Niech da tyle, ile ma

Niech da tyle, ile ma

Mój drogi Kasjelu,

problemy z modlitwą Twojego podopiecznego naprawdę nie wynikają z braku umiejętności w tej materii. Wiem, on twierdzi, że nie potrafi się modlić, ale uwierz mi na słowo – nie to jest trudnością. Przecież w ich sercach sam Duch jest nauczycielem modlitwy i, co ważniejsze, jest też Tym, który się modli. Jeśli tylko trwają w łasce, wystarczy przecież, że się do Niego przyłączą, a On sam wszystkiego ich nauczy. Z tego, co udało mi się zauważyć, kłopoty z modlitwą naszych ludzkich przyjaciół mają zwykle jedną z dwóch bardzo prostych przyczyn: słabą wolę albo pychę. Nie znam dobrze Twojego podopiecznego, ale wydaje mi się, że modlitwa sprawia mu problemy raczej z powodu wybujałych ambicji, a nie z powodu nieumiejętności wzięcia się w garść. Mogę się mylić, więc sam dobrze mu się przyjrzyj. Przede wszystkim nie wiem, czy zwróciłeś uwagę, że zasada, którą przyjął w swoim życiu modlitwy, to „wszystko albo nic”. Nie modlił się już ładnych kilka dni, bo powiedział sobie: „Albo będę miał czas na modlitwę długą, solidną, osobistą i w pełnym skupieniu, albo nie będę – jak to określa – klepał paciorka”. To mniej więcej tak, jakby stwierdził, że nie będzie nikomu mówił „dzień dobry” aż do czasu, gdy dostanie urlop i będzie miał czas na długą i uważną rozmowę ze wszystkimi. Zasada „wszystko albo nic” ma zabójcze skutki dla modlitwy. Ponieważ ludzie rzadko czują, że mogą się pomodlić solidnie i wystarczająco długo, nie modlą się w ogóle. To prawda, że nasz Pan, kiedy stał się jednym z nich, sam ich uczył maksymalizmu i oddawania wszystkiego – ale wszystkiego, co mają, Kasjelu, a nie tego, co jak im się wydaje, mieć powinni. To istotna różnica. Pamiętasz tę historię, kiedy Pan rozmnożył pięć chlebów i dwie ryby tak, że najadły się tłumy? Jego uczniowie chcieli wszystkich odprawić do miasta, bo stwierdzili, że mając za mało pożywienia, i tak nie będą w stanie nic zaradzić na głód tysięcy słuchaczy. A On kazał im nakarmić tłumy. Dali Mu wszystko, co mieli, i Pan to błogosławił. Wszyscy się nasycili i zostało dwanaście koszów ułomków. Z modlitwą jest tak samo. Twój podopieczny nie chce wykorzystać tego czasu i sił, które ma, aby się modlić, bo wydaje mu się, że to kropla w morzu jego modlitewnych powinności, potrzeb i – obawiam się, że to chyba dla niego najważniejsze – możliwości. Właściwie urąga to jego ambicji, bo on chciałby już być mistykiem, a tu ma czas i siłę tylko na to, żeby zmówić pacierz. Uważa, że trzeba nakarmić tłumy, a ma tylko pięć chlebów i dwie ryby. Jeśli jednak zrobi to wszystko, co może zrobić – i nic więcej – uklęknie po prostu przy łóżku, uczyni znak krzyża, odmówi Ojcze nasz, Zdrowaś MaryjoChwała Ojcu, wówczas Pan również odmówi błogosławieństwo nad jego modlitwą i zaspokoi wszystkie jego potrzeby i pragnienia, tak że zadziwi nadmiarem łaski. A pamiętasz, Kasjelu, tę kobietę w świątyni, która tak zachwyciła naszego Pana? Była prawdziwie piękna. Cóż mogły zdziałać te jej dwa małe pieniążki, które wrzuciła do skarbony? Dała wszystko, co miała, a przecież wiedziała, że to jest mało. Prawdopodobnie wiedziała też, że nie ma sensu pozbawiać się wszystkiego, bo owo „wszystko” to i tak zbyt mało, żeby zmieniło cokolwiek. A poza tym wszyscy dawali znacznie więcej. Jednak nasz Pan pochwalił właśnie ją. Jeśli Twój podopieczny nauczy się dawać w modlitwie wszystko, co ma – zwłaszcza jeśli będzie dawał ze swego niedostatku – szybko doświadczy mocy Pana, która rozmnaża dobro ponad jakąkolwiek stworzoną miarę.

Zwróć też uwagę, czy Twój człowieczy przyjaciel przypadkiem nie lekceważy modlitwy prośby, zwłaszcza zaś modlitwy wstawienniczej za swoich bliskich i przyjaciół. Wydział Filologiczny naszych upadłych braci wprowadził nawet w powszechny obieg pewne powiedzenie, które choć zawiera w sobie trochę prawdy, to jednak pociągnęło za sobą potworne skutki w życiu modlitwy i życiu duchowym wielu naszych podopiecznych. Zapamiętaj, proszę, na przyszłość, że zwykle taka jest właśnie konstrukcja pokus zmajstrowanych przez naszych upadłych braci. Trochę prawdy i ogromny narosły na niej pasożyt, który przenosi się z szybkością wirusa na wszystkich nieostrożnych i mało roztropnych. Otóż zauważyłeś pewnie, jak często Twój podopieczny zwykł z dezaprobatą mawiać o swoich modlitwach, a co gorsza – o modlitwach innych: „Jak trwoga, to do Boga”. Chce w ten sposób poddać krytyce modlitwę – jak ją określa – interesowną i wynikającą z życiowych trudności. Kasjelu, czy rozumiesz absurd tej dezaprobaty? A do kogóż niby mieliby się oni uciekać w chwilach trudności? A poza tym, czy jest bardziej szczere wyznanie wiary we wszechmoc, opatrzność i miłość naszego Pana niż ufna prośba skierowana doń w chwili próby? Pamiętasz, jak Pan zasnął, gdy płynął z uczniami po jeziorze? Czy było w tym coś złego, że Apostołowie obudzili Go, gdy jezioro się wzburzyło? A niby któż inny miałby uciszyć morze i wiatr? Komu innemu byłyby posłuszne? Na szczęście w porę obudzili Pana. Gdyby unieśli się pychą i chcieli jako doświadczeni rybacy sami sobie poradzić, wszyscy by potonęli. Dobrze, że Go obudzili, źle, że w ogóle pozwolili Mu zasnąć. Nie pozwól Twojemu podopiecznemu zaniedbać modlitwy prośby i błagania. Ta modlitwa jest potężnym wyznaniem wiary. Niech nie myli bezinteresowności w modlitwie z pychą, która o nic nie chce prosić i o wszystko prosić się wstydzi.

I jeszcze jedna rzecz. Wiara, jak wiesz, działa poprzez miłość. Nad modlitwą, która z wiarą silnie jest związana, najlepiej pracuje się nie za pomocą lektury i marzeń, ale właśnie miłości. Rozumiesz, o co mi chodzi? Pamiętasz tego setnika, poganina, który przyszedł prosić naszego Pana o uzdrowienie swojego sługi? Kasjelu, jakaż to była modlitwa wstawiennicza! Nasz Pan zdziwił się nią i zachwycił – a w zasadzie zachwycił się wiarą tego żołnierza. Zwróć, proszę, uwagę na ten związek – modlitwa wstawiennicza za innych, ponieważ jest prawdziwym wyrazem miłości bliźniego, wynosi wiarę i modlitwę na szczyty doskonałości. Jeśli będziesz chciał pomóc Twojemu podopiecznemu w rozwoju wiary, namów go nie tyle do czytania Mertona, ile raczej do wytrwałej modlitwy za konkretnego człowieka, który jest blisko niego.

Drogi Kasjelu, wiem, że Twój podopieczny siedzi teraz po turecku przed zapaloną świecą i wystylizowaną ikoną, pali kadzidło i stara się szybko przebrnąć drogę medytacji, aby zanurzyć się w kontemplacyjnym, pozasłownym obcowaniu z samym Bogiem. Twoim zadaniem jest tak przejąć go losem jego sąsiadki, która właśnie znalazła się w szpitalu i czeka na wyniki badań onkologicznych, aby pobiegł do najbliższego kościoła – bardzo dobrze, że jest barokowy i nie odpowiada jego niby ascetycznym gustom – upadł na kolana przed brzydkim, jego zdaniem, tabernakulum, złożył ręce tak mocno, jakby od tego miała zależeć skuteczność prośby, i z równym zaangażowaniem wypowiadał słowa prostej dziecinnej modlitwy, bo wzniosłych i wymyślnych fraz nie będzie w stanie ułożyć, ze strachu i troski o tę piękną dziewczynę. A jeśli przy okazji odkryje wreszcie, że jest w niej zakochany, to będziemy mieć dwie pieczenie upieczone na jednym ogniu. Nie bój się, Kasjelu, w sprawie dziewczyny widziałem się już dziś z Rafałem. Obiecał, że zrobi, co w jego mocy. Sam wiesz, co to znaczy.

Stale się za Was modlę

Twój brat Zeruel

Niech da tyle, ile ma
Janusz Pyda OP

urodzony w 1980 r. w Lublinie – dominikanin, absolwent filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim i teologii w Papieskiej Akademii Teologicznej, kaznodzieja, ceniony rekolekcjonista, duszpasterz, członek...