Notatki niepotrzebnego księdza

Notatki niepotrzebnego księdza

Braciom neoprezbiterom, z którymi razem przeżywałem ich pierwsze dni w zakonie

Kiedy w czerwcu 1999 roku odchodziłem z poznańskiego klasztoru do Gdańska, obecni bracia neoprezbiterzy zbliżali się ku końcowi nowicjatu. W czasie pożegnalnego spotkania otrzymałem od nich prezent z dedykacją: „Dziękując, życzymy otwartości na »momenty wieczne«! — bracia nowicjusze”.

O paru takich „momentach wiecznych” z ostatniego czasu (i nie tylko) chciałbym napisać.

* * *

Jestem księdzem, ale mieszkam w kraju, w którym oficjalnie nie mogę być nim. Nie jest ważne, co to za kraj i co to za miasto. Może to być przecież wszędzie, zgodnie z tym, co napisał Larkin: „Wszędzie się może zdarzyć coś. Nic zresztą też”. W latach 60. byli księża robotnicy, teraz zaś coraz częściej spotykamy księży bezrobotnych. Jako ksiądz jestem bezrobotny. Po latach duszpasterskiej pracy jest to niecodzienne — ale mam nadzieję, że cenne — doświadczenie, zwłaszcza dla polskiego księdza.

Oficjalnie jestem tutaj niepotrzebny. Nieoficjalnie również trudno cokolwiek przedsięwziąć. Poziom skłócenia między wiernymi jest tak duży, że jeśli próbowałbym się skontaktować z jednymi, drudzy (a podobno jest jeszcze i trzecia grupa) mogliby donieść na mnie na policję. Jeden z kapłanów, który szukał możliwości zaczepienia się w pracy charytatywnej, wyjechał zrezygnowany, bo „z tymi ludźmi się nie da”. Ci ludzie należą do tego samego, jednego, świętego, powszechnego i apostolskiego Kościoła. Zakonnica, która o mnie słyszała i mnie znalazła, żyjąca w oficjalnej wspólnocie, nieoficjalnie powiedziała mi, że pod nakazem posłuszeństwa zabroniono jej zaproszenia mnie do siebie.

Jestem tutaj niczyj, więc — żeby to wszystko miało sens — muszę być Boga. Właściwie i zgodnie z prawdą powinno być inaczej: Jestem Boga, więc nie jestem niczyj.

* * *

Użyłem kiedyś trzech określeń, szukając odpowiedzi na pytania, kim jest kapłan, czym jest kapłaństwo.

Jest „Szewczykiem” — „obłędnym kuternogą, który szyje wpatrzony w zmór odmęty, buty na miarę stopy Boga, co mu na imię Nieobjęty” (Leśmian). Jeśli tak, to częścią życia kapłana jest wpatrywanie się w ciemność i nieustanne poczucie całkowitej nieadekwatności tego, co robi i mówi, wobec tajemnicy Boga.

Jest Ojcem, który wskazuje, poucza, czasem przytula, ale przede wszystkim jest. Ojcem nietypowym, bo przecież bez prawdziwych dzieci — z tą specyficzną samotnością: jestem dla wszystkich, ale nikt nie jest dla mnie.

Jest Świadkiem Jezusa — apostołem; a więc posłanym, wysłannikiem. Na wzór Jezusa, którego posłał Ojciec — „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10,30). Tym, który ma być przede wszystkim jedno z Jezusem. Jak głosi zasada rabinacka, uprawomocniony posłaniec jest jak sam posyłający, stąd kapłan jest Jezusem.

W każdym z tych doświadczeń jest obecny Duch Święty. „Szewczyka” wspiera Duch jako Pocieszyciel, Ojca Duch jako pouczający o Prawdzie, Apostoła wspiera Duch Mocy do sprawowania sakramentów.

* * *

Odprawiając mszę świętą, modliłem się pierwszą modlitwą eucharystyczną. Dzięki słowom: „Pamiętaj, Boże, o swoich sługach i służebnicach… i wszystkich tu zgromadzonych” objąłem swoją modlitwą wszystkich mieszkających w tym domu (18 pięter, ja na 14).

Mieszkam w wynajętym mieszkaniu, właściwie pokoju z małą kuchenką i łazienką. Prowadzę tu życie przykładnego starego kawalera (dla otoczenia) czy też mnicha (dla wtajemniczonych). Niewiele osób wie, kim jestem. Początkowo nie zwróciłem na to specjalnie uwagi, potem życie w niedopowiedzeniach, unikaniu odpowiedzi bądź tzw. drobnych kłamstwach było coraz bardziej męczące. Częste pytanie o to, czy jestem żonaty, czy mam dzieci, a dlaczego nie i dlaczego tu jestem. Po pewnym czasie zacząłem w niektórych sytuacjach mówić, że jestem księdzem. Nie wszyscy rozumieją, co to właściwie znaczy, i wcale nie jest to problem języka.

* * *

Chrześcijaństwo, Kościół są darem, są łaską — nigdy za mało powtarzania tej prawdy. „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem” (J 15,16), słowa Jezusa określają to najprościej i najpełniej. I w tej perspektywie trzeba patrzeć na kapłaństwo.

Ks. Jan Twardowski w swoim świadectwie o kapłaństwie bardzo pięknie podkreślał znaczenie Eucharystii w życiu kapłana. Wyjątkowość posługi, która polega na sprowadzaniu Boga na ziemię. Wyjątkowość eucharystyczna niesie taki ogrom darmowej miłości, że może prowadzić do obojętności, przyzwyczajenia bądź do coraz większej Bożej samotności w człowieku, która otwiera na całość stworzenia. Boża samotność to doświadczenie Jezusa, który wyjaśnia to uczniom: „Teraz wierzycie? Oto nadchodzi godzina, a nawet już nadeszła, że się rozproszycie — każdy w swoją stronę, a Mnie zostawicie samego. Ale Ja nie jestem sam, bo Ojciec jest ze Mną” (J 16,31–32). Tylko takie doświadczenie pozostania samemu, które doprowadzi do odkrycia, że „Ojciec jest ze mną”, jest prawdziwym kapłańskim życiem, do którego wzywa nas Chrystus.

Kiedy pakowałem się przed wyjazdem, jeden z braci, widząc przygotowane kielich, patenę, wino i hostie, powiedział (nie wiem, czy żartował): „I po co ci tyle? Wystarczy przecież, że będziesz odprawiał w święta i w niedziele”. Oczywiście, nie muszę odprawiać mszy codziennie, ale chcę, i to nie dlatego, że prawo kanoniczne mnie do tego zachęca. Celebrując samotnie, na biurku w moim pokoju, wierzę, że to moje źródło życia i te powtarzane najprostsze gesty są najważniejszym wydarzeniem, które mogę tutaj urzeczywistnić. Dom Pański jest tam, gdzie sprawuje się Eucharystię. W pewnym sensie świątynię — dzięki niezwykłości daru kapłaństwa — noszę w sobie i przez Eucharystię tworzę wokół siebie. Tam, gdzie sprawuję Eucharystię, tam buduję świątynię, choćby to był hotelowy pokój, moje obecne mieszkanie czy skrzyżowanie leśnych dróg w Mrzygłodach, na Roztoczu, gdzie odprawiałem Mszę dla młodzieży w czasie wędrówki. Wierzę w to głęboko, tym bardziej, że odkrywam słuszność słów ks. Tomasza Węcławskiego: „Jeśli Eucharystia jest rzeczywiście tym, co o niej mówi nasza wiara — a tego nikt nie może wykluczyć — to każda próba przeniknięcia sensu ludzkiej obecności w świecie bez uwzględnienia pierwszeństwa tej prawdy musi okazać się niebezpiecznym nieporozumieniem”.

* * *

Zdarzyło mi się wypowiedzieć zdanie (które zostało zapamiętane), że jestem zmęczony polskim Kościołem. To duże uproszczenie także dlatego, że to wielka łaska żyć w takim Kościele: wolnym, licznym, bezpiecznym, w środowisku chrześcijańskim, nawet jeśli tylko o charakterze kulturowym. Jak w wypadku wielu zdań tego typu, tak naprawdę, wypowiadając je, nie wie się, co się mówi.

* * *

Potrzeba przyjęcia i dogłębnego przemyślenia i przeżycia tego, co związane jest z bezużytecznością kapłana, zakonnika. Niewątpliwie — przynajmniej w polskiej rzeczywistości — kapłan czuje się użyteczny, potrzebny, często skuteczny. Myślę, że za doświadczeniem użyteczności, skuteczności, duszpasterskich sukcesów powinna znajdować się ogromna wolność od ludzkich miar, zakorzeniona w więzi miłości Pana Boga. To odkrycie, że przychodzi się do zakonu dla Pana Jezusa, a nie dla ludzi, bo przecież może tak się zdarzyć, że po ludzku życie księdza jest nieudane. Kierowanie się ewangeliczną miarą skuteczności i użyteczności to dawanie z siebie wszystkiego pełną miarą, a rezultat pozna się w niebie. Właściwie zdaje się, że w niebie zupełnie nie będziemy się tym interesować.

Czasami powtarzamy, pokornie chyląc głowę, że jesteśmy „sługami nieużytecznymi”, zwłaszcza wtedy, kiedy nas chwalą i wydaje się nam, że mają słuszne powody. W świetle Ewangelii słowa: „sługami nieużytecznymi jesteśmy, wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać” (Łk 17,10) są komplementem, który trudno sobie przypisać, czy rzeczywiście bowiem mogę powiedzieć, że wykonałem wszystko, co powinienem wykonać?

Nie wiem, czy jestem gotowy (właściwie wiem, że nie jestem), by przyjąć za swoje słowa: „Staliśmy się bowiem widowiskiem światu, aniołom i ludziom. (…) Staliśmy się jakby śmieciem tego świata i odrazą dla wszystkich aż do tej chwili” (1 Kor 4,9.13).

* * *

Słyszałem w Polsce opowieść o kleryku, który w pociągu wdał się w rozmowę ze współtowarzyszami podróży. Pod koniec jedna z kobiet zapytała: „Niech mi pan wreszcie powie, kim pan naprawdę jest?”. Odpowiedział: „Jestem klerykiem”, co wyraźnie zadowolona kobieta podsumowała: „Od początku wiedziałam, że nie jest pan kimś normalnym”.

Księżowskie próby bycia tzw. normalnym często są żałosne. Nie bardzo lubię, gdy mówią, że jestem normalnym księdzem, bo nie wiem, co miałoby to znaczyć. Ani też nie lubię wynurzeń w dobrym tonie w pewnym środowisku, wśród dobrze znających się ludzi, jak to się przydarzyło pewnemu współbratu (wtedy diakonowi, a obecnie dobremu księdzu), który wyznał: „wiesz, ja tak naprawdę jestem antyklerykalny”.

* * *

Stare, tzw. przedsoborowe książki często niosą przesłanie zapomnianego już w naszym czasie radykalizmu ewangelicznego. Został on zracjonalizowany i zmyślnie złagodzony przez psychologiczne mądrości o potrzebach człowieka. Jak zauważył stary zakonnik: „Uważa się, że to nie jest dobrze, by zakonnicy wstawali w nocy na modlitwę brewiarzową, natomiast nie ma problemu, by nocami oglądali telewizję bądź siedzieli przy komputerze”.

Tymczasem, jak można nie czytać z zawstydzeniem nad własną słabością i bylejakością słów: „Za przykładem Pana Jezusa kapłan musi umrzeć swemu ciału, swemu duchowi, swojej woli, swojej opinii, rodzinie, światu; musi poświęcić się przez milczenie, modlitwę, pracę, pokutę, cierpienie i śmierć. Im bardziej jest się umarłym, tym więcej ma się życia, tym więcej się go daje. Kapłan jest człowiekiem ukrzyżowanym. Powinien również przez miłość, za przykładem swego Mistrza, oddać swoje ciało, umysł, czas, swoje dobra, zdrowie i życie; powinien dawać życie przez swoją wiarę, naukę, słowa, modlitwy, przez swoją władzę i swój przykład. Trzeba stać się dobrym chlebem. Kapłan jest człowiekiem zjadanym” (A. Lestra). To przecież tylko konsekwencja tego, że „kielich błogosławieństwa, którym błogosławimy, czy nie jest udziałem we Krwi Chrystusa? Chleb, który łamiemy, czyż nie jest udziałem w Ciele Chrystusa? Ponieważ jeden jest Chleb, przeto my, liczni, tworzymy jedno Ciało. Wszyscy bowiem bierzemy z tego samego chleba” (1 Kor 10,16–17).

Hans Urs von Balthasar na obrazku prymicyjnym umieścił słowa: Benedixit, fregit, dedique (błogosławił, łamał, dawał). Słowo fregit (łamał) pozostało dla niego symbolem kapłańskiego życia. Podczas Eucharystii zwykł przybliżać hostię do mikrofonu, aby obecni mogli wyraźnie usłyszeć odgłos Jej łamania.

Brakuje mi tutaj prawdziwego, najlepiej jeszcze ciepłego chleba.

* * *

Pragnienie radykalizmu może prowadzić do osądu tych, z którymi się żyje i którzy nie żyją tak, jak to postrzega się w świetle radykalizmu. Ów osąd jest znakiem duchowej złości, czasami niszczącej głębiej niż przeciętność życia. Nie osąd, ale miłość miłosierna wobec braci to prawdziwy owoc Bożego przyciągania i Jego obecności. Nigdy nie brakuje różnej maści zelotów, którzy kopią leżącego, bo nie nadąża za nimi, bądź różnej maści cyników i wiedzących już wszystko, którzy jak Rejtan będą kładli się w drzwiach, by chronić swoje lenistwo, głupotę lub brak wiary.

* * *

Czytam po raz kolejny Dziennik azjatycki Thomasa Mertona, który chwilami wydaje się tak nawiedzony i zachłyśnięty Azją, jakby napalił się marihuany. Wolę już wtedy jego Nowy posiew kontemplacji.

Dalajlama zapytał Mertona, czy śluby w tradycji zachodniego monastycyzmu są związane z wtajemniczeniem czy zobowiązaniem do życia duchowego. Bardzo to pytanie poruszyło Mertona, w różnych miejscach wspomina je trzykrotnie.

„Umiem cierpieć biedę, umiem i obfitować. Do wszystkich w ogóle warunków jestem zaprawiony: i być syty, i głód cierpieć, obfitować i doznawać niedostatku” (Flp 4,12). Lubimy, mam na myśli zakonników i kapłanów, przywoływać ten tekst, gdy nie musimy się o nic troszczyć, bo wszystko mamy. Mój znajomy, ojciec czworga dzieci, żartując, całkiem poważnie powiedział: „Wy ślubujecie ubóstwo, a ja je zachowuję”.

* * *

Smutne wspomnienie skrajnie egoistycznego, samotnego, starego i chorego kapłana. To przedziwne, że jest możliwe życie wypełnione pracą dla Boga, ale bez Boga, obok Boga. Życie oparte na własnych siłach, przekonaniach, planach, pomysłach, chociaż w imię Boże. Pan Bóg jest miłosierny, bo i takim drogom, wysiłkom błogosławi, co widać po tzw. owocach duszpasterskich. Niemniej moment stanięcia w samotności, starości, chorobie, śmierci jest niezwykle bolesnym rachunkiem sumienia.

Z drugiej strony piękne wspomnienia starych kapłanów, braci, którzy swoją przezroczystością byli i są świadkami życia całkowicie oddanego ludziom i Bogu, a zarazem życia „ukrytego z Chrystusem w Bogu” (Kol 3,3). To ciekawe, że spotkałem więcej szczęśliwych starych kapłanów czy zakonnic niż starszych, szczęśliwych małżonków.

* * *

O początkach wiary pewnej kobiety w misyjnej rzeczywistości. Poznała kiedyś mężczyznę, cudzoziemca, który ujął ją swoim ciepłem i spokojem, i tym poczuciem bezpieczeństwa, które pojawia się zupełnie nagle przy pewnych osobach. Mówił niezdarnie w miejscowym języku.

Spotkali się tylko kilkakrotnie. Wydarzyło się dwukrotnie, że byli ze sobą bardzo blisko fizycznie z jej inicjatywy. Uśmiechnęła się, gdy to mówiła: „Wiesz, kobiety mają swoje sposoby”. Potem prosił ją, by się więcej już nie spotykali, ponieważ bycie z nim nie ma przyszłości, data jego wyjazdu, chociaż wydaje się odległa, jest przecież ściśle określona, a on nie może wziąć za nią odpowiedzialności i oddać jej swojego życia. Na końcu dodał, że jest księdzem katolickim. Ledwie rozumiała, co to znaczy, te wszystkie bowiem europejskie wierzenia, z których każde utrzymuje, że jest najważniejsze, nie wzbudzały dotąd jej zainteresowania.

Kiedy wyjechał, postanowiła poznać, co jest dla niego takie ważne. Potem przyjęła chrzest. Nie zgadza się tylko ze św. Pawłem, że wiara rodzi się ze słuchania. Wiara rodzi się z kochania i patrzenia. Do dziś pamięta odpływający statek i oczekiwanie do samego końca, by jeszcze nasycić się widokiem, nawet jeżeli był to tylko punkcik (a może już się jej tylko wydawało) na horyzoncie. I ma problem z żalem za grzechy.

I co z tego — nie mogłem oprzeć się temu wrażeniu — że jest to pewnie wymyślone, skoro jest prawdziwe.

* * *

Krótka historia świadectwa Europejczyków w Azji wyczytana w jednym z przypisów w Dzienniku azjatyckim Mertona. Niedaleko Madrasu w Indiach istnieje Fort św. Tomasza, zbudowany przez Portugalczyków w 1504 roku. Francuzi zdobyli go w roku 1672, by utracić potem na rzecz Holendrów w roku 1674. Na koniec zawładnęli nim Brytyjczycy w 1749 roku.

* * *

Zdałem ważne egzaminy uprawniające do tytułu misjonarza. Można nie znać miejscowego języka i przeżyć, ale jeśli nie trawi się jedzenia i trunków, zginie się marnie. Trawię jedno i drugie: potrawy pikantne (z papryczką wielkości naparstka, a w rzeczywistości kulinarnym granatem), słodko–kwaśne, niedogotowane, przesolone, wielokrotnie odgrzewane, przeterminowane, nadpsute, i trunki niewiadomego pochodzenia.

A poza tym tylko na obczyźnie może Polak jeść kabanosy (produkowane w Morlinach koło Ostródy, moim rodzinnym mieście) i zagryzać je czekoladą luksusową Wedla z orzechami laskowymi, które to produkty znalazły się w jednej paczce. Tego samego dnia dotarła również druga przesyłka z nową książką Michała Zioło Liście, listki, listy. Racząc się polskimi produktami, przeczytałem ze smakiem cały opis produkcji kiełbasy z ostatnim zdaniem: „Wódka — powiedział poeta — robi z nas błaznów. A kiełbasa? Zadufanych monologujących filozofów mających skończoną odpowiedź na wszystko”. A czekolada? Leni, wazeliniarzy i marzycieli, którzy nigdy nie będą chcieli wyruszyć w drogę.

* * *

Dwadzieścia lat temu dwóch starych misjonarzy, którzy kiedyś pracowali na tych terenach, przyjechało zobaczyć, prawie po czterdziestu latach, miejsca ich pierwszej kapłańskiej miłości. Towarzyszył im młody ksiądz. Odgrywali turystów, inaczej bowiem nie mogliby się tutaj znaleźć.

W dużym mieście młody ksiądz zostawił w taksówce torbę z kamerą, a przede wszystkim z listem i pieniędzmi dla miejscowego biskupa, które gdyby dostały się w ręce odpowiednich organów, zdekonspirowałyby biskupa i przyniosły wiele problemów miejscowym katolikom. Kiedy młody ksiądz lamentował nad straconą zawartością torby, biegając w tę i z powrotem, nie pamiętał bowiem numeru taksówki, a dwóch starych księży się modliło, podeszła pani w bieli i grzecznie zapytała o przyczynę zmartwień. Następnie podała numer rejestracyjny samochodu i wskazała, na który posterunek policji powinni się udać, by rozpoczęto poszukiwania. Wszystko skończyło się szczęśliwie: torba — bez sprawdzania zawartości przez policjantów — powróciła do właściciela.

Jeden ze starych misjonarzy już nie żyje. Do śmierci był przekonany, że to Matka Boża przyszła i podała numer samochodu. Drugi nie wykluczał Boskiej interwencji, ale uważał, że pani w bieli towarzyszyła im dyskretnie w podróży z ramienia wiadomego urzędu.

Ich podróż miała również niespodziewany finał. Gdy dotarli do miasteczka, w którym jeden z misjonarzy poprzednio pracował i w którym mieli spotkać się z wiernymi, zostali zmuszeni do powrotu do oddalonego o 300 km dużego miasta bez możliwości skontaktowania się z kimkolwiek (nawet z ambasadą). Kiedy się w nim znaleźli, okazało się, że duża grupa wiernych, nie zważając na trudności, przyjechała za nimi. Późnym wieczorem w hotelu odbyło się konspiracyjne spotkanie. Starzy księża, którzy początkowo nie mogli sobie przypomnieć najprostszych słów dawno nieużywanego obcego języka, pod koniec spotkania przypomnieli sobie nie tylko żarty, ale nawet i przekleństwa. Nad ranem wszyscy na długo zamilkli, mając świadomość cudu spotkania i tego, że następne może być tylko w niebie, gdzie się zresztą wszyscy wybierali.

* * *

Pierwsza niedziela adwentu. Zwykle w niedzielę uczestniczę we mszy po angielsku odprawianej na wyspie. Wyspa ma kolonialną architekturę zupełnie odbiegającą od wystroju dynamicznie rozbudowującego się miasta. Wąskie uliczki, szerokie domy dawnych notabli, wielkie ambasady nieistniejących mocarstw i neogotycki kościół. Bardzo lubię to miejsce, chociaż ma ono w sobie smutek obumierania. Obecni mieszkańcy pewnie nieświadomie mszczą się na bezbronnych budynkach za lata kolonialnych upokorzeń, nie dbają o nic: „Przewróciło się? Niech leży”. To również jest świadectwo, że oni ciągle nie są u siebie. Nie są jak drzewa na tej wyspie, które, szukając oparcia, wpuszczają gałęzie w ziemię.

Mszę odprawia miejscowy ksiądz (bo tylko on może). Msza mogłaby być w każdym innym języku, bo zdaje się, że ksiądz we wszystkich językach mówi tak samo źle. Szkoda, bo z przygotowanego kazania udaje się wyłowić trzy zdania, zwykle najłatwiejsze dla niego do wypowiedzenia, ale wcale nie najważniejsze.

Po komunii chwila spokojnej modlitwy. Żadne wielkie pytania typu: „Co ja tutaj robię?”. Robię to, co wszyscy: żyję tu i teraz, i czekam… Pan powiedział, że przyjdzie, nie chciałbym tego przegapić, myśląc, ile mógłbym zrobić gdzie indziej.

Trzeba spokojnie żyć, nie planować za dużo, dać czas ciszy i milczeniu, nadchodzącemu Słowu. Chodzi o teraz, „dziś”, by ten dzień przeżyć. Może wystarczy tylko „przeżyć”, ale nie w potocznym rozumieniu tego słowa, ale w rozumieniu, które od lat mi towarzyszy, a które znalazłem u Stachury, życia jako „nieśmiertelnie żywego życia”.

* * *

Często jestem pytany: „Co ja właściwie robię?”. Przez braci, ludzi tutaj czy moich bliskich. Dla wielu jest to trudne do zrozumienia albo niezrozumiałe. Myślę, że nie chodzi o żadne zrozumienie, tak jak nie chodzi o zrozumienie, kim jest ksiądz czy zakonnik (obojętnie czy tutaj, czy u nas), żona czy mąż, czy osoba samotna. Jest zwykłe, codzienne życie, w którym się jest i stara się być w każdej chwili. Dzisiaj w ramach tzw. lectio divina (piękna tradycja monastyczna medytacji nad słowem Bożym) czytałem Hymn o miłości św. Pawła. I bez nadużywania słów myślę, że obojętnie, w jakim jest się miejscu, nosi się kochanie w sobie i tym kochaniem człowiek się dzieli (na swoją miarę i miarę swojej bezradności), i to promieniuje na wszystko. Można kochać kogoś zupełnie wyjątkowo, a zarazem dzięki temu być otwartym na wszystko pozostałe. I to kochanie może dziać się w życiu małżonków, ludzi samotnych zarówno z wyboru, jak i z nieposkładanego życia, a nawet w życiu zakonnika.

Czy wszystko musi być aż takie sensowne, wymierne? Może jestem potrzebny do tego, żebym tutaj był niepotrzebnym księdzem?

* * *

Being Nobody, Going Nowhere — tytuł książki o medytacji, którą pożyczyłem od poznanego mnicha buddyjskiego. Bardzo dobre streszczenie tego, co powinienem tutaj robić (czy też nie robić!). Jest mi tu dane doświadczenie bycia całkowicie prowadzonym. Nic nie jest w moich rękach, niczego nie mogę zaplanować, po prostu jestem tutaj. W Polsce raczej jest doświadczenie przewidywalności, kontrolowania, trzymania czegoś w swoim ręku, chociażby owego bycia kimś i dążenia do czegoś czy też dokądś. Tu jestem nikim i dążę donikąd.

Being Nobody, Going Nowhere — rzeczywiście te słowa mocno mnie poruszyły. Może dlatego, że trudno mi mówić o wyraźnym nurcie, ścieżce mojego życia. Wszystko wydaje się rozproszone, płytkie i ciągle nie wiadomo, dokąd prowadzące. Z drugiej strony w tym rozproszeniu, robieniu tylu różnych rzeczy, jest dobro, którego Pan Bóg przeze mnie udzielił i, mam nadzieję, udziela. Zresztą tak naprawdę wszyscy jesteśmy jak Abraham, który „wyszedł, nie wiedząc, dokąd idzie” (Hbr 11,8).

Abraham wyruszył z Charanu, mając 75 lat (Rdz 12,4). Dziękuję Bogu, że mnie najął tak szybko, chociaż w duchowym życiu, w jego obumieraniu i zmartwychwstaniu, jest się robotnikiem ostatniej godziny (Mt 20,1–17). Właściwie każdego dnia powtarza się sytuacja z tej paraboli i każdego dnia trzeba się starać, by być zatrudnionym od najwcześniejszych godzin.

Za oknem deszcz i burza, które przyniosły trochę chłodu. Siedząc w ciemnym pokoju, przy otwartym oknie, modliłem się różańcem, słuchając padającego deszczu i oddychając świeższym powietrzem. Przed snem przypomniałem sobie słowa Anthony’ego de Mello: „Nie boję się nikogo, bo w zupełności wystarczy mi bycie nikim”.

* * *

W okresie noworocznym w szkole poproszono mnie o pomoc podczas wizyty ludzi biznesu. Pomagałem tłumaczyć, mogłem usłyszeć, jak i co myślą, uczestniczyłem w kolacji noworocznej, a potem, kiedy mocno wstawione towarzystwo zmierzało do burdelu (podobno taka tutaj praktyka w biznesie?!), wróciłem spokojnie do domu.

Rodacy zaprezentowali najlepsze polskie cechy. Nie potrafili powiedzieć słowa w żadnym z możliwych do komunikacji międzynarodowej języków, ale za to mieli mocne głowy i dobry apetyt.

Kiedy na koniec powiedziałem, kim jestem, dobrze, że niektórzy mocno się trzymali, bo pospadaliby z krzeseł.

* * *

„Znakiem jesteśmy, niewytłumaczonym, / Bez bólu jesteśmy i prawie / Mowę zatraciliśmy w tym, co obce” (Friedrich Hölderlin). Strach, lęk, że utraci się także te płytkie korzenie, które się ma. Zwyczajny lęk, że nagle zapomni się Ojcze nasz czy Zdrowaś Maryjo po polsku.

Mimo że wyjechałem tak daleko, to przecież ciągle jest niepokój, że ta najważniejsza podróż jeszcze się nie dokonała. Podróż w głąb siebie zgodnie ze słowami Mertona, że „nasza prawdziwa podróż przez życie odbywa się w nas: jest to sprawa wewnętrznego rozwoju, zdobywania coraz większej głębi i coraz pełniejszego poddawania się twórczemu oddziaływaniu miłości i łaski w naszych sercach”. Można przez całe życie pozostać fotelowym podróżnikiem, nawet jeśli przejechało się tysiące kilometrów.

* * *

Zachwyca mnie tutaj różnorodność: kultur, języków, religii, doświadczeń, myślenia. Różnorodność jest zamysłem Bożym. Może więc i Wieża Babel jest błogosławioną winą?

Wczoraj najpierw spotkałem się z mnichem buddyjskim, a wieczorem uczestniczyłem w wykładzie u protestantów (nawet nie wiem których, mówią bowiem o sobie „chrześcijanie”), gdzie Amerykanie — pod pretekstem uczenia angielskiego — komentują (głoszą) Ewangelię św. Jana. Dzisiaj byłem na mszy św. na wyspie, potem znajoma protestantka pokazała mi bardzo dobrą księgarnię. Obiad zjadłem u muzułmanów, którzy świetnie gotują i mówią w kompletnie niezrozumiałym dla mnie języku. Wielość i różnorodność daje do myślenia i niesie w sobie oddech, przestrzeń, uwalnia od skupienia na tym, co moje (nasze) i co wydaje się tak nieodzownie ode mnie (od nas) zależne.

* * *

Kapłaństwo to miłość serca Jezusa (Proboszcz z Ars), serca, które przede wszystkim jest przebite. Karl Rahner pisze, że kapłan ma być człowiekiem o przebitym sercu.

Właściwie każdy człowiek ma mieć przebite serce, tzn. takie, które krwawi miłością i z tej miłości ktoś czerpie życie. Wtedy nie jest to żadna teatralna strzała wyglądająca jak prawdziwa, umiejętnie włożona przez charakteryzatorkę, tak by wszyscy dobrze widzieli. To włócznia o ostrym końcu, niewidoczna i tak umiejętnie wbita, że człowiek dalej żyje, chociaż nie może pozbyć się, i nie chce się pozbyć, bólu kochania.

Przebite Serce Jezusa jest źródłem życia: Kościoła i człowieka, poprzez chrzest i Eucharystię (z boku Chrystusowego wypłynęła krew i woda). Człowiek naśladujący Chrystusa, otrzymujący łaskę serca krwawiącego, przez przejęcie się otaczającą rzeczywistością. Serce jest przebite tam, gdzie jest kochanie, tęsknienie, pragnienie, a nawet grzech, bo to również jest oznaka życia.

* * *

Bycie księdzem to zgoda na nieustanną niepewność, czy jestem wierny, czy potrafię kochać i nieść nadzieję. Zakończenie Ewangelii Marka (cały rozdział 16) jest zaskakujące. Zmartwychwstały Chrystus przychodzi do zalęknionych uczniów. Najpierw wyrzuca im brak wiary, a potem posyła, by głosili Dobrą Nowinę.

Notatki niepotrzebnego księdza
Krzysztof Popławski OP

urodzony 5 października 1964 r. w Ostródzie – dominikanin, rekolekcjonista, misjonarz na Tajwanie i w Chinach, dwukrotny prowincjał polskich dominikanów (2006-2014), obecnie socjusz generała zakonu ds. Europy Wschodniej i Środkowej, mieszka w Rzymie, razem z...