O obecności Chrystusa

O obecności Chrystusa

„Za kogo ludzie Mnie uważają?” — pyta Jezus z Nazaretu, wciąż ośmielając nas do odpowiedzi jasnych, prostych, spontanicznie wypływających z głębi serca, które są jak zdanie rachunku z naszej nadziei o każdej porze dnia i nocy. Jezus z Nazaretu — jakby nie zważając na nasz wiek, wiedzę, duchowy dorobek i teologiczne wykształcenie czy też wcześniej już udzielone odpowiedzi — zmusza nas i dziś do ponawiania właśnie tego pytania: „Kim jesteś, Panie?”.

Potrafi stać się dla nas Ogrodnikiem (J 20,11–18) — jak w niezwykle malarskiej scenie z Marią Magdaleną przerażoną pustym grobem swojego Mistrza — kiedy nie umiemy zagospodarować naszego życia puszczającego pędy we wszystkich możliwych i bardzo kuszących nas kierunkach nowych wezwań, które domagają się obowiązkowości; kiedy ogarnia nas lęk, bo wydaje się nam, że nie mamy potrzebnych narzędzi do uprawy ofiarowanej nam miłości, przyjaźni, spotkania, i najchętniej te piękne ogrodowe rośliny przenieślibyśmy do ciasnego jak nasz egoizm pokoju; kiedy przychodzi czas wyboru i należy odciąć te pędy naszego życia, które nie przynoszą owocu, a które wyciągają z nas wszystkie soki.

Przyłącza się do nas jak ów Nieznajomy (Łk 24,13–35) zmierzający do miejscowości położonej nieco dalej niż nasze Emaus — pełne goryczy i roztrząsania chybionej szansy, bo przecież Mesjasz miał nam zapewnić nietykalność, dobrą społeczną pozycję, szacunek innych i schronienie w religijności prawdziwie elitarnej, gdzie prawie wszyscy czytają Pascala i nie znają słowa „zazdrość”. Gdzie uśmierzone są dramatyczne pytania i króluje pewność.

Czeka na nas jak ów Sprzedawca ryb (J 21,1–14) tak niepodobny do innych, niecierpliwie wyglądających rybaków powracających z połowu, by po niskiej cenie w pierwszej kolejności kupić od nich dorodną rybę i z zyskiem sprzedać ją później na miejskim targowisku. Cóż z tego, że tego poranka nie mamy Mu nic do zaoferowania, cóż z tego, że nagle ogarnia nas przed Nim wstyd, bo nasze wczorajsze uroczyste przysięgi i zapewnienia o służbie Bogu i ludziom pokryte zostały stuletnim kurzem zapomnienia. To On, czekający na brzegu dziwny Sprzedawca, kupuje od nas to nasze „nic”, naszą zdradę — bo przecież nie ryby, lecz ludzi mieliśmy łowić, to On kupuje naszą pustkę jak skarb największy, ciesząc się, że żyjemy, że wspólnoty nie rozproszyły kłótnie, rywalizacja, prześladowania, że można rozpocząć połów od nowa. Dziwny, bo miłosierny sprzedawca.

Dla większości swoich współczesnych w kraju nad Jordanem nie był postacią pożądaną. Był problemem — politycznym, religijnym, potencjalnym zarzewiem konfliktów. W podobnych przypadkach zwykło się od tysiącleci stosować wypróbowaną metodę „ostatecznego rozwiązania”. Ostatecznie nie wrażliwość na głos wołającego na pustyni, głos protestu, bohaterskie domaganie się praw dla innych jest naszą charakterystyczną cechą, ale zgodne milczenie. Został więc Jezus z Nazaretu oddany na zawsze milczeniu w pewne piątkowe popołudnie.

Świadectwa o Chrystusie

Choć nie całkiem jest to ścisłe, gdyż pozostali jego uczniowie. O nich to pisze Pliniusz Młodszy do cesarza i swojego przyjaciela Trajana około roku 112 i wtedy to pada w historii to imię — tytuł: Chrystus. Prokonsul Bitynii od jesieni roku 111 do wiosny 113 roku podczas swojego urzędowania napotykał chrześcijan. Powiedzmy raczej, że byli sprowadzani przed jego oblicze jako ci, którzy odmawiali uczestniczenia w umacniającej jedność państwa i ludu rzymskiego oficjalnej religijności. Przepytywani „na okoliczność” (Pliniusz trzykrotnie zadawał im pytanie, czy są chrześcijanami) mieli do wyboru albo złożenie ofiary kadzidła i oblacji z wina boskiemu cesarzowi i towarzyszącym jego wizerunkowi bóstwom, albo śmierć. Ci, którzy wybierali życie, musieli także bluźnić Chrystusowi. Przyznawali zresztą, że jedynym ich błędem i pomyłką był zwyczaj nocnego gromadzenia się i śpiewania hymnów sławiących Chrystusa jako Boga. Spożywali też w nocy posiłki — „zwyczajne i niewinne”. Trajan w odpowiedzi nie tylko pochwali Pliniusza za państwowo–przyjacielski odruch zasięgania rady u szczytów władzy, ale również wyrazi głęboki niesmak z powodu istnienia zjawiska donosu i montowanych na jego bazie procesów — stwarza to sytuację godną potępienia i nienadążającą za duchem czasu. Nic dziwnego — mówiło się wtedy, chwaląc dobry czas: „Być szczęśliwszym od Trajana, większym od Augusta”.

Józef Flawiusz, nieomal Jego rówieśnik (ur. w 37 roku), wspomina Go przy okazji śmierci pierwszego biskupa Jerozolimy Jakuba Starszego, „brata Jezusa zwanego Chrystusem”. Filozof rzymski Celsus (około 115 roku) wyśmiewa Jego uczniów: „Dajecie nam jako Boga osobę, która skończyła nędzną śmiercią nikczemne życie”. To on to właśnie słyszał, że Jezus był podobno synem dziewicy (partenos) i rzymskiego legionisty o przezwisku Pantera.

Jeszcze Tacyt i Swetoniusz. Ten pierwszy około roku 116 w swoich Annałach przywołuje pogłoski krążące wśród ludu rzymskiego, uparcie przypisujące pożar Rzymu w 64 roku Neronowi, choć „Rudobrody” sam wskazał podpalaczy i wydał na nich wyrok śmierci — to ludzie noszący imię chrześcijan, „które to imię pochodzi od Chrystusa, którego za panowania Tyberiusza prokurator Poncjusz Piłat skazał na śmierć”.

Wydaje się, że Swetoniusz, archiwista na dworze cesarza Hadriana (ok. 120 roku) jest raczej niedoinformowany. Przywołuje w Życiu Klaudiusza historie Żydów wygnanych przez tego cesarza z Rzymu, a ustawicznie „podburzanych przez niejakiego Chrystusa”, który zdaje się Swetoniuszowi osobą żyjącą…

Specyficzna duchowość wspólnoty

Zdaje się osobą żyjącą… Ten Swetoniuszowy zapis to zapewne ironia losu, z której nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków. Raczej trzeba przyjąć, że dla wielu ludzi Jezus z Nazaretu, Mesjasz nie jest tą samą osobą, którą jest dla nas. Dla nas, chrześcijan, On żyje, spotkaliśmy Go na drodze naszego życia. To On odmienił nasze życie. Fascynacja Nim nie może być prostą projekcją naszych podświadomych potrzeb czy lęków. Zawsze pozostaje nam w ręku mocny argument przeciwko wszelkim posądzeniom o subtelne urojenia czy głody — jest nim wolność, która zawsze towarzyszy Jego obecności. Wolność nie tylko w opozycji do różnego rodzaju zniewoleń i panowań w nas, ale może nade wszystko jako horyzont, wezwanie, aspiracja, bym stał się tym, kim rzeczywiście Bóg pragnie, abym był. Tak, ta wolność zakłada pokaźną dozę potrzebnego w jej realizacji heroizmu, ale z natury swojej jest to wolność „już oswobodzona” — właśnie przez ustawiczną obecność Chrystusa w nas, w naszej wspólnocie.

Historia Jezusa żyjącego we wspólnocie nie rozpoczyna się wraz z naszym przybyciem do wspólnoty, musimy o tym pamiętać i delikatnie powściągnąć na początku nasze bardzo reformatorskie plany. Mamy po prostu odczytać specyfikę wspólnoty — inaczej mówiąc: jak Chrystus jest w niej obecny, jak się w niej objawia, jaki tytuł, jakie imię nosi właśnie w niej… Nie spieszmy się z wypowiadaniem sądów typu: „Jak można uzależniać działanie Syna Bożego od »szczególnego nabożeństwa« charakteryzującego daną wspólnotę!” lub: „Moje wychowanie religijne, osobiste doświadczenie nigdy nie zaakceptuje podobnie ograniczonego charyzmatu, jestem bardziej otwarty i uniwersalny!”.

Oczywiście, wspólnota nie jest więzieniem i nie może zmazać mojego osobistego doświadczenia modlitwy i spotkania z Chrystusem, ale jeśli już po czasie próby zgodziłem się dzielić jej życie — powinienem również docenić jej tradycje, korzenie, przekazywane z pokolenia na pokolenie stałe elementy jej duchowości. Powiedzmy od razu — nie są to przecież arbitralne ustalenia „zza biurka”, ale właśnie zapis doświadczenia obecności Chrystusa przeżytego przez zakonodawcę, uznanego przez Kościół fundatora czy fundatorów, którzy w pewnym momencie swojego życia udzielili bardzo jasnej odpowiedzi na pytanie Jezusa z Nazaretu: „A wy — za kogo Mnie uważacie?”, którzy odkryli, że Jezus może nas prowadzić do świętości, poszerzać obszar naszej wolności, uczyć wreszcie miłości, podejmując to „wołanie Go po imieniu”, przybierając właśnie te, a nie inne „tytuły”, „imiona”, które zawsze wskazują na specyfikę Jego obecności, rodzaj Jego „interwencji” i proponowane nam środki duchowego rozwoju. Nie na darmo mówimy w Kościele o „szkołach duchowości”, choć przecież jest to ten sam Jezus Chrystus działający w Kościele — swojej jedynej Oblubienicy.

Jezus Chrystus Pan

Piszę te słowa, wertując zarazem Regułę św. Benedykta. To dokument, w którym Jezus jest naprawdę obecny, a zarazem musimy powtórzyć z naciskiem, że Benedykt nie miał zamiaru napisać traktatu teologicznego ani nawet podręcznika „duchowości”. Benedykt napisał regułę monastyczną — czyli dokument przypominający dossier — zawierający wszystko, co potrzebne do prowadzenia wspólnoty, jej życia i świętości: są to zarządzenia i zalecenia bardzo praktyczne, które u zbyt łapczywego duchowo czytelnika mogą wywołać uczucie zawodu. Pamiętajmy jednak, że za wprost ekstremalną dyskrecją św. Benedykta kryje się potężne doświadczenie Jezusa.

Uważny czytelnik bez trudu odkryje w Regule historię spotkania św. Benedykta z Jezusem, chociaż Benedykt podczas pisania skrzętnie unikał używania właśnie tego imienia. Wymaga to oczywiście choć krótkiego wyjaśnienia. Redakcja Reguły przypada na lata 530–560. Duchowy i polityczny klimat tego okresu na terenach dzisiejszych Włoch to panowanie ariańskich Ostrogotów — trudno się więc dziwić, że autor Reguły uważał za słuszne podkreślać przy każdej okazji bóstwo Chrystusa, rezygnując z imienia Jezus zbytnio kojarzącego się z ziemskim życiem Zbawiciela.

Zadajmy więc w końcu i św. Benedyktowi pytanie Jezusa: „A ty, za kogo Mnie uważasz?”. Zapytajmy, „jakiego” Jezusa doświadczał Benedykt i które Jego imiona–tytuły chciał koniecznie utrwalić dla swoich przyszłych synów i córek usiłujących kroczyć za Zbawicielem w duchu właśnie Benedyktowego doświadczenia; które z nich uznał za „klasyczne” w tego typu wspólnocie — usiłującej ze wszystkich sił przylgnąć do Chrystusa, walczyć z głęboko posianym w nas egocentryzmem, zmieniając go w „chrystocentryzm” w „szkole służby Pańskiej”? Dodajmy — jak mocne musiało to być doświadczenie, skoro dyskretny z natury Benedykt odważył się zapisać je w Regule jako swoistą mistyczną regułę. Powtórzmy raz jeszcze: pytanie o Jezusa to również pytanie o naszą wiarę. Jeśli pytamy, w jaki sposób Jezus jest obecny w Regule, to pragniemy również dowiedzieć się, jak Benedykt wyrażał swoją wiarę, jak interpretował wydarzenia we wspólnocie, co go szczególnie uderzało w jej drodze do Boga.

W „szkole służby Pańskiej” staje na naszej drodze Jezus Chrystus Pan (Reguła, Prolog 3 — Domino Christo). Z łatwością możemy zauważyć, że Benedykt woli używać właśnie imienia „Pan” niż „Chrystus”. Słowo to pojawia się w Regule aż 64 razy — również na oznaczenie Boga. Nie możemy zapominać o konotacji tego słowa w epoce Benedykta — dominus to teoretycznie pan życia i śmierci swojej familii, w skład której wchodzą nie tylko najbliżsi, ale również niewolnicy. W Chrystusie Panu tworzymy więc jedną wielką rodzinę, a różnice socjalne nie odgrywają już żadnej roli — wszyscy z momentem przystąpienia do wspólnoty są wezwani do wzajemnej służby. Nie rozprawiajmy zbyt podniośle o znaczeniu tej mentalnej rewolucji w czasach Benedykta — lepiej odwołamy się do prozy naszego życia. Mimo że Chrystus objawia się jako jedyny Pan, zawsze znajdzie się wąska grupa Jego uczniów, którzy łaskawie dają się obsługiwać — tak są zajęci problemami świata i jego naprawą, że zmywanie szklanek, talerzy, robienie zakupów na wspólnotowe spotkanie składają zawsze na barki tych bardziej obojętnych na losy świata i pokoleń…

Powtórzymy — skoro Jezus we wspólnocie objawia się jako Pan, to wielkim nadużyciem i niesprawiedliwością jest małoduszność, panika lub strach, paraliżująca niewiara w nasze siły lub właśnie pyszałkowate obnoszenie swoich talentów, znajomości, sił i prognoz. Zazwyczaj jest inaczej… i skoro On jest Panem, to bez Niego nic uczynić nie możemy. Odpowiedzią na takie objawienie się Jezusa jest nasza wiara w Jego moc, ufność, że oto jest ktoś silniejszy, kto nigdy o nas nie zapomni. Nie jesteśmy więc skazani na używanie podpórek, jak znajomości, dorobek, nazwisko. Ani na takie utożsamianie się z funkcją, że w końcu zastępuje ona naszą osobowość. Tymczasem Chrystus Pan pragnie nas całych, i to takich, jakimi jesteśmy; pragnie, abyśmy byli święci. Kiedy Benedykt pisze, że mnich nie posiada niczego i nawet nie dysponuje własnym ciałem, to właśnie to ma na myśli — ogromne zawierzenie całym sobą Temu, który jest mocą i nie pozwoli zginąć niczemu, co stanowi mnie lub o mnie! Nasza ufność zawsze przekłada się w kontakcie z Panem na pragnienie, a potem postawę dyspozycyjności totalnej, która jest ogromnym otwarciem się na nowe wezwania w naszym — zdawałoby się spełnionym lub nieudanym — życiu, akceptacją trudów związanych z nową misją, składania prawdziwej ofiary z naszego życia, która jest jedną z oznak świętości (nie zawsze muszę mieć wszystko najlepsze, nie zawsze musi być mi wygodnie, nie zawsze muszę być wyspany i „w formie”, nie zawsze muszę być świetnie ubrany, najedzony, nie zawsze muszę mieć do dyspozycji „prywatny czas” i wakacje przewyższające w celebracji Wielkanoc etc.).

Król

Przyjęcie tej dobrej nowiny, że kocha mnie Miłość silniejsza niż śmierć i Miłość ta pragnie mojej bezwarunkowej odpowiedzi, codziennie ponawianego „tak” wobec życia, zgody na prowadzenie przez Ducha Świętego, który ofiarując nam męstwo, męstwa wymaga — wszystko to budzi mój niepokój, nawet niechęć. Moje serce staje się prawdziwym areopagiem, na którym toczą się bardzo racjonalne dyskusje. „Stary człowiek”, przewidując swoją bliską śmierć, budzi się we mnie do walki. Na szczęście zostanie skonfrontowany z Jezusem Królem. Dla świętego Benedykta tytuł ten ściśle związany jest z tytułem Pan i odzwierciedla raczej ofensywny aspekt Chrystusowej mocy. Cały Prolog Reguły jest skoncentrowany na tym tytule. Jego początek mówi o mnichu przychodzącym do klasztoru, by „służyć pod rozkazami Chrystusa Pana prawdziwego Króla (vero Regi)”. Mniej więcej pośrodku Prologu (P 21.22.28) pojawia się wezwanie do zawierzenia Bogu i pełnienia dobra, „abyśmy zasłużyli na oglądanie Tego, który nas wezwał do swego Królestwa”. Wreszcie koniec Prologu (P 50) przynosi obietnicę „udziału w Jego Królestwie” tym, którzy cierpliwie wytrwali w „szkole służby Pańskiej”.

Moc i wielkość Pana objawia się Benedyktowi w walce, którą prowadzi Król. Jednak to nie wszystko — moc i wielkość Pana objawia się w metodach walki proponowanych przez Króla. Można wymienić trzy skuteczne środki, które sugeruje „swoim żołnierzom” — życie według reguł Ewangelii, posłuszeństwo przełożonemu i braciom oraz życie we wspólnocie. Król w swojej „ofensywie” przeciwko naszej małości, egoizmowi i letniości wie, że potrzebujemy na owocowanie czasu — stąd też liczne wezwania Benedykta do cierpliwości i odważnego wytrwania: Chrystusa Króla nie interesują nasze oficjalne i nieco reklamiarskie, często zaklinające rzeczywistość deklaracje, ale rzeczywiste uzdrowienie.

Moc Króla jest mocą pokorną: milcząca, przebaczająca, prawdziwie „rozbrojona”, pozwala nam w największych przeciwnościach zachować pokój — nawet kiedy napotykamy na drodze do świętości największą „naszą przeciwność” — czyli nas samych… Król zachęca nas łagodnie do stosowania w konfrontacji ze złem właśnie mocnej pokory, pokory — że się tak wyrażę — „doświadczonej” w konfrontacji z innymi członkami wspólnoty. Inaczej bowiem wygląda nasze zmaganie o świętość, kiedy toczymy batalię o siebie i Boga, rysując na sztabowej mapie kolejne posunięcia, inaczej zaś, kiedy przychodzi nam żyć i pracować z innymi ludźmi znającymi nasze słabości, a możliwości ucieczki w marzenia lub szukania akceptacji u innej grupy, dla której wciąż stanowimy pewną nowość i atrakcję — są poważnie ograniczone.

Starożytne powiedzenie Ewagriusza z Pontu zawarte w jego Traktacie praktycznym przekazuje i nasze codzienne doświadczenie ze wspólnotowego życia: „Przeciwko eremitom walczy szatan bez użycia broni — to znaczy gołymi rękoma, i jest to walka wręcz. Przeciwko zaś cenobitom (ludziom żyjącym we wspólnocie) występuje, uzbrajając ich najbardziej zaniedbujących się braci”. Ofensywność Króla to wychodzenie naprzeciw wydarzeniom trudnym i upokarzającym nas z cierpliwością, z chęcią i bez stosowania uników, i wreszcie z radością. Nie ma bowiem innego sposobu na wyzbycie się naszej wszędobylskiej pychy jak właśnie przepuszczenie naszych myśli i czynów przez taki wspólnotowy, nie zawsze dla nas sprawiedliwy filtr pokory.

Ojciec

Reguła św. Benedykta zawiera również bardzo oryginalną obserwację i zapis spotkania z Jezusem Chrystusem. Benedykt nie waha się nazywać Go w końcu… Ojcem! Można oczywiście pośpieszyć czym prędzej z całą gamą usprawiedliwień i przestróg dla osób, dla których tytuł ten będzie kojarzył się bardzo źle, ale spróbujmy zaufać właśnie tym osobom i ich możliwościom pokonania złych obrazów z dzieciństwa i dokonania rozróżnienia między patologią tego tytułu a wyzwalającą rzeczywistością, która w ten tytuł jest wpisana.

Jezus–Ojciec obecny jest na kartach Reguły kilkakrotnie: dwa razy w Prologu oraz w drugim rozdziale poświęconym przełożonemu klasztoru nazywanemu ojcem, bo „wiara widzi w nim zastępcę Chrystusa”. Muszę powiedzieć ze smutkiem, że klimat współczesnych wspólnot nie sprzyja takiemu postrzeganiu Chrystusa, gdyż dom rodzinny przestał dostarczać modelu ojcostwa o wyraźnych i pociągających cechach. Także w monastycznych wspólnotach utrwala się (choć to oczywiście generalizacja) model przełożonego raczej mieszczącego się w kategorii szefa skautów niż ojca; kolegi, partnera, który robi wszystko, aby nie wydać się „opresywnym”, co często prowadzi do znacznego zamętu, gdyż powierzeni mu bracia nie umieją dobrze rozróżnić czasu „koleżeństwa” i czasu „urzędowania”.

Zbyt łatwo kupiona sympatia prowadzi w końcu do „utwardzenia” pozycji obu stron — tak że w końcu ten, który powinien być ojcem, przypomina raczej osaczonego zakładnika tyrana. Zagubienie uczuciowe tego, który powinien być dla wspólnoty ojcem, niedojrzałość w wyrażaniu uczuć i „delikatniejszej”, „bezbronnej a pięknej” strony osobowości może w szybkim bardzo czasie prowadzić do dewaluacji gestu, sztuczności i — że się tak wyrażę — kapiącego sentymentalizmu. Używając nośnego obrazu stosowanego przez dawnego generała dominikanów Timothy’ego Radcliffa na opisanie części miękkiej i twardej (żeńskiej i męskiej) struktury naszej osobowości: „mieszka w nas niedźwiedź i mniszka”, napiszę, że z braku dobrych rodzinnych wzorców ojcostwa i ideologizacji partnerstwa i przyjaźni mamy coraz więcej przełożonych przypominających mniszkę z reakcjami niedźwiedzia.

Zanim przejdę do opisania ojcostwa Chrystusa uchwyconego w doświadczeniu Benedykta, chcę powiedzieć kilka słów o moim zmarłym przed 23 laty Ojcu. Nie będę opisywał, jakim był człowiekiem, czego mnie nauczył i jak ode mnie wymagał. Dwie tylko sceny. Kiedy byłem dzieckiem, kochałem konie. To była ogromna miłość — czysta, kontemplacyjna, pełna zachwytu, uwielbienia wprost. Śniły mi się po nocach. Śniąc je, śmiałem się bardzo radośnie. Rano witał mnie ojciec z tajemniczym uśmiechem: „Śniły ci się konie” — ni to stwierdzał, ni pytał. I to było wielkie i nie mniej radosne niż sen dopełnienie snu. On wiedział. Nie znosiłem szkoły i bałem się jej. Moje zeszyty — mówiąc delikatnie — nie były w najlepszym stanie. Pewnego dnia zostały użyte jako „przykład negatywny” przed skupioną klasą. Nauczyciel wypowiedział tylko dwa słowa: „Ty gamoniu”. Kiedy ojciec wrócił z pracy i zapytał mnie o szkołę, powiedziałem (o ile dobrze pamiętam — z odcieniem nawet pewnej dumy, gdyż w domu nie używało się tego słowa): „Pan powiedział, że jestem gamoniem”. Ojciec popatrzył na mnie i mocnym, piekielnie mocnym głosem odpowiedział: „Nie jesteś gamoniem, jesteś moim synem”. Nie zapomnę tego do końca życia. Dla mnie pozostanie to kwintesencją ojcostwa. Te dwa doświadczenia stale mi towarzyszą w pracy z nowicjuszami. Nie wiem, jakim jestem ojcem, bo ojcu najczęściej się tego nie mówi. Wysoko stawiam sobie poprzeczkę, ale też wiem, że jestem niesprawiedliwy wobec ludzi pretendujących do spełniania wobec mnie ojcowskiej funkcji.

Zbawienny gniew

Jaki jest jednak sens nazywania Chrystusa Ojcem? Czy nie prowadzi to raczej do teologicznego zamieszania? Myślę, że Benedykt uchwycił i zamknął w tym tytule owoc wspólnotowego życia: stajemy się coraz bardziej podobni do Chrystusa, „bierzemy Jego”, dzielimy podobne uczucia, reagujemy jak On, a zarazem to On pokazuje nam cel naszej drogi, dodaje odwagi, broni, zawsze jest w odwodzie, imponuje, prowadzi z nami pedagogiczną grę — często na później odsuwając wyjaśnienie danego gestu, słowa, zdarzenia, milczy i przez to zmusza do zaufania. Na swoją miarę dzielimy także Jego misję, to On nas posyła i pozwala się wyręczać — przypomnijmy obraz Jezusa śpiącego w łodzi podczas burzy. Potrafi nas skarcić, powiedzieć słowa prawdy i — co dla nas mężczyzn jest ogromnie ważne — potrafi też kochać nas „za coś”. Nieprzypadkowo więc Chrystus zwraca się do swoich uczniów po zmartwychwstaniu, używając ogromnie ciepłego słowa: „dzieci”.

Ten klimat Jezusowego ojcostwa Benedykt zamknął w dwóch słowach: Jezus to „łaskawy ojciec” z Prologu Reguły i „ojciec rozgniewany” z końca tegoż Prologu. Łaskawość, słodycz jest dla naszej mentalności zrozumiała. Problemów może dostarczyć zagniewanie. Powiedzmy tak — prawdziwe zagniewanie nigdy nie jest przemocą, jest za to pomocą. To nie bycie wściekłym na coś, na kogoś, wrzaskliwe obnoszenie swojego zawodu czy zranienia, milczące karanie kogoś za błąd. Ojcowskie zagniewanie musi być rozważane zawsze w kontekście bezpieczeństwa, które zapewnia ojciec, bezpieczeństwa, które tworzy się także przez dostępność ojca, jego stałą gotowość do udzielenia nam pomocy.

Pomoc najpiękniejsza ze strony ojca to hierarchizacja wartości, spraw, wydarzeń, ukazanie, co tak naprawdę jest ważne, wydobycie na światło dzienne walorów rzeczy, obiektywizacja świata. W takim wypadku gniew ojca — gdy marnujemy niepowtarzalne okazje, stowarzyszamy się z duchowym kiczem pełnym tombakowych blasków i wzajemnych kadzeń, trwonimy naszą godność przez zgodę na przyklejane nam etykiety — jest jak przebudzenie. I co ciekawe — w tak manifestowanym prawdziwym ojcostwie syn nie zatrzymuje się na gniewie ojca, ale próbuje ratować z całych sił rzecz, którą podeptał, stara się podnieść głowę i zobaczyć niebo, o którym zapomniał. Gniew ojca to nie połajanki przemądrzałego frustrata, ale przywracanie ludziom, rzeczom, sprawom należnego im miejsca. Gniew ojca mówi nam nade wszystko o powadze naszego jedynego i niepowtarzalnego życia. Urodzeni z miłości mamy również prawo do całej prawdy o życiu, o naszym życiu, mamy prawo do szansy i naprawy tego życia.

Kończąc ten list, chciałbym życzyć jego czytelnikom takich właśnie spotkań z żyjącym we wspólnocie Chrystusem. Jeśli każe Tobie czekać, jeśli milczy, jeśli wołasz do Niego z głębi Twoich utrapień — nigdy nie zapominaj, że jesteś synem Króla. Nie jesteś „niczyj”, On upomni się o Ciebie.

O obecności Chrystusa
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz.W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...