Nie wyśniłem biskupa

Nie wyśniłem biskupa

Biskup jest dłużnikiem, bo Bóg jako pierwszy go pokochał i powierzył mu swoje Słowo, które ma w nienaruszonej postaci przekazać dalej, gdyż „biada mu, gdyby nie głosił Ewangelii”, a zajmował się wszystkim innym.

W liście z sierpnia ojciec Paweł zapytywał o biskupa moich marzeń. Zerwałem się do ucieczki, bo tak nas tu uczą. W mniszym mikrokosmosie Kasjan z Collationes Patrum jest wciąż w modzie, choć – Bogiem a prawdą – bardziej na zasadzie odruchów Pawłowa. A Kasjan uczy, że należy „Omnimodis fugare debere mulieres et episcopos” – na każdy możliwy sposób uciekać przed kobietami i biskupami. I to z tego samego powodu! Rzecz uściślając i pozbawiając niedomówień – naszym ojcom pójście za Chrystusem jawiło się jako praktykowanie ksenitei – bycia obcym, bezdomnym, niezadomowionym, wędrownym, dalekim od stabilizacji, jaką wnosi w życie instytucja rodziny czy kościelnego urzędu. Bywało, że ten ostatni był obsadzany przez co inteligentniejszych mnichów z łapanki. Jak zwykle w momencie paniki uratowała mnie klasyka, to jedno zdanie z Fredry: „A któż by się i łakomił na waszeci nędzne życie!”. Uspokojony, zacząłem czytać na sen, autor był anonimem, ale wyglądało mi to na wczesnego Rzewuskiego, tytuł zaś był obiecujący: Pamiętniki znalezione w Sarmacji.

Posłano tedy po pana Wołłkiewicza z zapytaniem, czy by biskupem nie chciał być, a ten łatwo się zgodził, bo wiedział, że długo przed myślano o nim, gdyż w miejscowym kolegium kauzyperdą był, może nie błyskotliwym i świecącym jak szczupak w szafranie, ale solidnym i ostrożnym. A ponieważ raz w życiu podczas studiów swoich Biblię przeczytał, jak nikt inny kazusy starotestamentowe układać umiał i rozwiązywać ku wielkiemu pożytkowi i uciesze młodych klerków. Polszczyznę miał niewyszukaną, ale płynną i nie lękał się nawet na ambonie przykładów z życia doczesnego brać, denuntiando imminentia na ojczyznę od obcych pericula. To on jako pierwszy peruki pudrowane napiętnował i pludry i pończochy niemieckie. I żydom się dostało nie raz i nie dwa za ich bławatne podstępy, lichwę i rozpijanie narodu. Sprawiedliwym jednak w życiu był i mocno na nogach stał, bo jak oni pieniądze mu wtykali, to brał, ale nigdy na swoje potrzeby, lecz by kolegium sławy jeszcze większej przychylić, a i u perukowców rady potrafił szukać w nagłych potrzebach. I choć oko miał jasne, żywe, to ucho miał tępe i na odpustach nie raz jeden wiktima padał facecji, jako że wspominali ingres pana biskupa podolskiego, na którym on był przytomnym i kiedy to doborowi janczarzy w trąby uderzyli wygrywając marsza wojskowego, kiedy biskup drzwie przestępował, on Wołłkiewicz na kolana się rzucił myśląc, że U drzwi twoich stoję, Panie wygrywają. Docinki on jednak znosił i prezentował się jako mąż z hilari fronte. Mściwym nie był, lecz pamięć miał żelazną i jak już biskupem został, nikogo z prześmiewców parochem nie mianował. Winszował sobie, że i żołądek ma żelazny, który nie będzie go w cyrkumstancjach służby zawodził, jako że w zwyczaju parochów było tłusto jadać i podłe kolorowane wina pić, gdy biskupa wizytującego przyjmują jeden po drugim. Cierpliwość była koroną jego głowy i bez drgnienia ciała umiał wysłuchiwać oracji długich, tuszył więc sobie, że i na biskupstwie wszystkie powitania wytrzyma i niecierpliwością nikogo nie urazi. Ojcem prawdziwym dla młodych klerków był i jak nawet zaradzić ich zgryzocie nie mógł, to przecie słowem ich wzmacniał i z troską wielką pochylał się nad nimi. Tedy zarządził zaraz sporządzenie swojego konterfektu, który w jego pokojach miał zawisnąć ku zbudowaniu domowników i przybyszów, i miał na nim wyglądać jak żywy, co by pod jego nieobecność choćby i partykułę obecności konterfekt dyktował nieprzystojnym a samowolnym sługom strachu im napędzając. Jako że Marcina żołnierza miał za patrona głównego kazał się na koniu srokaczu przedstawić z gęstą miną i batorówką przy boku etc. etc. etc.

A ponieważ moich nerwów nic tak dobrze nie koi jak stare, obrośnięte anegdotą sarmackie historie włożone między pamiątki niebyłe, usnąłem, jak Bóg zrywającym się wcześnie mnichom przykazał. Zmartwię tu zapewne redaktora naczelnego „W drodze”, ale nie wyśniłem biskupa. To tylko Martin Luther King potrafił śnić i we śnie widzieć już nową rzeczywistość. Po co śnić jednak, skoro mam przykłady. Urodziłem się i żyłem w diecezji biskupa Ignacego Tokarczuka, pracowałem jako młody ksiądz w Kościele skupionym wokół osoby biskupa Tadeusza Gocłowskiego, zaraz potem przeszedłem pod skrzydła biskupa Algieru Henriego Teissiera, a teraz, jeszcze do niedawna, moim biskupem był DidierLéon Marchand. To były osobowości!

Tokarczuk, który jest dla mnie wzorem odwagi cywilnej i kościelnego męstwa, uczył nas, żeby nie kłamać i nie bać się przyznawać w żadnych okolicznościach do wiary w Chrystusa. A właściwie nie, on tak nie uczył. On taki był. Siła spokoju, brak agresji i słowo niezwykle konkretne. A było to w epoce, kiedy mojemu ojcu co kwartał podsuwano do podpisu podanie o przyjęcie do PZPR, to nie były żarty. Nie podpisał. Bo słuchał w kościele Tokarczuka i zrozumiał, że można amputować duszę, ale nie ma na świecie takiej protezy, która mogłaby ją zastąpić. Mogliśmy mieć samochód, nie mieliśmy do końca jego życia nawet porządnego roweru.

Gocłowski ujmował ogromną kulturą myślenia i był dla mnie Europejczykiem z opisu Zygmunta Kubiaka: trzeźwość i brak pretensji do otaczającego go świata, że jest taki, jaki jest, świadomość, „że nigdzie nie jest zapisane, że Polska ma trwać. Natomiast my mamy zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby Polska trwała”. A był to czas rodzącej się demokracji, kiedy Kościół przestał być jedyną niszą wolności, czas, kiedy państwo i Kościół zaczynały rozumieć, że są odrębnymi, autonomicznymi, choć potrzebującymi się wzajemnie rzeczywistościami. Był słowem wolnym, wolność ubezpieczającym. Dorzućmy tolerancję, a zarazem świadomość pasterza, że jest ona cnotą republikańską i że Ewangelia tolerancyjna nie jest, bo nie mówi – twoje dobre i moje dobre, lecz dobra jest nowina o Jezusie Chrystusie, jedynym zbawicielu świata. Umiał cierpliwie i dobrze tłumaczyć stanowisko Kościoła. Dorzućmy do tego jego wspaniałą polszczyznę i nienaganną dykcję, jego ciekawość świata, która przekładała się na znajomość artystycznych kodów i dawanie szansy każdemu, kto miał pomysł na zagospodarowanie kościelnej przestrzeni. Ufał człowiekowi i pewnie wielokrotnie z tego powodu został oszukany, ale ja pod jego skrzydłami zrealizowałem całkiem szalone pomysły i były to moje bardzo szczęśliwe kapłańskie lata.

W Algierze przywitał mnie biskup w krawacie, chodząca energia, intelektualista stawiający wnikliwe pytania, próbujący rzeczywiście całym sobą zrozumieć rozmówcę. Władał wszystkimi możliwymi językami, a po arabsku odprawiał Msze i głosił kazania transmitowane przez algierskie radio, co w kraju tym nie wiązało się z pozycją Kościoła, lecz z szacunkiem władz do jego osoby. To on mnie nauczył, że Kościół jest sakramentem obecności Chrystusa wśród ludzi, obecności darmowej, całkowicie nielogicznej z punktu widzenia liczby nawróceń i wiernych. Po raz pierwszy w życiu żyłem w diasporze chrześcijańskiej i postrzegany byłem jako niewierny, do Chrystusa prowadził mnie biskup – courage, biskup chrześcijańskiego przebaczenia, bo przebaczył zbrodnię dokonaną na dziewiętnastu braciach i siostrach z jego Kościoła – nie wyjechał, został, choć otwierał czarną listę. Miał więcej szczęścia od dominikańskiego biskupa z Oranu, Pierre’a Claverie. Prowadził mnie do Chrystusa, a Chrystus mieszkał wśród muzułmanów, to oni byli tą inną owczarnią Chrystusa. Osoba Teissiera przypomina mi, że dialog między religiami rozpoczyna się wraz z kiełkującą przyjaźnią między ludźmi różnych wyznań, a na to trzeba mieć po prostu czas i dużo pokory, żeby wmyśleć się w tradycje „innego”. Przyjaźń, nawet jeśli jest zmęczona, niesprawiedliwie potraktowana, powraca i znowu chce się spotkać i nie daje się zapisać w kurialnych sprawozdaniach. Takie stwierdzenia, będące dziś już „klasyką dialogową”, dla mnie miały świeżość i zapach dzikiego kopru z gór Atlasu i niech takie do końca zostaną. Zapewne to on sprawił, że problemu prawdy w dialogu nie traktuję tylko jako unikania niebezpiecznego lizusostwa i odważnego przyznawania się do własnej tożsamości czy wysiłku stawiania niewygodnych dla drugiej strony pytań, ale również jako bycie prawdziwym, takim, jaki jestem, grzesznikiem, fałszywym ubogim, który będzie gotowy rozdać się i kochać, ale nigdy nie dopuści, aby być kochanym, bo to prowadzi każdorazowo do niebezpiecznego rozbrojenia. Teissier był bardzo ludzki, pewnie już po rozbrojeniu. Pamiętam, jak zakasał rękawy i coś tam pichcił dla mnichów w ciasnej kuchence. Jako Polaka i prowincjusza zdziwiło mnie to. Nie, że gotuje, nie, bo lubię zjeść, ale że nie gotuje w piusce! I jeszcze jedno – imponowała mi jego wizja przeszłości swojego narodu i Kościoła. Nie należał do odbrązowiaczy, którzy dziwnie zawsze przyjmują perspektywę lokaja, mającego szczęście oglądać zabrudzone niewymowne swojego pana. Teissier posiadł natomiast zdolność rozpoznawania sensu zdarzeń i nie był to zapewne dar prorocki, ale prosta konsekwencja przylgnięcia do prawdy, która nie da się pokryć warstwą nie tyle budujących tożsamość grupy mitów, ile sloganów, z których najniebezpieczniejszym jest ten promujący narodową, kościelną bezgrzeszność, niewinność wszystkich członków społeczności. Powtarzany zestaw historycznych sloganów potrafi w końcu zakatrupić współczesność, nie mówiąc już o hodowaniu postawy obrażania się, agresji i kłamstwa w dobrej sprawie. Być może Teissier dobrze popracował nad swoją wyobraźnią i ta stała się szeroka i sprawna, tak że nie mógł już powiedzieć: „Nie wyobrażam sobie, żeby naród, który wydał tylu świętych, był tak heroiczny, tak subtelny w swojej sztuce i literaturze przez wieki całe, mógł podłączać do elektrycznego generatora algierskich więźniów”. A może wiedział, że „pamięć, nawet wyparta, zawsze wraca i kształtuje nasze życie”?

Zapytacie pewnie o biskupa Marchanda. Nie wiem, czy ja jestem jego duchowym wnukiem, bo może sobie tego nie życzyć, ale na pewno on jest moim dziadkiem. Marchand to już jest późne wino mądrości. Chciałbym być kiedyś taki, z taką dozą humoru i godności oddawać przestrzeń, którą tak starannie kontrolujemy, zabudowujemy, w której zmieniamy dobre na lepsze albo w której nie pozwalamy nikomu niczego ruszać. I to w imię reprezentowania Chrystusa na ziemi. Marchand rozmawia z niewierzącymi. Jego cierpliwość nie jest zapewne tylko kwestią wieku; sądzę, że jest wynikiem wyzbycia się strachu przed obcym i przekonania, że spotkanie jest pojedynkiem, w którym są zwycięzcy i pokonani, a nikt nie chce być przecież na tarczy. Zastanawiam się nad intensywnością duchową tych spotkań i myślę, że jest ona wynikiem pytania, kim dla mnie jest Chrystus, osobistego spotkania z Nim. Zapewne to spotkanie zmienia język biskupa; kiedy słucham innych, odnoszę bowiem wrażenie, że uprawiają to, co się w literaturze nazywa aleksandryjskością: komentarz do komentarza, a nie opis widzianej, przeżytej rzeczywistości, bezpośrednio danej. Marchand jest dla mnie zwycięstwem nowego języka w dyskursie teologicznym, a nowość ta nie jest wymyślaniem nowych słów czy ustawianiem ich w nowym szyku, nie chodzi o znalezienie bardziej precyzyjnych pojęć, lecz, jak kiedyś napisał jezuita Dariusz Kowalczyk, chodzi o kontekst:

Zagubienie się języka jest zagubieniem kontekstu: odnoszące się do Boga pojęcia ogólne, bez doświadczenia, które powinno być ich gwarantem, gubią swoją wiarygodność. Wówczas, nawet jeśli słowo wyraża prawdę, to w ostateczności owocuje kłamstwem, gdyż jest zmuszone do zamilknięcia w obliczu pytania o własną prawomocność. Słowa padają w pustkę, kiedy przybierają uniwersalność, fałszywą, bo będącą wrogiem tego, co konkretne, co realnie istniejące.

Z tego, co mi jest dane słyszeć i widzieć, podobni są do biskupa i jego ludzie, nie zaniedbują „kontekstu”, a ich praca w prasie, radiu, telewizji nosi znak najwyższej jakości, i – co najważniejsze – jest katechezą. Nigdy na przykład nie słyszałem w niej akcentów antysemickich i to nie tylko dlatego, że we Francji tak wstrętne wypowiedzi są ścigane sądownie.

Zapewne ktoś zarzuci mi zaniedbanie w tej wypowiedzi uniwersalnego wymiaru Kościoła, który to wymiar przekłada się bardzo konkretnie na dodatkowe obowiązki biskupa i jego nieobecności we własnej diecezji. Jednak uczyniłem to z premedytacją. Sobór Watykański II przypomniał, że to Kościoły lokalne tworzą „bazę” Kościoła uniwersalnego i jakość ich życia odzwierciedla się na obliczu Kościoła w świecie. Ten sam sobór mówi o biskupie jako dłużniku. Bo Bóg jako pierwszy go pokochał i powierzył mu swoje Słowo, które ma w nienaruszonej postaci przekazać dalej, gdyż „biada mu, gdyby nie głosił Ewangelii”, a zajmował się wszystkim innym. Jest dłużnikiem, bo urodził go konkretny Kościół i ma w obowiązku podjąć i uzupełnić pracę swoich poprzedników. Choć może też być kuszony przez wspomnienia Złotego Wieku, w którym wszystko było jakoś prostsze, ludzie pobożniejsi, a Kościół był dłużnikiem biskupa.

Nie wyśniłem biskupa moich marzeń. Ale po co śnić, skoro mam przykłady. A gdyby tak, ojcze Pawle, rozpisać wśród naszych biskupów ankietę pod tytułem: „Wierny moich marzeń”? Bo pokory nigdy za dużo, jakoż i mądrego słowa.

Nie wyśniłem biskupa
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz.W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...