Nigdy nie byłem samotny

Nigdy nie byłem samotny

Jestem sam, ale nie samotny. To dla mnie bardzo istotne rozróżnienie. Bycie samemu to niczym niezapełniona przestrzeń, to stan faktyczny, który nie ma jeszcze żadnych emocjonalnych, a tym bardziej moralnych konotacji.

Późnym wieczorem wracałem do klasztoru. W oknach salki rekreacyjnej – salonu, w którym spędzamy razem wolny czas – zobaczyłem światło i ucieszyłem się, że będę mógł jeszcze chwilę posiedzieć z braćmi. Dookoła stołu, w ciepłym świetle lampy, zebrała się spora grupka. Rozprawiali o czymś żywo. Zaszedłem do kuchenki, żeby wziąć coś do picia, po czym wróciłem i usiadłem w fotelu, w pewnym oddaleniu od kręgu rozmawiających. Nie zdążyłem się jeszcze dobrze umościć, kiedy nagle bracia, jeden za drugim, zaczęli wychodzić – trafiłem na koniec rozmowy. Ostatni bąknął coś o tym, że „hm… trochę głupio zostawiać cię samego, ale wiesz… późno jest”, i czmychnął, widząc, że kiwam głową ze zrozumieniem. Zostałem sam. Po chwili drzwi znowu się uchyliły. Wszedł brat Benek, żeby zrobić sobie herbatę przed snem.
– Poszli już? – zapytał.
– Jak widać – westchnąłem.
– A ty co tak siedzisz?
– Właśnie dziś miałem napisać tekst o samotności dla „W drodze”, więc siedzę tak sobie i rozmyślam – w tym momencie cała sytuacja wydała mi się nagle dość komiczna.
Benek zaparzył herbatę, usiadł przy stole i ucięliśmy sobie pogawędkę.
Porządny gość.
I uprzejmy: kiedy mówiliśmy sobie „dobranoc”, zarzekał się, że nie został ze mną z litości.

* * *

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

||
Wyczyść

Zaloguj się