kompozycji muzyki liturgicznej, obecnych w śpiewniku Niepojęta Trójco....