O pożyteczności zła
fot. pawel czerwinski / UNSPLASH.COM

O pożyteczności zła

W dniu, w którym na kijowskim Majdanie zginęło 70 osób, polski premier oraz opozycyjny kandydat na premiera spierali się o to, czy spotkają się w telewizyjnej debacie. Premier Tusk był gotów, ale tylko na określonych warunkach. Szef PiS był chętny, ale wyłącznie w obstawie ekspertów. Zwodzili się jak żuraw i czapla z bajki Tuwima – gdy jedno chciało, drugie odwracało się plecami. Małość i miałkość ich przekomarzań raziła w zestawieniu z dramatycznymi doniesieniami z Ukrainy, gdzie ludzie ginęli za wolność, a dokładniej – za jej pragnienie. Wolność zdobyta to już coś innego. Bywa skarlałą wersją idealnego wyobrażenia.

Tamtego dnia oglądałam polski kontredans polityczny z niedowierzaniem i rozgoryczeniem znacznie większym niż to, jakie na co dzień towarzyszy mi, gdy wypatruję śladów istnienia autorytetów i wartości w życiu publicznym. Populizm spowszedniał, przestajemy się dziwić banalności i trywialności partyjno-medialnych wymian, przywykliśmy do mydlanej opery, która przypomina tanią podróbkę demokratycznego scenariusza. Włączając telewizory na „Wiadomości” i przeglądając serwisy informacyjne w sieci, spodziewamy się wszystkiego: sensacyjnych doniesień o mrozie w środku zimy, łapania za słówka, bulwarowych dialogów. Wszystkiego – tylko nie spraw istotnych, realnych zdarzeń, wiedzy o świecie. I pozostajemy bezsilni, zrezygnowani wobec pustych słów. Zmieniamy kanał, przestajemy śledzić niby-wydarzenia, porzucamy wiarę w obietnice zbyt łatwo zastępowane innymi, również niedotrzymywanymi. Zadziwiające, do jakiego stopnia rozstaliśmy się z wolnością słowa rozumianą jako przywilej. Ćwierć wieku temu niezależne, prawdomówne media uznawaliśmy za fundament zmiany, a także za najważniejszego strażnika mającego nas chronić przed złą władzą. Wolność słowa stanowiła glejt przynależności do lepiej, mądrzej urządzonej i autentycznie współtworzonej rzeczywistości. Nie przestaje mnie zaskakiwać, jak łatwo z niej zrezygnowaliśmy, a dokładniej – rozmieniliśmy ją na drobne. Nie trzeba było do tego dyktatora, cenzury ani przymusu. Wystarczyła swoboda, konkurencja wolnorynkowa i pożegnanie z kanonami, a rozstaliśmy się z przywiązaniem do prawdy, rzetelności, wiarygodności. To „wydarzyło się” wśród wielu innych zaniedbanych spraw, po drodze. Wyposażeni w wolność nie poradziliśmy sobie z dbaniem o nią, pielęgnowaniem powagi i znaczenia słów. Media stały się słupami ogłoszeniowymi, na których każdy może powiesić swój komunikat o niekontrolowanej jakości, intencjach czy celach. Odpowiedzialności za słowa mówione i upubliczniane w demokracji nie bierze żaden urząd czy instytucja – zostaliśmy z tym obowiązkiem sami. I najwyraźniej niezdolni do jego wypełniania. Z opieką nad wartościami społecznymi nie radzą sobie polskie elity, bo nie są one pewne ani swoich zadań, ani nawet swojego istnienia.

Zostało Ci jeszcze 45% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się