Nie tymi słowami, łaskawy panie!

Nie tymi słowami, łaskawy panie!

Wir przygotowań do Lednicy ogarniał coraz szersze kręgi. Entuzjaści przedsięwzięcia nie znali spoczynku, a godziny nocne były tak samo dobre do pracy i telefonowania, jak dzienne, przedpołudniowe. Gdyby ktokolwiek wyraził wątpliwości co do słuszności naszej sprawy, dziwiłbym się jego postawie, a nawet odesłałbym go do psychiatry, ponieważ słuszność była oczywista.

Od dawna media i słupy uliczne zapraszały nad Lednicę. Płynęły zgłoszenia. I oto nagle pewnej nocy na murze kościelnym pojawił się napis: „Lednica to ch…owa okolica”. Ojciec przeor zdębiał, zaniemówił, protestował, oburzał się i radził, do jakich służb i urzędów złożyć skargę. Co robić: po kryjomu zamalować, czy też jeszcze bardziej wyeksponować, aby głupota wyjawiona doszła do absurdu i sama skazała się na zagładę? Pojawiły się artykuły w prasie, złożono stosowne protesty. Świadom, że różne dyskryminowane mniejszości piszą do prezydenta o wsparcie, nosił się z zamiarem złożenia i tam odpowiedniego protestu.

Do zakrystii i na furtę co rusz przybiegały przedstawicielki zgorszonego laikatu i nieśmiało wypowiadały kwestie: „Nie wiem, czy ojcowie już widzieli… ten brzydki napis na murze. To oburzające w naszym katolickim społeczeństwie. Co ojcowie zamierzają z tym zrobić?”. Ojcowie niewiele zrobili, ale szlachetny przedsiębiorca na własną rękę i własny koszt zamalował ten haniebny napis. Napisu nie widziałem. Próbowano mnie zaciągnąć, abym na własne oczy zobaczył tę zgrozę. Tak jakbym już w życiu głupoty i diabła nie widział. Nie poszedłem, zajęty byłem przygotowaniami. Pieski poszczekały, karawana poszła dalej, aczkolwiek nie bez trudności.

Nabożeństwo nad Lednicą było wspaniałe. Ale na trasie do Ryby wielogodzinne korki autokarowe zdenerwowały niejednego. Zjawisko niebywałe. Jedni klęli, inni podziwiali. Z powietrza i z wody, z ziemi i z serc ludzkich wydobywał się eliksir rzadki i drogocenny, jakim jest entuzjazm. Ponad dwudziestu skoczków, spadających z nieba na biblijny tłum w tumanach kurzu, wznieconego tańcem tysięcy młodych. Tańcem i pieśnią przyjmowali oni przykazania dekalogu. A przede wszystkim był z nami Papież, Jan Paweł II. Jego przesłanie, wysłuchane w absolutnej ciszy i skupieniu, zapaliło mocniejsze jeszcze ognie w źrenicach tysięcy młodzieży, a za pośrednictwem mediów — całej Polski. Wszystko to jeszcze kiedyś opiszę. Tymczasem musiałem skonsumować szereg nagród, jakimi mnie obdarowano.

W związku z tym, że nagle stałem się osobą publiczną, zwrócono się do mnie z prośbą o wywiad. Rozumiejąc siłę nośną mediów, nie zważając na zmęczenie, rozmawiałem, jak umiałem.

— Skąd biorą się ojcu te pomysły? Każda Lednica nas zaskakuje, iskrzy, wzbudza ciekawość. Skąd się to bierze u ojca? Czy mógłby nam ojciec zdradzić?

— A znikąd, ja już tak mam od urodzenia. Widzi pan, mnie się to wszystko jakoś tak wyśni… Kiedy idę spać, to zawsze spojrzę sobie w okno, czy stoją pod nim te dziewczyny, co tym staniem pod moim oknem zarabiają na życie. I zaraz wszystko mi się układa w głowie. Kto jest kto, i kto jest najważniejszy. A potem, dziękując Panu Bogu za miniony dzień, staram się zasnąć. I zasypiam, z reguły bez kłopotów. Rano budzę się z krzykiem „Alleluja”, i już wszystko wiem, co dalej. Ja już taki po prostu jestem.

— A dlaczego ojcu ludzie tak chętnie pomagają, chcą z ojcem pracować, coś zawsze ojcu dają?

— No, bo ludzie są jacyś dziwni, każdemu, kto się nazywa Jan Góra, ludzie chcą pomagać, coś dawać, i wszyscy się zawsze uśmiechają. Wystarczy tylko zmienić nazwisko. Zaraz świat się odmienia.

— Ojcze, proszę teraz już poważnie.

— Proszę bardzo. Ja od początku poważnie…

— To ogromny sukces, ta ojca Lednica. Jak ojciec się czuje jako ktoś, kto osiągnął sukces w dziedzinie niezwykle trudnej i kontrowersyjnej, jaką jest duszpasterstwo? Jest to sukces policzalny — 80 tysięcy, a może i więcej młodych nad Lednicą — ciągnął dalej młody dziennikarz w korytarzu.

Spostrzegłem, że on wcale nie żartuje, tylko że to jest kategoria, w której on postrzega świat. Zacząłem mu tłumaczyć, że w służbie Bożej działania nie można mierzyć sukcesem. Sukces nie jest miarą życia i dynamiki Kościoła. W Kościele trzeba służyć, cierpieć, kochać wszystkich, nawet nieprzyjaciół, trzeba stale zwyciężać siebie. Że nie trzeba demonstrować i wygrywać siebie, ale służyć i rozwiązywać problemy. Bronić człowieka w imię Boga. Sukces nie jest miarą tej służby. Bo jak nam się coś już udało, to zaraz postarają się inni, ażeby przywołać nas do porządku, i zadbają o to, żeby nie móc się w pełni cieszyć. A i ja sam nie jestem tak naiwny, aby twierdzić, że wszystko robię dla nagrody. Spełniliśmy obowiązek, zrobiliśmy to, co do nas należało, zrobiliśmy to, co trzeba było zrobić, bo inni robili akurat co innego.

— Otrzymanie tej nagrody sprawia ojcu ogromną przyjemność, nieprawdaż?

— Też nie tak, bo widzi pan, pan jest taki młody, przyjemność jest wtedy, kiedy zjemy coś dobrego, napijemy się koniaczku, ktoś nam coś dobrego powie albo ostatecznie podrapie za uchem. Tymczasem to, co robię, nie mieści się w kategorii przyjemności zmysłowej. Kto raz zakosztował radości tworzenia, radości studiowania i poznawania prawdy, radości kontemplacji i modlitwy, ten nigdy nie pomyli radości duchowej z przyjemnością, która zawsze jest gdzieś na powierzchni. I na tym polega współczesna bieda, że ludzie nie potrafią rozróżniać przeżyć duchowych od psychicznych, zmysłowych. Podniecenie to nie jest to samo co wzruszenie.

Nie tymi słowami, łaskawy panie!
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...