O Bożym przebaczeniu

O Bożym przebaczeniu

Bóg potrafi wykorzystać winę człowieka do jego edukacji i przemiany. Grzech może stać się drogą szansy. Przychodząc do Boga, doświadczamy upokorzenia i spostrzegamy marność naszych wysiłków i dokonań.

Dotknięci łaską Bożą, która często objawia się jako impuls, odważna decyzja, pragnienie, wychodzimy ku światłu i prosimy Boga o przebaczenie. W takich momentach postanawiamy powrót do Boga. Tak też skomponowana jest Reguła św. Benedykta — Ojciec monastycyzmu zachodniego przypomina w niej, że szukamy Boga, podejmując różne inicjacyjne praktyki, które dają do Boga przystęp, ale w końcu powracamy do Niego zwyczajnie, jak do dobrego Ojca.

Kiedy patrzymy na decyzję powrotu z perspektywy czasu, widzimy, że nie była w pełni umotywowana miłością, pragnieniem naprawienia krzywdy wyrządzanej Ojcu i braciom. Odnajdujemy za to wiele akcentów psychologicznych, np. chęć pozbycia się smutku, odzyskania wewnętrznej równowagi, poprawienia osobistego obrazu we własnych oczach, uciszenia strachu przed karą etc., które oczywiście nie mogą być odseparowywane od tej decyzji, ale też nie mogą brać góry nad tym, co zasadnicze: bezinteresowną miłością do Jezusa Chrystusa, który ukazał nam Ojca.

Powrót do Ojca jawi się nam jako pewien proces, jako droga do przebycia ku pełniejszej świadomości moich czynów, ku głębszej odpowiedzialności za nie, droga ku autentycznej czujności objawiającej się w nas przekonaniem: „Nie mogę krzywdzić, gdyż kocham”. Powrót do Ojca nie jest jednak duchową wędrówką w niewidzialnych zaświatach — ten powrót odbywa się przez moich braci, najbliższych, których krzywdzę najczęściej, a w których mieszka przecież Bóg. Tradycja monastyczna wielką wagę przywiązywała zawsze do zewnętrznej postawy człowieka, jego dyspozycyjności, służby, moralności, które są prawdziwymi znakami życia wewnętrznego. Dla św. Bernarda mistyka nie może być oddzielona od życia moralnego i życie to także obumiera, gdy jest oddzielone od mistyki.

Nie jesteśmy zdolni odbyć tej drogi bez światła i pomocy Ducha Świętego. Powrót do Ojca niech zawsze rozpoczyna się od żarliwego wezwania Tego, który zna głębokości Boga samego, który jest życiem, miłością, ochłodą.

Powracając do Ojca, wpisujemy się w długą i poruszającą tradycję powrotów całych pokoleń Izraela i Kościoła, które doskonale wyrażają się w Psalmie 50 i 118. Uważna lektura tych poetyckich modlitw ukaże nam sytuację grzechu jako upadek, oddalenie, brak celu. Pochylmy się przez chwilę nad tymi określeniami.

Określenia grzechu

Upadek. Często myślimy, że przez grzech zostaliśmy strąceni z pewnych wyżyn duchowych, które traktujemy jako zdobycze czy też dorobek; że życie w sytuacji grzechu poniża nasze ambicje, bo przecież stać nas na więcej. Psalm 50 opisuje jednak tę rzeczywistość inaczej — jako „przyklejenie” się do pyłu, do tego, co jest ulotne, i pokładanie nadziei w tym, co jest pozbawione prawdziwych fundamentów. Warto od czasu do czasu przypatrzeć się zastępowi naszych „małych dzieci”, które odwracają nas od prawdziwego Źródła życia. Psalmista zdaje sobie sprawę, jak trudno oderwać się od nich, kiedy przeniknęły naszą naturę, stały się naszym myśleniem. To, do czego lgnęliśmy, zmienia się w nasze przekleństwo.

Oddalenie. Biblia bardzo chętnie używa obrazu ścieżki, drogi, którą wstępujemy na spotkanie Pana. Droga ta opatrzona jest znakami informującymi, nakazującymi i przestrzegającymi przed możliwymi niebezpieczeństwami. Te znaki to nade wszystko przykazania Pańskie. Grzech jest w takiej poetyckiej kompozycji oddaleniem się od dobrze oznakowanych i sprawdzonych przez całe pokolenia dróg. Nie powinniśmy jednak zapominać, że przykazania nie są rzeczywistościami całkowicie zewnętrznymi wobec mojego wnętrza.

Jeśli mówimy, że zostały nadane przez Boga, to myślimy o ich ścisłym związku z duchową i fizyczną konstrukcją człowieka. Prawa te wypływają ze mnie, chronią mnie i pomagają osiągnąć pełnię mojej osobowości. Oddalenie się od dróg Pańskich jest nade wszystko krzywdą wyrządzoną samemu sobie. Oddalam się od siebie. Staję się inny. Porzucam swój „stan”, by przybrać na siebie fałszywe „ja”, a ponieważ moja natura nadaje ostrzegawcze sygnały w związku z tym — próbuję ją zagłuszyć, ukazując samemu sobie i innym zdobycze, sukcesy i szczęście, których zdążyłem zaznać w tej nowej sytuacji absolutnego „wyzwolenia się”. Oddalenie od Boga jest jednocześnie oddaleniem się od siebie. Człowiekowi, który zszedł z dróg Pańskich, nie wystarcza poczucie pozornej wolności — oskarża Boga, przykazania i spotkanych wcześniej ludzi. Wchodzi w klasyczną sytuację ofiary, która „ma prawo” krzywdzić innych, bo sama wcześniej została skrzywdzona.

Brak celu. Nie sądźmy jednak, że grzech jest stanem totalnej bezradności. Doświadczenie uczy, że owładnięty grzechem człowiek jest bardzo aktywny, „radzi sobie sam”, bo „nie może liczyć na innych”. Sam Chrystus mówi, że „synowie ciemności” są bardziej zapobiegliwi niż „synowie światła”. Zło potrafi również wyzwolić z człowieka ogromną energię i inicjatywę.

Grzech jest brakiem celu w tym znaczeniu, że pomija cel Stwórcy, aby z ludzi stworzyć na powrót jedną rodzinę. Grzech jest aktywnością, która dzieli, oddala, deprecjonuje dokonania innych, a szanse rezerwuje tylko dla siebie. Podsyca indywidualizm i pośpiech, wzmaga konkurencję, rozbudza wreszcie niezadowolenie i nienasycenie. Jest bowiem karykaturą Bożej kreatywności i troski. Jest brakiem celu i w tym sensie, że wiele rzeczy przygotowuje w ukryciu, w głębokiej tajemnicy, by zaskoczyć „potencjalnego przeciwnika i konkurenta”. Grzech eliminuje współpracę, bo ta wymaga cierpliwości, delikatności i często trudnego kompromisu czy nawet ofiary. Grzech oznacza brak celu, bo wyznacza fałszywe cele i konfrontuje człowieka z pustką. Obnaża jego nagość. Wydaje na pośmiewisko.

Bóg w swojej wszechmocy potrafi jednak wykorzystać winę człowieka do jego edukacji i przemiany. Grzech paradoksalnie może stać się drogą szansy. Przychodząc do Boga, prowadząc do Niego, doświadczamy upokorzenia, które przybiera bardzo różne formy — np. zmuszeni jesteśmy prosić… Spostrzegamy marność naszych wysiłków i dokonań. Wreszcie — oprócz poczucia pustki — dostrzegamy krzywdę innych, której nie jesteśmy w stanie własnymi siłami naprawić. Konfrontacja rzeczywistości spalonej ziemi, którą zostawiamy za sobą, z dobrą opinią o sobie, którą zaszczepiliśmy innym, jest momentem bardzo bolesnym dla naszej pychy. Jednak jest to już początek prawdziwego żalu. Rzeczywistość, której tak bardzo pragnęliśmy i to pragnęliśmy przeciwko Bogu i samemu sobie, staje się naszym wstydem i ciężarem. Próbujemy się od tego ciężaru uwolnić.

Przebaczenie ze strony Boga jest bezwarunkowe. Ojciec w przypowieści o synu marnotrawnym przygarnia powracającego bez udzielania mu nauk czy stawiania warunków.

Powracający powinien jednak dokonać poważnego rozrachunku ze swoim życiem, które zostało tak mocno prześwietlone Bożym przebaczeniem. Nie są to tradycyjne „postanowienia poprawy” ani nawet rzucone w przelocie „przepraszam”. To sięgnięcie do moich motywów, do fundamentów grzechu i fałszywych decyzji.

Jest to zaproszenie do mądrego i pełnego pokoju pochylenia się nad samym sobą. Do ukazania wszystkich moich problemów dobremu Ojcu. W ten sposób grzech może zostać przemieniony, zobaczymy miejsca domagające się uleczenia. Nie będzie to poniżająca prawda o nas, lecz prawda wyzwalająca.

Przylgnięcie do prochu

Przylgnięcie do prochu oznacza pragnienie bezpieczeństwa, przylgnięcie do świata, który wyzbyty jest ryzyka i przegranych, świata pełnego spokoju i małej stabilizacji. Bóg nie chce, byśmy przylgnęli do takiej rzeczywistości, lecz do Niego. Takie Boże zaproszenie nie jest łatwe. Zakłada brak bezpieczeństwa, opuszczenie, trwogę. Wędrówka do Boga jest dramatem. W Jego świecie moc doskonali się zawsze w słabości. To jedna z wielkich prawd o Bogu Jezusa Chrystusa. Czynienie jednak woli Bożej rozpoznawalnej każdego dnia przyprowadza nas do Niego. Jesteśmy bezpieczni, gdyż należymy do Niego i żadna siła, jak mówi św. Paweł, nie może nas od Niego odłączyć. We wszystkim, co złe i upokarzające, odnosimy zwycięstwo. Brak bezpieczeństwa uczy nas ufności. To doświadczenie pozwoli nam mówić: nie ma żadnego dobra poza Tobą.

Droga na skróty

Można powiedzieć, że człowiek nie szuka grzechu, ale szczęścia. Szuka go za wszelką cenę, także za cenę oddalenia się od Boga. Zawsze „gdzie indziej”, zawsze „pomiędzy” — taka jest sytuacja człowieka po grzechu pierworodnym. Oddalamy się w tym szukaniu szczęścia od Boga, od siebie i wreszcie od ludzi. Oddalamy się, gdyż chcemy uchronić nasz plan wobec siebie, boimy się, że ktoś go zakwestionuje. Uciekamy nawet przed sobą.

Oddalenie się to również szukanie skrótów w naszym wędrowaniu, to porzucenie wspólnoty, która według nas hamuje nasz marsz ku Bogu, ku szczęściu. Mamy nawet na to bardzo poważne dowody.

Bóg wykorzysta jednak to nasze doświadczenie zagubienia prawdy o nas i pokaże nam rozwiązanie, podejmie próbę uleczenia nas. Można powiedzieć, że wykorzystując naszą energię i nasze niezadowolenie z dotychczasowej sytuacji, pośle nas do Nowego Ludu i Nowej Ziemi. Zarządzi konfrontację z wydarzeniami, z faktami i sytuacjami, które odkryją prawdę o mojej słabości, ale ukażą nade wszystko moje pierwotne powołanie, wydobędą z mojego wnętrza te dary, które do tej pory uważałem raczej za umiejętności zbędne w poważnym i odpowiedzialnym życiu. Nie tylko pośle mnie do Nowego Ludu i Nowej Ziemi, ale zaprosi mnie do nawiązania z tymi rzeczywistościami ścisłego kontaktu, do zawarcia przymierza.

Będzie to sytuacja ze wszech miar nowa, zmuszająca mnie do nawiązania dialogu z nieznajomymi, porzucenia starych przyzwyczajeń i zachowań, barier ochronnych i wręcz całej mojej historii. Zostanę wtrącony w sytuację, która po raz pierwszy w moim życiu nie będzie zależeć ode mnie. Liczyć się będą nie wyobrażenia o mnie i marzenia dotyczące przyszłości, ale właśnie ja sam, w tym, a nie innym momencie, skazany na bezbronność i zmuszony do prośby o pomoc. W życiu duchowym nazywamy to stanięciem w prawdzie.

Gdy ego jest celem

Szukając celu poza Bogiem, wyciągamy ręce do obcych bóstw. Największym z nich jest moje ego. Celem jestem ja sam. Nie zgadzam się na to, co zostało mi zadane, ale szukam tzw. pełnej realizacji. Uciekając od siebie prawdziwego, od siebie wsłuchanego w wolę Bożą objawianą przez codzienne delikatne znaki, realizuję w „pełni” najdziwniejsze marzenia i plany. Jestem niecierpliwy, gdy efekt nie nadchodzi w określonym czasie. Popadam w pesymizm, przeliczając spożytkowaną energię i mierne wyniki. Moje oczy widzą tylko zewnętrzną powłokę świata, a sam nie podejrzewam, że zdarzenia mają jeszcze drugie dno i ukryty sens, które wymagają ode mnie ogromnej uwagi i prawdziwie modlitewnego ducha, żeby je spostrzec.

Bóg potrafi spożytkować i tę duchową niemoc. Sprawi, że to bolesne doświadczenie będzie dla mnie punktem wyjścia, wyjścia z siebie do brata, który mnie wezwie. To sam Bóg zaprosi mnie do odpowiedzialności za drugiego. Nie będę już mógł, jak Kain, Mu odpowiedzieć: „Czyż jestem stróżem brata mego?”. Droga do naszego Boga zawsze wiedzie przez drugiego. Bóg w kontakcie ze sobą szczodrze korzysta z pośrednictwa. Nie my wybieramy pośredników. On sam nam ich posyła.

Nauka chodzenia

Jak zdążyliśmy już zauważyć — działania Boga pragną przemienić moje życie i uczynić nawet z upadków szkołę powstawania. Odwoływanie się grzesznika do Bożej sprawiedliwości ma na celu podkreślenie, że zwycięża Bóg, a nie grzech. Sprawiedliwość Bożą można zastąpić słowem „zwycięstwo”. Bóg pochyla się nade mną, dokonując re–kreacji, powtórnego stworzenia. W Psalmie 50 Psalmista woła: „Stwórz, o Boże, we mnie serce czyste”.

Oryginał hebrajski przynosi nam słowo bara zarezerwowane tylko dla aktu stwarzania przez Boga. Słowo to odsyła tekst psalmu do pierwszych słów Księgi Rodzaju: „Na początku Bóg stworzył…”. Jest więc to dla nas początek życia, zapoczątkowanie procesu odrodzenia. Początek pracy mocy Bożej w nas. Grzech nas powalił, skruszył nasze kości, zmiażdżył serce. Teraz Bóg pochyla się nad nami i kruszy nasz egoizm. Należy podjąć Bożą naukę. Bóg nade wszystko chce nas obronić przed nami samymi. Tworzy z wielką troską atmosferę potrzebną do przyjęcia „małej drogi”, na której nie liczy się postęp, ale On sam.

Boża nauka jest nauką chodzenia, która odbywa się przez nieuniknione upadki i natychmiastowe powstawanie, i kontynuowanie Bożego kierunku. Należy więc przenieść wzrok na Boga, który wyrywa nas z samotności, zmusza do przyjęcia lekarstwa i ucisza płacz. Przyjdą również momenty bardzo wyraźnych Jego dotknięć, lecz wiele z naszych słabości Bóg nam pozostawi, aby nasz duch mógł dalej ćwiczyć się w czujności.

O Bożym przebaczeniu
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...