O dzieciństwie, liturgii i Gibsonie

O dzieciństwie, liturgii i Gibsonie

W sprawie liturgii Triduum paschalnego panuje w umysłach wiernych pewne zamieszanie. Nie ma się czemu dziwić, skoro nawet w jednym z seminariów zdarzyło się, że na egzaminie pisemnym na pytanie o liturgię Wielkiej Soboty prawie wszyscy odpowiedzieli źle, gdyż zaczęli opisywać liturgię światła, liturgię chrzcielną itd., co wszak należy już do Niedzieli Zmartwychwstania jako Wigilia paschalna. Wielka Sobota jest dniem aliturgicznym. Zaleca się jedynie, by tego dnia przed południem celebrować godzinę czytań i jutrznię z udziałem ludu.

W moim umyśle też panuje zamieszanie. Dotyczy ono procesji rezurekcyjnej. Z dzieciństwa bowiem wyniosłem głębokie przekonanie, że tzw. liturgia Wielkiej Soboty, która rozpoczynała się w mojej parafii od budzącego szczery podziw u małego ministranta wielkiego ogniska, jest piękną i podniosłą uroczystością, ale niezwiązaną ze zmartwychwstaniem. Zmartwychwstanie – wiadomo! – było ogłaszane w niedzielny poranek biciem dzwonów i wybuchami petard. Chociaż w wielkosobotni wieczór śpiewało się gromkie „Alleluja”, a ewangelia mówiła o Zmartwychwstałym, to przecież potem Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie chowało się do grobu, przy którym stali strażacy. Jezus Chrystus tak naprawdę zmartwychwstawał dopiero w niedzielę rano. W sobotę przed liturgią i po liturgii była żałoba!

Niestety, przewrotni teologowie rozbili mi ten dziecięcy ład, wykazując niezbicie, że zmartwychwstanie celebrujemy w Wigilię paschalną, a zatem oddzielona od niej procesja rezurekcyjna jest po trosze udawaniem, że oto właśnie teraz nadszedł moment kulminacyjny. Co w tej sytuacji robić? W wielu kościołach nie ma już procesji w niedzielny poranek. Jeśli jest procesja, to na zakończenie Wigilii paschalnej, czyli w noc z soboty na niedzielę. Można sobie na przykład wyobrazić, że liturgia paschalna rozpoczyna się niewiele przed północą, a wtedy – przy założeniu, że się nie spieszymy i niczego nie skracamy – procesja akurat wypadałaby o świcie w niedzielę. Jednak któż dzisiaj – oprócz członków Drogi neokatechumenalnej – jest zdolny do uczestniczenia w tego rodzaju liturgicznych maratonach?

Pamiętam jedną z Wigilii paschalnych w Rzymie. Przewodniczyłem zgromadzeniu wspólnot neokatechumenalnych. Zaczęliśmy o 23, a skończyliśmy przed 5. Po liturgii udaliśmy się do zamówionego wcześniej lokalu, w którym mieliśmy świętować, jedząc i pijąc. Jak tu jednak jeść i pić, kiedy człowiek marzy jedynie o tym, aby się położyć i zasnąć? I znowu przypomniały mi się rezurekcje z dzieciństwa: przespana noc, o poranku procesja, a następnie uroczyste śniadanie z jajeczkiem przy rodzinnym stole. Pozostaję więc rozdarty pomiędzy teologiczno–liturgiczną wiedzą, jak być powinno, a wspomnieniami z lat, kiedy w komeżce kroczyłem wraz z innym wokół kościoła, dzwoniąc ile sił w wątłych dłoniach.

W tym roku problem mogę mieć jeszcze z liturgią Wielkiego Piątku. To dlatego, że choć w czasie, kiedy piszę te słowa, Pasji Mela Gibsona jeszcze nie widziałem, to jednak na ten film się wybieram. Skoro się wybiorę, to mogę mieć trudności z wyobraźnią. Istnieje bowiem obawa, że w sprawie męki Chrystusa zostanie ona zawładnięta przez obrazy z Pasji. Pewna znajoma twierdzi, że filmu nie obejrzy, bo w spotkaniu z ewangelicznym, stosunkowo lakonicznym, opisem krzyżowej drogi Jezusa woli nie mieć w głowie żadnych gotowych obrazów.

Swoją drogą ciekawe, jak wielu ludzi uważało za stosowne, by ogłosić światu swój stosunek do filmu Gibsona. Przyznam, że trochę irytowały mnie te osoby, które czyniły reżyserowi zarzut, iż pokazał tylko jeden, i to wcale nie najważniejszy, aspekt męki Chrystusa. Po pierwsze, chyba nikt nie będzie się upierał, że jakiekolwiek dzieło sztuki jest w stanie pokazać całą wielowarstwową głębię wydarzenia Krzyża. Po drugie, któż zdołałby pokazać to, co w nim najważniejsze, a mianowicie dramat rozgrywający się między Osobami Trójcy Świętej: Ojcem i Synem w Duchu Świętym? Gibson pokazał, co pokazał, bo taką miał potrzebę serca, a wielu z tego skorzystało, wzrastając w swej chrześcijańskiej wierze. I dobrze się stało!

Mam ponadto nadzieję, że między innymi dzięki takim filmom jak Pasja nikt nie będzie mi składał życzeń wszelakiej radości od zajączka lub kurczaczka wielkanocnego, bo każdy będzie wiedział, że święta są świętami, gdyż niejaki Jezus z Nazaretu żył, umarł i zmartwychwstał. Jeśli ktoś w tę historię zupełnie nie wierzy, to lepiej niech nie wymyśla życzeń wielkanocnych.

O dzieciństwie, liturgii i Gibsonie
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....