Non est nostrum?

Non est nostrum?

Znalezienie własnego życiowego zadania jest niemałym wysiłkiem i trudem. Jest również ogromnym ryzykiem. Nawet jeśli wstępuje się do zakonu, pozostaje pytanie i niepewność: dobrze, zakon, ale co dalej. W zakonie można przecież robić różne rzeczy. Specjalizacja istnieje tam od dawna. Można czekać na wolę Bożą podaną na tacy, ale można też czynnie jej poszukiwać i nadsłuchiwać, co też Pan Bóg każe nam robić, oczywiście po uzgodnieniu z przełożonymi. Można podziwiać innych i im zazdrościć, można plątać się po klasztorze, odmawiając przepisane modlitwy i wypełniając wszystkie punkty programu, a nawet robić jeszcze więcej niż to konieczne. Przed tym pytaniem jednak nie sposób uciec. Po co zostałem wezwany i do czego konkretnie otrzymałem powołanie? Otrzymując powołanie, otrzymałem również konkretne łaski. Czy je dostrzegam?

Odczytywanie swojego powołania, odczytywanie znaków czasu dokonuje się w niemałym trudzie. Czy moi dzisiejsi przełożeni będą pamiętali, że dawniejsi posłali mnie do pracy z młodzieżą i że zestarzawszy się, nic innego nie umiem robić? W ciągu lat spędzonych z młodzieżą powstała we mnie wizja człowieka w rozwoju, człowieka dojrzewającego do dojrzałości i samodzielności. Zawsze cieszyłem się wzrostem swoich podopiecznych, a już najbardziej cieszyło mnie to, kiedy dochodzili do siebie, kiedy zaczynali być sobą, a nie tylko bardziej czy mniej udolną kopią mnie samego. To wspaniałe widzieć dojrzałe skrystalizowane osobowości. To radość mieć do czynienia z ludźmi twórczymi, którzy przesuwają horyzont myślenia na dużą odległość.

Po latach pracy z młodzieżą przekonałem się, jak ważną rolę w kształtowaniu dojrzałej osobowości odgrywa wizja scalająca poszczególne fragmenty życia i myślenia każdego człowieka. Jeśli człowiek nie ma takiej wizji, to miota się i traci energię w poszukiwaniu zarówno oparcia, jak i celu życia i działania. Żyje z dnia na dzień. To już nie on posiada siebie, ale dzień powszedni posiada jego. Od takiego człowieka trudno cokolwiek wymagać.

Dzisiaj niechcący usłyszałem nowicjusza, który komentował Lednicę, powtarzając zasłyszany slogan: non est nostrum. Nie przystanąłem, aby go spytać: — Drogi bracie, no to w takim razie co est nostrum? Zmartwiło mnie tylko to kopiowanie w myśleniu. No bo skąd nowicjusz i to jeszcze po łacinie wie z niewzruszoną pewnością, co est nostrum.

Przypadkowe spotkanie z nowicjuszem wyostrzyło moje własne pytanie o to, co est nostrum?

Myśl moja pobiegła natychmiast do twórczych początków dominikanów w Polsce, kiedy to w nowym ognisku kultury umysłowej, którym był zakon dominikański, powstały kolejno dwa żywoty św. Stanisława. Obydwa wyszły spod pióra tego samego autora Wincentego z Kielczy, niegdyś kapelana biskupa Iwona Odrowąża i kanonika krakowskiego, wreszcie dominikanina. W pismach swoich Wincenty przynosi znękanemu walkami dzielnicowymi i świeżym napadem tatarskim pokoleniu z połowy XIII wieku własną odpowiedź na pytanie, czy i kiedy wróci dawna świetność Polski, której symbolem była utracona korona królewska. Wincenty z Kielczy znajduje nadzieję na odzyskanie tej świetności w kulcie św. Stanisława i dlatego życiorys świętego przybiera pod jego piórem zarys historii narodu. Przede wszystkim zaś przynosi wizję nadziei.

Z legendy o cudownym zrośnięciu się ciała świętego Wincenty czerpie ufność, że z czasem także i jedność królestwa zostanie przywrócona. W XIII wieku dominikanie przynieśli więc Polsce wizję jedności ojczyzny.

I był to bez wątpienia największy cud w dziejach narodu, cud, który trwał i trwa nadal. Cud zjednoczenia Ojczyzny za pośrednictwem świętego Stanisława.

Jak mocna i nośna była to wizja, niech świadczą słowa wypowiedziane przez Jana Pawła II na krakowskich Błoniach podczas pielgrzymki w 1979 roku.

Wizja…Wizja… Wizja…

Scala i porządkuje. Nie pozwala na wytracanie energii. Wszystko podporządkowuje sobie. Jest jak skrzydła unoszące ponad…

Po 750 latach od tamtych chwil i po 1000 latach od chwili przyjęcia chrztu lud Boży znad Wisły, Odry i Warty kieruje swoje oczy ku dominikanom współczesnym i czeka na wizję dającą szczególnie młodym kierunek lokowania osobistej i społecznej nadziei, osobistych i społecznych sensów i energii.

Pojawiła się wizja zjednoczenia młodzieży wokół Chrystusa wybieranego coraz bardziej świadomie nad brzegami jeziora Lednica, czyli u źródeł chrzcielnych Polski. Tysiące młodych przybywających nad Lednicę przybywa tam po sens, po ewangeliczną treść i jest dla nas dominikanów współczesnych wyzwaniem.

Lednica to nieustanny wybór Chrystusa. W podświadomość Polaków taki wybór jest już wpisany raz na zawsze. Polacy bowiem, wybierając króla w wolnej elekcji, wybierali go ze świadomością, że sam Bóg im go daje. Wybór ten składali w ręce Prymasa Polski. Wybór Chrystusa to akt decyzyjny nieprawdopodobnej mocy, nieporównywalny z niczym. Ten wybór kształtuje życie młodych Polaków. Ten wybór powtarzany coraz bardziej świadomie buduje ich wnętrze.

Stawiam sobie zatem pytanie, czy przypadkiem Lednica nie jest tym wyzwaniem, które Chrystus kieruje do nas dzisiaj. Otwartość na głos Ducha Świętego i lęk, by nie zaniedbać Jego natchnienia, da naszej młodzieży pokarm, którego ten świat sam z siebie dać nie może. Wracając do pytania, które sobie postawiłem na wstępie, coraz pewniej odpowiadam: Lednica stała się nie tylko nostra, ale stała się swoistego rodzaju proprium dominikanów współczesnych. Jest tylko jeden mały szkopuł, że pomiędzy mną a nowicjuszami obowiązuje klauzura. Ja więc im tego nie powiem.

Non est nostrum?
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...