Nieumiarkowanie

Trzeba przyznać chrześcijańskiej moralności i ascetyce, że nie dały się zwieść i mówiąc o obżarstwie, nigdy nie sprowadzały jej wyłącznie do ilościowych problemów z jedzeniem czy piciem.

Lekceważenie, z jakim wyraziłeś się o obżarstwie jako sposobie zdobywania dusz, jest świadectwem Twojej ignorancji. Jednym z wielkich osiągnięć ostatniego stulecia jest znieczulenie ludzkiego sumienia na tym punkcie tak, iż obecnie z trudnością usłyszałbyś kazanie piętnujące obżarstwo lub znalazłbyś sumienie nim zaniepokojone.


– C. S. Lewis, Listy starego diabła do młodego

Nie ma pewnie bardziej nieprzyjemnego zawodu i rozczarowania, niż ten, gdy strzegąc dzielnie głównego wejścia, nie zauważymy, że złodziej dostał się na nasz teren przez niepozorną dziurę w płocie, którą znalazł gdzieś w tylnej, zapomnianej części ogrodzenia, i w ten mało widowiskowy, aczkolwiek wysoce skuteczny sposób pozbawił nas wszystkiego, co było dla nas cenne. Być okradzionym to przykre przeżycie, ale dać się okraść, choć wydaje się nam, że stoimy na straży i pilnujemy naszej majętności, to już zupełnie groteskowe doświadczenie. Mam wrażenie, że nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu jest obecnie w naszym życiu duchowym ową dziurą w płocie, której zupełnie nie pilnujemy, a czasami o jej istnieniu nie mamy pojęcia. Strzeżemy wielkich bram, przez które mogą się wedrzeć w nasze serca pycha czy zazdrość. Jednocześnie zapominamy, że ta nieszczęsna dziura w płocie, przez którą spokojnie przeciska się wada obżarstwa, jest wejściem zupełnie wystarczającym, aby w naszym życiu pojawił się wróg nie mniej mocny i skuteczny niż inne grzechy główne.

Co to znaczy, że obżarstwo jest grzechem głównym?

Grzech główny nie musi być grzechem ciężkim. To raczej grzech, który potrafi być przyczyną wielu innych i miewa zgubny wpływ na wiele pozornie z nim niezwiązanych sfer życia. Z grzechem głównym jest jak z bólem zęba albo odciskiem na stopie – zwykle nie zwiastuje natychmiastowej i śmiertelnej choroby. Ot, po prostu, coś się dzieje nie tak z jedną drobną częścią naszego ciała. Ale jednocześnie dobrze wiemy, że nawet taki drobiazg jak ból zęba potrafi zmienić nasze spojrzenie na cały świat i sprawić, że zaczniemy grzeszyć niecierpliwością, złośliwością wobec innych, wybuchami niekontrolowanego gniewu. Może też jednak się okazać, że ból ten stanie się bardzo poważnym kłopotem czy śmiertelnym zagrożeniem dla nas.

Podobnie jest z grzechami głównymi. Wpływają one na całe mnóstwo spraw – na nasze zdrowie, relacje z innymi ludźmi, pracowitość, sumienność, choć same w sobie mogą być czymś zupełnie drobnym. Weźmy prosty przykład. Ktoś może zepsuć całe święta rodzinie albo sprawić przykrość ludziom, którzy go u siebie goszczą, swoim nieprzekraczalnym, choć wynikającym z wolnego wyboru wegetarianizmem. Wystarczy odrobina uporu w kwestii tego, co zdecydowałem się jeść, a czego nie, i w sprzyjających warunkach mamy gotową rodzinną awanturę. Na początku jest drobiazg, na końcu wojna. Ktoś może też zniszczyć sobie i rodzinie święta przez to, że się upił. Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku mamy do czynienia z tym samym grzechem głównym, choć trudno powiedzieć, aby miał on ten sam ciężar gatunkowy. Choć grzechy te różnią się ciężarem, to jednak potrafią wywołać podobny skutek.

Pięć wersji nieumiarkowania w jedzeniu i piciu

Trzeba przyznać chrześcijańskiej moralności i ascetyce, że nie dały się zwieść i mówiąc o obżarstwie, nigdy nie sprowadzały jej wyłącznie do ilościowych problemów z jedzeniem czy piciem. Święty Grzegorz Wielki, a za nim św. Tomasz z Akwinu wskazują zgodnie pięć sposobów działania wady głównej, którą jest obżarstwo.

Sposób pierwszy – snobizm podniebienia

Ulegamy mu wówczas, gdy gonimy za stołem wystawnym albo za takimi potrawami czy trunkami, które są wyłącznie najwyższego gatunku albo są w jakiś sposób specjalne. Oczywiście nic w tym złego, jeśli lubimy dobrą kawę czy dobry ser. Problem zaczyna się wówczas, gdy nasz ranek zamienia się w koszmar dla nas i dla najbliższych tylko z tego powodu, że skończyła się właśnie lavazza i musimy napić się zwykłej kawy, którą mamy pod ręką, albo właśnie w naszej lodówce zabrakło gruyère’a i musimy się zadowolić zwykłym edamskim. Potrafimy być wówczas wściekli i nieomal rzucać się na domowników z oskarżycielskimi pytaniami typu: „Kto wypił resztę kawy i nie poszedł do sklepu, a ja teraz muszę pić tę lurę?” albo „Czy ktoś w tym domu poza mną wkłada coś do lodówki, czy wszyscy z niej tylko wyjmują?” itd. Zazwyczaj nawet nie mamy pojęcia, że w takich momentach działa w nas wada główna, którą jest obżarstwo. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że nas to ośmiesza, czyniąc jednocześnie niezdolnymi do śmiechu z samych siebie i z naszych małych upodobań, przywiązań czy nawyków. „Snobizm podniebienia” jest czymś, co wyglądając niegroźnie, potrafi bardzo skutecznie odwrócić porządek rzeczy. To już nie jedzenie jest podporządkowane nam, którzy jemy, ale my podporządkowujemy się jedzeniu – wraz z naszymi humorami i samopoczuciem. Potrafimy poświęcić czas i pieniądze znacznie bardziej potrzebne nam na ważniejsze sprawy (albo należne naszym bliźnim jako pomoc od nas) tylko dlatego, że gonimy za „wyjątkowym” jedzeniem.

W jaki sposób bronić się przed odmianą obżarstwa, którą jest „snobizm podniebienia”? Serdecznie polecałbym jałmużnę jako stałe przypomnienie, że są bardziej podstawowe i bardziej realne potrzeby innych ludzi niż te nasze własne, małe czy większe zachcianki.

Sposób drugi – smakoszostwo

Słowo to może nie jest zbyt ładne, ale adekwatne treściowo. Smakoszostwo to taki rodzaj nieumiarkowania w jedzeniu i piciu, który sprawia, że będziemy nieszczęśliwi albo skwaszeni, jeśli jedzenie nie będzie przyrządzone dokładnie tak, jak lubimy. Mogłoby się to wydawać zupełnie niegroźne, ale ileż małżeństw przeżywa swoje pierwsze i całkiem poważne konflikty z tego powodu, że pierogi przygotowane przez żonę ani farszem, ani ciastem nie przypominają tych, które robiła matka męża. Zaczyna się od pierogów, a później się okazuje, że w zasadzie wiele innych rzeczy, które robi żona, „rozczarowuje” i nijak się ma do tego, co lubimy najbardziej. Wiele osób najpierw odmawia jedzenia we własnym domu, tylko dlatego że panierka na kotlecie nie jest dokładnie tak usmażona, jak lubią, a później rezygnuje z własnego domu, bo coraz więcej rzeczy wydaje się im dalekich od doskonałości.

Smakoszostwo najłatwiej poznać po tym, że uniemożliwia wdzięczność. Ktoś wykonał wobec mnie akt miłości, którym jest przygotowanie dla mnie posiłku. Ale ja już nie potrafię tego docenić, nie potrafię nawet tego dostrzec, gdyż straciłem zdolność do wdzięczności i afirmacji. To trochę tak, jak z małą dziurką w dętce rowerowej. Powietrze wycieka przez nią stopniowo i powoli, ale za to skutecznie i konsekwentnie. Przestajemy być wdzięczni Panu Bogu za to, że mamy jedzenie, i ludziom za to, że dla nas je zdobyli czy przygotowali, i później się okazuje, że wdzięczności mamy w swoim sercu coraz mniej – także w zupełnie innych dziedzinach życia.

Jakiś czas temu w Polsce przeprowadzano kampanię przeciw przemocy w rodzinie. Na plakatach oglądaliśmy pobitą kobietę, a napis podawał domniemaną przyczynę: „Bo zupa była za słona”. Oglądając te plakaty, często myśleliśmy sobie: „To wcale nie o to chodziło, to był tylko pretekst do agresji”. Ale niestety trzeba zrozumieć, że tak działa grzech główny obżarstwa, także w wersji smakoszostwa – bardzo szybko potrafi obudzić swego diabelskiego przyjaciela, którym jest gniew. Grzechy główne to nieszczęścia, które lubią chodzić parami, a czasami nawet w większej grupie. Jeśli wydaje się nam to niemożliwe i przesadzone, to ciągle jeszcze nie wierzymy, że są takie grzechy, które posiłkując się drobiazgami, potrafią zniszczyć nam życie.

W jaki sposób bronić się przed obżarstwem w wersji smakoszostwa? Stara dobra chrześcijańska tradycja zalecała modlitwę przed jedzeniem i po jedzeniu. Jeśli podziękujemy Panu Bogu w modlitwie za to, że w ogóle mamy co jeść, i uświadomimy sobie, że to jednak nie jest takie oczywiste, bo wielu naszych braci i wiele naszych sióstr nie ma pod dostatkiem chleba, to trudniej będzie nam narzekać na drobiazgi i zgrywać smakoszy.

Sposób trzeci – obżarstwo

To, co kojarzymy z tą wadą najczęściej, czyli zwykłe, ilościowe obżarstwo. Po prostu jemy za dużo, obżeramy się. Nad tą wersją wady nie będę się dłużej zatrzymywał, bo jest ona chyba zupełnie jasna.

Jak sobie z nią radzić? Sposób jest prosty, co nie oznacza, że łatwy. Warto w swoim życiu odnowić starą i piękną formę modlitwy wstawienniczej za innych. Tą formą jest właśnie post ilościowy. Wiem, że może to brzmieć w kontekście współczesnej wrażliwości dziwnie, ale serdecznie bym radził, aby od czasu do czasu (ale nie za rzadko) w czyjejś konkretnej intencji, jeśli zdrowie nam na to pozwala, przeżyć dzień o chlebie i wodzie. To przykre, że normalna dla pierwszych chrześcijan praktyka dobrowolnego postu ilościowego tak bardzo jest w naszych czasach zapomniana.

Sposób czwarty – podjadanie

Chodzi tu o przekraczanie pór dnia, które powinniśmy mieć przeznaczone na posiłki. Kiedy byłem w nowicjacie, bardzo pilnowano zasady, aby nie jeść między posiłkami. Oczywiście jest to spore ćwiczenie ascetyczne, szczególnie trudne dla nas, którzy nie tyle jemy, ile wciąż podjadamy. Czasami nawet czujemy, że nasze podjadanie nie jest niczym innym jak ucieczką przed sprawami czy obowiązkami, które na nas czekają. Schodzę do kuchni i robię piątą herbatę – cóż w tym złego. Ale w istocie chodzi o to, że nie chce mi się siąść do komputera i skończyć artykułu o obżarstwie. Wałęsam się po biurze i pytam, czy ktoś nie ma jakiegoś „gorącego kubka”. Wcale nie chodzi o to, że jestem głodny, tylko potrzebuję pretekstu, aby oderwać się od pracy. Syndrom wciąż otwieranej lodówki w poszukiwaniu nie do końca wiadomo czego jest nam wszystkim chyba dobrze znany. Jedzenie poza porami ku temu przeznaczonymi może stanowić doskonałe alibi dla ucieczki od naszych obowiązków i zadań.

Jak z tym walczyć? Spróbujmy jasno określić, ile razy w ciągu dnia zamierzamy jeść, i jedzmy mniej więcej w takich porach i tyle razy, ile ustaliliśmy wcześniej. Kiedy siedzę przed komputerem i piszę, nie muszę zawsze mieć pod ręką kubka z kawą czy herbatą. Kiedy oglądam film, nie muszę zawsze trzymać na podorędziu torby z chipsami. Podstawowa zasada ascetyki brzmi – jedna czynność w jednym czasie. Kiedy jem – to jem, kiedy piszę – to piszę, kiedy czytam – to czytam. Warto też pamiętać, że jedzenie jest czynnością, którą – jeśli to tylko możliwe – powinniśmy dzielić z innymi. Podjadanie ma to do siebie, że zostajemy zazwyczaj sam na sam z torebką chipsów.

Sposób piąty – opychanie się

Nie tyle jem, ile się opycham. Nakładam na talerz jedzenie na zapas, poza tym, co akurat jem, świata nie widzę, cały skupiam się na jedzeniu, jem łapczywie i zachłannie. Po jedzeniu mam ochotę skwitować swoje zachowanie krótkim: „Ale się objadłem”, i najchętniej poszukałbym najbliższego łóżka i poszedł spać. To wszystko są oznaki piątej wersji wady nieumiarkowania w jedzeniu i piciu – „opychania się”.

Jak z tym walczyć? Cóż, za pomocą najbardziej podstawowej formy ascezy, którą jest zwykła kultura – w tym wypadku kultura stołu. Warto uczyć się rozmowy podczas jedzenia. Warto na tyle rozsądnie rozplanować posiłki, aby po całym dniu bez jedzenia nie dopaść talerza jak spragniony studni. O ile przed czwartą wersją nieumiarkowania w jedzeniu i piciu, czyli przed podjadaniem, będzie nas chroniła pamięć o zasadzie, że jedzenie, kiedy to tylko możliwe, powinno być też spotkaniem z drugim człowiekiem, o tyle przed piątą wersją wady obżarstwa, którą jest opychanie się, będzie nas chroniła pamięć o zasadzie, iż jedzenie, kiedy to możliwe i w takim stopniu, jak to możliwe, powinno być celebracją.

Trening uważności i spostrzegawczości

Czasami dzieje się tak, że grzech nieumiarkowania w jedzeniu i piciu szybko przekształca się w wadę główną i staje się widoczny dla nas samych i dla naszego otoczenia. Ale zdecydowanie częściej uznajemy, że nas to w ogóle nie dotyczy. Wielki sukces odniesie alkoholik, gdy przyzna: jestem alkoholikiem. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu ciągle do nas krzyczy: „nie jestem twoim problemem”, „mnie tu nie ma”. Często w to wierzymy i często nawet pokonani przez tę właśnie wadę, nie wiemy, że padliśmy jej ofiarą. Żyjemy w świecie fast foodów, instantów i chińskich zupek.

Wielkie problemy z nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu bardzo często zaczynają się od zwykłego niedbalstwa w podejściu do tego co, kiedy, w jakich ilościach i jak jemy. Zanim więc zaczniemy trenować wolę w kwestii jedzenia i picia w naszym życiu, zacznijmy trenować uważność i spostrzegawczość. Nie warto ćwiczyć wojska, jeśli nie wiemy, na jaki odcinek frontu mamy je posłać. Nie ma co obsadzać głównych bram naszego życia wewnętrznego, jeśli zostawimy niezałataną dziurę w płocie, przez którą być może nie tak paradnie, ale bardzo skutecznie wtargnie nieprzyjaciel.

Nieumiarkowanie
Janusz Pyda OP

urodzony w 1980 r. w Lublinie – dominikanin, absolwent filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim i teologii w Papieskiej Akademii Teologicznej, kaznodzieja, ceniony rekolekcjonista, duszpasterz, członek...