Rok temu – zaczynając moją przygodę z felietonami dla „W drodze” – pisałem, że ciężko znoszę zwyczaj składania noworocznych życzeń, bo choćbyśmy je sobie składali najszczerzej i najgoręcej, to nie mamy żadnego wpływu na to, by się spełniły. Przypuszczam, że niejeden czytelnik puścił wtedy to Ziółkowe gadanie mimo uszu, spisując je na karb depresji, związanej z podeszłym wiekiem autora felietonowej wprawki. Nie, proszę się nie obawiać, nie nastąpi teraz żadne: „A nie mówiłem?!”. Wspominam swój zeszłoroczny felieton nie dlatego, żeby powiedzieć, że przewidywałem, tylko dlatego, że choć pisałem go jeszcze w poprzednim życiu, czyli przed zarazą, to już wtedy mieliśmy wszyscy dostatecznie dużo dowodów na radykalną kruchość naszego życia i dostatecznie wiele powodów, by o naszej przyszłości, planach i zamierzeniach wypowiadać się z niezwykłą ostrożnością. A jeśli już wtedy tak było, to co powiedzieć o tym, co przeżywamy teraz, niosąc na plecach doświadczenie minionego ze wszech miar przedziwnego i przerażającego roku? Ileż to naszych planów legło w gruzach? Ile niezrealizowany
Zostało Ci jeszcze 78% artykułu