O czuwaniu

W życiu duchowym bowiem nie ma ciemniejszej uliczki niż ta: kochany jestem za coś i obdarzam miłością, żeby miłość otrzymać.

Podstawowym i pierwszym zadaniem wspólnoty pragnącej żyć Regułą św. Benedykta jest jej prawidłowe odczytanie. Oczywiście istnieje nie jedna, ale wiele tradycji odczytywania tego szacownego tekstu, które są odzwierciedleniem duchowych napięć i potrzeb czasów, w których żyli interpretatorzy Reguły. Różnorodność ta i specyfika nie znoszą jednak prostej i zdrowej zasady w ustalaniu „prawidła” interpretacji — jest nim zawsze odniesienie istoty praw i nakazów Reguły do Ewangelii. Reguła bowiem nie jest niczym innym, jak jedną z wielu interpretacji Ewangelii.

Różne odczytania

Zabiegi interpretacyjne wokół Reguły przynosiły różne owoce — od tworzenia duchowego skansenu, w którym zachowywano nieistniejące od wieków społeczne układy i czuwające nad nimi instytucje, do futurystycznych kreacji, w których miały dominować partnerstwo, braterstwo i absolutna tolerancja, jak również klimat urzeczywistnionego królestwa Bożego objawiający się ustawiczną rekreacją, skrajnym indywidualizmem i traktowaniem norm Reguły „opresywnie”.

Jak zawsze, pośród tak fantastycznego spektrum interpretacji, można znaleźć owoce rzeczywistego mocowania się z prawdą i pytaniem, co jest najważniejsze w propozycji chrześcijańskiego życia przyniesionej przez Regułę. Bardzo pożywne są interpretacyjne próby polegające na poszukiwaniu streszczenia Reguły w jednym zdaniu lub słowie. Jest to oczywiście bardzo stara tradycja pedagogiczna Izraela, który poszukiwał takiego streszczenia Tory. Pytanie zadane Jezusowi przez uczonego w Piśmie o najważniejsze przykazanie w Prawie jest dobrym tego przykładem. Pytanie i próba streszczenia nie są w żadnym wypadku intelektualną zabawą czy ćwiczeniem. Nie są też — jak to są skłonni sądzić niektórzy — niszczycielską i siejącą zgorszenie destrukcją. To nic innego jak oczekiwanie żywej odpowiedzi, odpowiedzi dającej życie!

Niestety, zdarzało się, że w historii interpretacji Reguły zastępowano prawdziwą odpowiedź osądem — czyli odpowiedzią oderwaną od pytania. Regule, jak i Ewangelii należy stawiać wzorem uczonego w Piśmie pytanie o najważniejsze prawo, o najważniejsze słowo. Jak zobaczymy później, we wspólnocie nie znajdziemy dwóch podobnych odpowiedzi. Jednak te różne odpowiedzi nie będą naznaczone znamieniem konfliktu — odkryjemy z radością, że każdy mówi o tym samym. Łatwiej jest oczywiście nie zadawać sobie takiego trudu. Różne są tego powody — od konformizmu i duchowego lenistwa aż po lęk, że moje pytania odsuną ode mnie moich nowych przyjaciół. W tym miejscu warto przypomnieć mocne zdanie jednego ze współczesnych myślicieli:

Ludzie wtapiający się ślepo w zbiorowość przemieniają się sami w coś na kształt martwej materii i unicestwiają się jako zdolne do samookreślenia jednostki. Idzie to w parze ze skłonnością do traktowania innych jak bezkształtną masę.

Zagrożenie sklerozą

Tymczasem wspólnota ma wzrastać w Chrystusie, stając się prawdziwą szkołą miłości, w której każdy staje się tym, kim być powinien, w prawdziwej wolności i pokorze. Zdrowia wspólnoty nie można długo zachowywać, wyzbywając się jednego z wielu wezwań św. Benedykta, którym możemy również z powodzeniem streścić jego Regułę: „CZUWAJCIE!”. Ta zachęta i równocześnie ostrzeżenie jest przypieczętowane życiowym doświadczeniem św. Benedykta. Jak mało kto, zdaje on sobie sprawę, że skleroza duchowa wspólnoty nie rodzi się w momencie, który zwykliśmy uważać za schyłkowy w jej życiu, rodzi się ona o wiele wcześniej — można zaryzykować nawet stwierdzenie, że już u samego początku powstawania grupy — tak pełnego radości, nadziei na przyszłość, pełnego śmiałych planów i marzeń, majaczy jej złowrogi cień.

Wspólnota jest zagrożona sklerozą, bo to my tworzymy wspólnotę i nasze arterie duchowe, przez które przepływa Boże życie, natchnienia Ducha Świętego, bezinteresowna Boża miłość, mogą być zablokowane całkiem nieświadomie przez naszą dumę, podejrzliwość, ocierające się o komizm wymagania stawiane sobie i innym, a także zazdrość i zwykłe samolubstwo. Gorzej, gdy znając swoją inteligencję i metody manipulowania ludźmi, próbujemy w imię „zdrowia wspólnoty” zgasić w niej wszelką samodzielną myśl, zamaskować trudności i zbyt szybko wykorzenić wszelkie zwątpienie, używając przy tym innych do zaspokajania swoich ambicji rządzenia, pouczania i bycia adorowanym. Jak zwykle w takich przypadkach znajdą się ludzie, którzy dla sobie tylko wiadomych interesów poprą nas i zaangażują swoje siły w podtrzymywanie tej sytuacji niemocy w grupie — zapewne, by ukryć własną niemoc duchową i strach przed wezwaniem Boga do przyjęcia z ufnością niewiadomego.

Samopoświęcenie jako tyrania

Kto przeżył kilka lat w małżeństwie czy w religijnej wspólnocie, wie doskonale, jak trudno jest obdarzyć drugiego człowieka zaufaniem — czyli inaczej mówiąc — dopuścić do wspólnoty interesów, obowiązków, podzielić się z nim odpowiedzialnością za rodzinę czy wspólnotę. Nie raz i nie dwa słyszeliśmy (ale i mówiliśmy również), że owszem, jestem gotowy zaprosić cię do współpracy, lecz nie teraz, kiedy potrzebujemy tak bardzo pieniędzy, przejrzystej struktury wspólnoty, domu, reklamy, znajomości i moralnego wsparcia innych instytucji. Bardzo łatwo jest rozszyfrować tę wiadomość: nie jest to nic innego, jak zakamuflowana odmowa wszelkiego współdziałania, zepchnięcie drugiego do „prac służebnych” — również, jak podkreślamy, ważnych w dziele rodziny czy wspólnoty. W odmowie takiej tkwi bardzo groźne przekonanie o naszej niezbędności i walorach naszego samopoświęcenia.

Oczywiście — jak we wszystkich przypadkach samolubstwa — poświęcamy się tylko i wyłącznie dla innych, nadwerężając swoje zdrowie i czas przeznaczony normalnie na wypoczynek. Podczas konfliktów bardzo łatwo to złe samopoświęcenie używane jest jako oskarżenie: „przecież tyle dla was zrobiłem”. Złe, odizolowane od współpracy z innymi osobami samopoświęcenie jest tyranią, która zabija każdą formę spontaniczności: tyrania taka potrafi reglamentować choćby uśmiech i radość grupy, grzebie — jak każda tyrania — w najbardziej błahych sprawach inne, starając się przydać im jak najwięcej użyteczności i „logiki” i tak dostosować je do swojego cennego czasu, aby nie kolidowały z napiętym harmonogramem samopoświęcającego się, który jednak nie zapomina o ulubionych chwilach przeznaczonych wyłącznie dla niego.

Samopoświęcający się potrzebuje publiczności jak powietrza i wody. To przed nią dyskretnie i dowcipnie deprecjonuje talenty i możliwości innych, pokazuje swoje zmęczenie i czekające go kolejne bitwy, bywa też czasami łaskawy i pozwala na łagodną krytykę ze strony grupy, która może wyrazić z lekką przyganą swoją troskę o jego nadwerężone zdrowie. W rzeczywistości ani jedna, ani druga strona nie są szczęśliwe w tym przedstawieniu.

Muszę kochać

Różne są powody składania tak wykrzywionych ofiar, które nie pozwalają wspólnocie stawać się grupą prawdziwie samodzielnych duchowo ludzi, trzymając ją w kleszczach infantylizmu i poczucia winy. Oprócz strachu przed wszelką krytyką, chęci przydania sobie znaczenia kosztem innych i szukania potwierdzenia własnych wyborów, co prowadzi do niedobrego sprywatyzowania wspólnoty, która staje się „moją własną”, bo działa według moich wskazań, gustów i upodobań z konieczności przecież ograniczonych — to zaślepione samopoświęcenie (przypomnijmy: jedna z przyczyn zwapnienia wspólnoty) wynika z błędnego pojmowania chrześcijańskiej miłości. Jak powie Thomas Merton — sednem chrześcijańskiej miłości nie jest wola kochania, ale wiara, że się jest kochanym.

Nie jest łatwo przyjąć okazywaną nam miłość, a jeszcze trudniej utrzymać zaufanie, że wciąż jesteśmy kochani przez ofiarującego nam miłość. Sprzeciwia się temu nasza duma niekiedy bardzo doświadczana w życiu przez doznawane upokorzenia, biedę, upadki, odrzucenie przez najbliższych, wykpienie przez kogoś, kto — zdawałoby się — pragnął nas pokochać. Uważamy się więc często za ludzi mądrych, doświadczonych i dlatego ostrożnych, którzy potrafią panować nad swoimi uczuciami i reakcjami, co w praktyce przejawia się morderczą nieufnością i podejrzliwością. Stajemy się zakładnikami własnej „mądrości”. Pragniemy zapanować nad sytuacją, więcej zawsze dając, niż się spodziewając. Uważamy, że taki stan jest bardziej „higieniczny” i nie stworzy nam już żadnych niespodzianek.

Życie jednak jak zawsze idzie swoim torem. Okazuje się bowiem, że moje uczynki podejmowane dla drugich w imię hasła: „muszę kochać!” przyjmowane są z pewnym zażenowaniem, zmęczeniem czy niecierpliwością, żyjący z nami ludzie czują się jakby „oblepieni” naszymi szlachetnymi gestami. Okazuje się, że tak naprawdę nie oczekują ofiary, lecz naszej otwartości i prostoty, nie pieniędzy, lecz ciepłego gestu i wyrozumienia, nie wspaniale zorganizowanej i drogiej podróży, ale szczypty wolności i uznania swojej inności, nie naszych przemądrzałych monologów z jedynie słusznymi racjami, ale chwili wolnego czasu zdecydowanie przeznaczonej na „zmarnowanie”.

Doświadczenia te wcale jednak nie muszą nawrócić samopoświęcającego się. Być może nawet utwardzą jego stanowisko. To bardzo niebezpieczny moment, gdyż ten, kto potrzebuje tylko dawać lub „zasługiwać na miłość”, może dopuścić się zdrady. Najczęściej dzieje się to w ten sposób, że wybiera kogoś z obrzeży wspólnoty czy związku i w nim zaczyna lokować swoje nadzieje na miłość, która jest niczym innym w tym wypadku, jak grą na jego wyśrubowanych warunkach: daje i oczekuje podobnego daru, oto znalazłem wreszcie kogoś, kto doceni mnie, moją osobowość i moje gesty.

Nowość znajomości, intelektualna świeżość tego spotkania, adresowane do nas komplementy, nić porozumienia, podobny język i zainteresowania tylko utwierdzają samopoświęcającego się w przekonaniu o słuszności tej drogi. Tak naprawdę wchodzi w ciemną uliczkę. W życiu duchowym bowiem nie ma ciemniejszej uliczki niż ta: kochany jestem za coś i obdarzam miłością, żeby miłość otrzymać. Jeśli Reguła podkreśla naszą „nieużyteczność” we wspólnocie, to nie dlatego, by deprecjonować nasze osiągnięcia i nas samych, ale by pokazać, że to kategoria DARMOWOŚCI jest podstawą wszelkiej miłości i przyjaźni. Nic tak nie buduje wspólnoty jak właśnie to przekonanie, że jestem kochany, ponieważ jestem.

Fascynacja własną chorobą

Skleroza wspólnoty, okopywanie się jej członków na bezpiecznych pozycjach, niechęć przed reformą i zmianą na lepsze jest — najprościej mówiąc — obrazem naszych zwapniałych wnętrz, a te wynajdują wciąż nowe argumenty i usprawiedliwienia, by serce pozostało na swojskich i okopanych pozycjach. Bardzo często argumentem w tym samousprawiedliwieniu jest dobra i wyraźna cecha naszego charakteru. Mówimy: przecież nie mogę zagrażać wspólnocie, skoro tyle we mnie współczucia wobec biednych lub: jak nikt inny potrafię wprowadzić dobry klimat podczas spotkania, jestem naprawdę solidny w rozliczaniu się ze wspólnotowych pieniędzy, pracuję przecież ciężko, organizując rekolekcje etc. Zapominamy, że ta dobra cecha może być tylko kolejną manifestacją naszego egoizmu, jeśli nie dbam o przemianę całego mojego człowieczeństwa i harmonijny rozwój innych, niełatwych do zaszczepienia w moim sercu dobrych cech.

Bywa i tak, że chronimy się przed przemianą w osaczający nas strach. Wyznaliśmy i wyznajemy przed wspólnotą wszystkie nasze słabości i jeszcze coś ponadto. I wydaje nam się, że jesteśmy podziwiani za naszą szczerość i odwagę. Jednak w momencie, gdy ktoś pragnie nam podać rękę i zaprosić do wspólnej drogi przemiany — uważamy go za niedelikatnego intruza, człowieka, który zapewne nie zrozumiał, co pragnęliśmy wypowiedzieć, a nawet — zafascynowani własną chorobą — traktujemy go z wyniosłą ironią i politowaniem, uważając „nasz przypadek” za szczególny w historii grzechu.

Czuwajmy i nie dajmy się zwieść. Istnieją charaktery, które uwielbiają tego rodzaju sceny. I nie są aż tak bardzo otwarte ani chętne do współpracy. Samooskarżenie może być w takim wypadku ochroną przed jakimkolwiek krytycznym głosem ze strony wspólnoty, który bardziej boli niż osobista samokrytyka. Może być również przerzuceniem winy na innych członków wspólnoty, która według oskarżającego się jest grupą dyletantów i ludzi prawdziwie niedelikatnych. Człowiek ten ogromnie się lęka, że wyzbywając się choroby, przestanie być interesujący. Musimy czuwać, by nasza grzeszność nas nie przygnębiła, by nie uczynić z niej spektaklu naszego ego, które za wszelką cenę domaga się i współczucia, i podziwu. Nasze grzechy i słabości nie są odpowiednim materiałem do ekspozycji. Są śmiertelnie nudne i zaraźliwe, ale mogą nauczyć nas pokory i ufności, jeśli zdecydujemy się ofiarować je Bogu.

Nigdy nie powinniśmy poddawać się przygnębieniu z powodu naszej niegodności, naszej grzeszności, nigdy nie powinna opuszczać nas myśl o tym, że Bóg nie jest w stanie — jeśli wolno to tak określić — okazać swojej cudownej mocy przebaczenia, gdy nie ma co przebaczać. Nasza grzeszność odwołuje się do Jego mocy przebaczenia, przez które okazuje swoją miłującą troskę (Basil Hume).

Funkcje i zadania

Należy czuwać nad charyzmatem wspólnoty, bo to ona jest najzdrowszym środowiskiem dla naszej rozwijającej się świętości. Należy zadawać jej nie tylko oczyszczające pytania, do czego Bóg jej nie powołał — bo może się zdarzyć, że wspólnota będzie z dużym poświęceniem zajmować się wszystkim, pomijając zasadnicze dla siebie wezwanie Boga. Ogromnie kuszący jest zwłaszcza spektakularny heroizm i działania przynoszące na krótką metę „medialne” efekty. Moc wspólnoty, również tej opartej na duchowości benedyktyńskiej, tkwi w jej jedności, a ta zaczyna kiełkować, kiedy próbujemy złączyć się więzami pokoju. Powinniśmy więc czuwać nad ich budowaniem.

Takim więzom sprzeciwia się rywalizacja członków wspólnoty w najbardziej błahych sprawach, nasz nieubłagany osąd innych i poczucie własnej wyższości, jak też skrywane poczucie doznanej niegdyś krzywdy i smutek jako nieunikniony owoc zbytniego zajmowania się sobą. Nie chodzi nam tu bynajmniej o ustalanie katalogu możliwych pułapek, zranień i grzechów niszczących więzi pokoju — te bowiem można wyliczać bez końca.

Co innego warte jest naszej refleksji — mianowicie, jakie jest moje osobiste powołanie w tej wspólnocie, czym pragnę się podzielić w służbie dla niej i w zgodzie z nią. Musimy odnaleźć „powołanie w powołaniu” — inaczej, nieproszeni będziemy zjawiać się tam, gdzie nas nie posiali, brać na siebie obowiązki innych, zaniedbując nam powierzone i wypowiadać się z przekonaniem w najbardziej specjalistycznych kwestiach. Nie chodzi mi przy tym o marginalizację jakiegokolwiek członka wspólnoty przez odmawianie mu wolności wypowiedzi i udziału w radzie — zdrowy rozsądek nawet w najbardziej skomplikowanych problemach jest w cenie, lecz to także on powinien mi podpowiedzieć, że są sprawy, na których się nie znam.

Wydaje się, że zanim dojdzie do „skonkretyzowania naszej misji” muszę zadbać o swoją tożsamość, bo bardzo łatwo ludzie myślą, że ich najgłębszą istotę stanowią spełniane obowiązki, misje czy funkcje. Nawet wielu z nich tak się właśnie przedstawia, zapewne po to, by ułatwić rozmówcy czy audytorium szybką klasyfikację własnej pozycji i godności. Niewielu jednak z nich wie, kim są tak naprawdę. Nie chcę twierdzić przy tym, że obowiązki, misje czy funkcje, a nawet „powołanie” nie mają głębszego zakorzenienia w naszej istocie czy też nie pomagają ujawnić się w pełni mojemu człowieczeństwu. Takie twierdzenie byłoby błędem. Jednak są czymś absolutnie odmiennym od mojego „Ja” i tej jego intymnej części, w której dochodzi do spotkania z Bogiem, okazującym jak nikt inny właśnie szacunek mojej osobie bez względu na pozycję czy powierzone mi zadania.

Aby stać się sobą, muszę przestać być tym, kim zawsze sądziłem, że chcę być; żeby się odnaleźć, muszę siebie porzucić, a żeby żyć, muszę umrzeć (Thomas Merton).

Ten powrót do siebie, przywracanie zatartego przez egoizm „podobieństwa” do Boga jest ogromnie wyraźny w mistyce cystersów. Błędem byłoby sądzić, że mogę tego dokonać sam na sam z Bogiem.

Nigdy nie zdołam się odnaleźć, jeśli odizoluję się od reszty ludzkości, jakbym był innym rodzajem bytu (Thomas Merton).

Czujność w tym przypadku będzie hamowaniem wszelkiego rodzaju ucieczek, których powody mogą być i bardzo pobożne, i bardzo szlachetne. Jeśli chcę odnaleźć siebie, muszę umrzeć, ale nie lękajmy się — mimo strachu przed ostateczną utratą wszystkiego i bólu umierania, będę prowadzony pewną ręką Boga w kierunku innych, gdyż tylko w konkretnym, trudnym i wymagającym spotkaniu może być zweryfikowana moja miłość.

Nie ma znaczenia czy masz wady, pod warunkiem, że dwa czynniki pozostaną niewzruszone. Po pierwsze, musisz być oddany modlitwie, musisz chcieć się modlić — nie emocjonalnie, lecz wolą. Po drugie, musisz naprawdę chcieć należeć do wspólnoty, dzielić z nami los mimo swoich wad i słabości. Musisz być gotów stanąć wobec nieznanej przyszłości, wspólnie z tymi wszystkimi, którzy szukają Boga (Basil Hume).

Czasami przykre szarpnięcie czy uderzenie wyzwala z zapomnianego instrumentu niesłychanie przejmujący dźwięk, który później staje się kanwą utworu. Zapewne wyzwalanie się z fałszu nie jest zajęciem jednorazowym — do końca życia będziemy się borykali z pokusą nieprawdy o sobie, lecz kiedy ustalimy raz na zawsze kierunek powrotu do domu — znajdziemy się w bezpiecznej strefie, wolnej od fanatyzmu, strachu, wojny, cynizmu i podejrzliwości. Nie będziemy musieli się „potwierdzać” ani żebrać uznania czy miłości, nasz wzrok nie będzie już miał tego przeszywającego promienia pozbawionej miłości prawdy, obojętne staną nam się hołdy, którymi obdarza się ludzi świętych i „zasłużonych”, będziemy jednak z radością wyrażali szacunek wszystkim ludziom i okazywali niekłamaną wdzięczność tym, którzy ofiarowali nam swoją mądrość i siły.

Zniknie także nasza zawziętość i upór, które kiedyś wydawały nam się niezbędne przy obronie naszej godności. Z pogodą (choć może wciąż zaprawioną smutkiem) zgodzę się na podjęcie we wspólnocie funkcji i obowiązków, do których mam rzeczywiście predyspozycje i nie będę myślał o tym w kategorii „katastrofy marzeń”. Nie będę sparaliżowany również paniką, jeśli otrzymam zadanie, które rzeczywiście mnie przerasta i jest w moich oczach niemożliwe do wykonania.

To oczywiście skrajny przypadek. Dobrze jest, jeśli wspólnota szczerze i z pokaźną dozą humoru zacznie dokonywać „przymiarek” funkcji i zadań. Przekonam się wtedy, jak bardzo inni znają moje wnętrze, prawdę o mnie, moje lęki i psychiczne bloki, jak bardzo ufają mi i pragną mieć mnie przy sobie, jak cenne jest dla nich to, co posiadam i co gotów jestem im ofiarować. Rzeczywiście, możemy poczuć się wtedy szczęśliwi i zatrzymać myślenie w kategoriach: wywyższenie — poniżenie.

Powołanie królewskie i prorockie

Powołanie we wspólnocie możemy roboczo podzielić na dwa rodzaje: królewskie i prorockie. Jak pokazuje praktyka, w każdej wspólnocie są one wyraźnie obecne. Co ciekawsze, nie mogą one istnieć bez siebie, gdyż brak jednego z nich powoduje degenerację i obumieranie drugiego. Posłuchajmy na początek benedyktyna i kardynała Basila Hume’a, który dyskretnie towarzyszy nam w tym liście:

Kiedy zmarł mój poprzednik sprawujący funkcję opata, mnich, który pisał wspomnienie pośmiertne, zamieścił w nim uderzającą obserwację: „Człowiek, który dźwiga wielki ciężar, jak to czynił zmarły przez tak długi czas, musi żyć etyką odpowiedzialności. Jest raczej królem, który musi dbać o całość królestwa, niż prorokiem, który musi myśleć w sposób nieskrępowany, wyrażać swoje myśli i nie dbać o konsekwencje”.

Kardynałowi nie chodzi o powołanie do odpowiedzialności i nieodpowiedzialności, powołanie poważne i błahe, lecz o ważne odkrycie istoty mojego „powołania w powołaniu”, powołania odkrywanego z wolna w otoczeniu ludzi i przy pomocy tych ludzi, powołania, które zawsze jest ciężką służbą przynoszącą we wianie prawdziwą ascezę i rezygnację z tego, co łatwe i pośpieszne. Król musi podejmować niepopularne decyzje, choć chciałby zamiast tych decyzji mieć udział w spektakularnym zwycięstwie lub zadowolić wszystkich. Nie może przy tym obrażać się lub ostentacyjnie składać funkcji i wyzbywać się zadań, do których rzeczywiście został stworzony i wezwany. Nie może też myśleć, że jest jedyny, niezastąpiony i nieomylny. Prorok tymczasem nie ma wcale łatwiejszego zadania. Jego zadaniem nie jest — jak się to popularnie sądzi — ustawiczna krytyka życia wspólnoty, ale budzenie nadziei i przypominanie o obietnicy danej przez Boga wspólnocie.

Prorok nie jest starą zrzędą czy nawet komentatorem poczynań wspólnoty, to powołanie polega na byciu żywym znakiem Boga przychodzącego do wspólnoty w każdym momencie. Jak On powinien być wolny, zaskakujący, nieprzewidywalny w hojności i pociesze, powinien przywracać znaczenie i godność nawet najzwyklejszym czynnościom, bo właśnie takie pokorne czynności często są przepełnione Bożą obecnością. To jeszcze nie wszystko. Prorok powinien ostatecznie być ogromnie dyspozycyjny.

Jak król wezwany jest do oddania życia za powierzoną mu wspólnotę, tak prorok jest powołany do stałego „umniejszania się”, aby Bóg był chwalony i uwielbiony przez wszystkich i we wszystkich. Umniejszanie jest wezwaniem do ubóstwa, do permanentnego przechodzenia przez „ucho igielne”, jego postać jest głosem wołającego na pustyni, ale biada mu, gdy pomyśli, że z powodzeniem głos może zastąpić Słowo. Niezależnie jednak od stopnia naszej samowiedzy czy zaangażowania w życie wspólnoty, każdy z nas wezwany jest już dziś do czujności, która jest trudnym wymaganiem spojrzenia na siebie w prawdzie i ufnym, aktywnym oczekiwaniem na wyzwolenie przynoszone przez Pana.

O czuwaniu
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz.W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...