O przeistoczeniu

O przeistoczeniu

I

Najłatwiej powiedzieć, co to jest przeistoczenie, jeśli stwierdzi się po prostu, że małym dzieciom należy mówić o nim jak najwcześniej 1 Nie używając oczywiście słów „przeistoczenie” czy „transsubstancjacja”, ponieważ nie są to słowa dla nich odpowiednie. Najlepiej uczyć dzieci, czym jest przeistoczenie, na Mszy świętej w czasie podniesienia, czyli tej jedynej części Mszy, kiedy raczej powinno się skłonić dziecko do skupienia uwagi na tym, co się dzieje. Mam tutaj na myśli dzieci, które właśnie zaczynają mówić i opanowały już język na tyle, aby zrozumieć proste opowieści i powiedzieć własnymi słowami, co się stało. Takie dziecko można uczyć o przeistoczeniu, gdy szepcze się mu podczas Mszy do ucha: „Patrz! Zobacz, co robi ksiądz. Wypowiada słowa Pana Jezusa, które zmieniają chleb w Jego ciało. Teraz je podnosi. Skłoń głowę i powiedz: »Pan mój i Bóg mój«”. Potem: „Zobacz, teraz ksiądz wziął kielich. Wypowiada słowa, które zmieniają wino w krew Pana Jezusa. Popatrz na kielich, który ksiądz podnosi. Skłoń głowę i powiedz: »Uwielbiamy Twoją świętą krew, Chryste«”. Taki szept wcale nie musi przeszkadzać innym osobom w kościele.

Jeśli zabiera się dziecko na Mszę i zawsze tak właśnie mu się mówi, nie troszcząc się o nic więcej, to uczy się ono już bardzo wiele. Nieco później, a czasem nawet równocześnie z tą szeptaną nauką, zwłaszcza jeśli dziecko samo zapyta, można mu powiedzieć, jakie to słowa wypowiada ksiądz oraz w jakich okolicznościach Jezus wypowiedział je podczas Ostatniej Wieczerzy. Można opowiedzieć dziecku o tym, jak Jezus składał siebie w ofierze Ojcu — swoje ciało, które miało być ukrzyżowane, i krew, która miała być przelana. Jak pokazał w ten sposób, że następnego dnia — kiedy umrze na krzyżu — Jego śmierć będzie ofiarą, ofiarowaniem czegoś bardzo cennego Bogu. Starszemu dziecku można przy tej okazji opowiedzieć o tym, że od samego początku kapłani składali ofiary Bogu (a także fałszywym bogom), że ludzie przynosili swoje najlepsze zwierzęta, aby złożyć je na ołtarzach, bo tak właśnie oddawano cześć bóstwom. Składanie ofiar stanowiło najważniejszy znak oddawania czci. Jezus był kapłanem, który ofiarował samego siebie. To, co uczynił podczas Ostatniej Wieczerzy, pokazało, że Jego późniejsza śmierć na krzyżu była ofiarą. Można także powiedzieć dziecku, że Jezus polecił swoim apostołom, aby czynili to samo, co On podczas Ostatniej Wieczerzy; że w ten sposób ustanowił ich księżmi i dlatego Jego słowa użyte przez księdza mają tę samą moc, którą miały wtedy, gdy On sam je wypowiedział.

Cześć, jaką uczymy się oddawać Panu Jezusowi w czasie podniesienia, zakłada naszą wiarę w Jego bóstwo i zmartwychwstanie. Jeżeli w nie wierzymy, musimy konsekwentnie oddawać cześć Temu, który po przeistoczeniu znajduje się na ołtarzu.

Dzięki tego rodzaju wskazówkom udzielanym przez starszych w trakcie Mszy dziecko najlepiej, jak można, uczy się wiary. Wiara stanowi w tym przypadku składnik określonego działania. Dotyczy tego, co dzieje się w danej chwili w obecności dziecka. Łączy i spaja różne przekonania w integralną całość. Jest to bardziej przejrzysty i ożywiający sposób poznawania wiary niż dowiadywanie się później od nauczyciela, np. na lekcji religii, o tym wszystkim, w co wierzymy w związku z Eucharystią.

Może nawet nie przyjść nam do głowy, że należałoby w tym kontekście wspomnieć wyraźnie o zmartwychwstaniu Chrystusa Pana. Domyślnie jednak zakłada się tutaj zmartwychwstanie — przeświadczenie, że Panu Jezusowi tylko zdarza się zaistnieć, niejako sporadycznie, na naszych ołtarzach, nie jest bowiem właściwe katolikom ani nie jest obecne wcale w naszym mówieniu o Panu i z Panem. Mówimy zawsze o Zmartwychwstałym jako o żyjącym człowieku, który jest w niebie — powiadamy również, że chleb i wino zamieniają się właśnie w Niego. I dlatego, że żyje, a nie jest umarły, Jego ciało nie jest oddzielone od krwi, a każdy, kto przyjmuje którekolwiek z dwojga, przyjmuje Go całego. Tak więc dzieci, ucząc się o Eucharystii, dowiadują się na nowo, że On żyje.

Mówiłam dotychczas o uczeniu małych dzieci, zarówno dlatego, że jest to ważne samo w sobie, jak i dlatego, że to najbardziej przejrzysty sposób na dotarcie do tego, co znaczy słowo „przeistoczenie”. Zostało najpierw wprowadzone w języku greckim, a następnie przełożone na łacinę, przede wszystkim po to, aby podkreślić dokładnie tę prawdę, że następuje tutaj całkowita przemiana jednej realności fizycznej w inną, która już istnieje. Nie jest to zatem powstanie nowej substancji z surowca substancji starej, jak wtedy, kiedy w przemianie chemicznej to, co jest w próbówce, zmienia się z jednego rodzaju substancji w drugą. Nie jest to również coś takiego jak trawienie, w którym to, co się je, zamienia się w jedzącego. W obu przypadkach mamy do czynienia z przemianami materii, która może przybierać różne formy. Kiedy używa się słowa „przeistoczenie”, mówi się dokładnie to, czego uczy się dziecko: że słowa Chrystusa, dzięki boskiej władzy udzielonej księdzu, który wypowiada je w zastępstwie naszego Pana, zmieniły chleb w taki sposób, że ani chleba, ani tego, z czego był zrobiony, już nie ma, a zamiast niego jest ciało Chrystusa. Dziecko jest w stanie to uchwycić, a takie rozumienie eucharystycznej przemiany wyraża się u niego w aktach pobożności — w oddawaniu czci ciału Pana Jezusa w sakramencie ołtarza. Znałam kiedyś dziecko — wtedy prawie trzyletnie i dopiero zaczynające mówić, ale uczone o Eucharystii w opisany sposób — które czekało w tylnej części kościoła na powrót matki od komunii. „On jest w tobie?”, zapytało dziecko, kiedy matka wróciła na miejsce. „Tak”, opowiedziała, a maluch — ku jej zdziwieniu — upadł przed nią ze czcią na podłogę. Mogę zaświadczyć, bo widziałam, jak to się stało. Później opowiedziałam o tym zdarzeniu jednemu z teologów, którzy — jak się zdaje, na nieszczęście — usiłują zmienić i rozwodnić naszą wiarę, ale historia owa bardzo mu się nie spodobała. Chciał powiedzieć coś — i miał nadzieję, że wesprze go w tym przedsięwzięciu II Sobór Watykański — co wykazałoby dowodnie, że dziecko z anegdoty miało błędne pojęcie o Eucharystii. Zdawało mi się wtedy, że biedny teolog traci chyba wiarę; istotnie, okazało się później, że niestety miałam rację.

„Ale to przecież niemożliwe, sprzeczne: nie można w to wierzyć. To musi być tylko figura słowna!”. Cóż, rzeczywiście nie można zrozumieć, jak to się dzieje. Kiedy się jednak twierdzi, że jest to niemożliwe, trzeba wskazać konkretną i niepodważalną sprzeczność zawartą w tym pojęciu. Jeśli wierzy się w przeistoczenie, wierzy się jednocześnie, że na każdy zarzut sprzeczności wysunięty przeciwko tej tajemnicy można znaleźć odpowiedź. Ktoś mówi na przykład: jak człowiek mierzący, powiedzmy, metr osiemdziesiąt może zmieścić się w całości w takiej niewielkiej przestrzeni? Cóż, z pewnością nie jest to możliwe na zasadzie, wedle której jego wymiary miałyby pokrywać się dokładnie z wycinkiem przestrzeni określonym jednoznacznie przez wymiary eucharystycznej postaci chleba — nazwijmy ten sposób bycia w jakimś miejscu wymiarowym. „To jest przecież jedyny sposób, w jaki ciało może znajdować się w jakimś miejscu!”. Skąd wiesz? Wierzymy, że w Tym, co jest na ołtarzu prawdziwe, jest coś takiego, co pozostaje w sprzeczności z byciem na ołtarzu w sensie wymiarowym. Poza tym z całkowitą pewnością nietożsamość i wzajemne przestrzenne oddzielenie od tych wszystkich miejsc — np. ołtarzy i tabernakulów całego świata — w których się To znajduje, nie oznacza wcale, że jest To ze sobą samym nietożsame albo przestrzennie od siebie samego oddzielone. Rozumując wymiarowo, można by zatem porównać całą wielość owych miejsc do wielości drobnych kawałków lustra, z których każdy odbija w całości jedno ludzkie ciało, znacznie większe niż którykolwiek z lustrzanych okruchów i wcale nieprzemieszczone w sensie wymiarowym. Jednak kiedy rozważamy To, czym stał się chleb, wtedy miejsce na ołtarzu, na które patrzymy, stało się — chociaż niewymiarowo — tym samym miejscem, w którym To się rzeczywiście znajduje: miejscem w niebie.

Niedobrze byłoby wszakże sądzić, że można to wszystko zrozumieć, rozwikłać, wyjaśnić jako możliwość, w której nie kryje się już dalej żadna tajemnica. Byłoby błędem przyjmować, że w naszym zasięgu jest takie wyjaśnienie, jakiego czasem żądają ci, którzy atakują pojęcie przeistoczenia z powodu oczywistych trudności logicznych. Dawniejsze wykłady prawdy o przeistoczeniu, ujmujące przemianę eucharystyczną w kategoriach różnicy między niepoznawalną substancją rzeczy a jej przypadłościami, odznaczały się może taką wadą, że nieraz przedstawiano je tak, jakby miały uczynić tajemnicę całkowicie zrozumiałą. Gruntowna wiedza o dziejach myśli teologicznej usuwa takie wrażenie: w filozofii scholastycznego arystotelizmu, gdzie przeprowadzone zostały wspomniane podziały, przeistoczenie jest równie trudne, równie „niemożliwe”, jak w jakiejkolwiek powszedniej refleksji. I dobrze, że tak właśnie jest. Gdy mówimy, że coś jest tajemnicą, mamy na myśli fakt, że nie jesteśmy w stanie usunąć trudności w zrozumieniu tego, o czym rozprawiamy, ani rozstrzygająco i raz na zawsze wykazać, iż jest to możliwe. Jednocześnie nie sądzimy wcale, jakoby sprzeczności i absurdy mogły być prawdą, ani nie dopuszczamy możliwości, aby cokolwiek, co można logicznie wywieść z twierdzeń prawdziwych, było fałszem. Wierzymy zatem, że na rzekome dowody absurdalności niektórych prawd wiary zawsze można znaleźć odpowiedź, i to niezależnie od tego, czy sami jesteśmy dostatecznie bystrzy, aby jej udzielić.

II

Dlaczego właściwie to wszystko czynimy? Dlaczego w ogóle sprawujemy Eucharystię? Ponieważ tak polecił nam Pan — to powód wystarczający. Możemy wszakże pomyśleć również o tym, że Eucharystia jest sposobem, w jaki Pan jest obecny z nami w swojej rzeczywistości fizycznej 2 aż do końca czasów, aż do tej chwili, kiedy przyjdzie, aby być wymiarowo i widzialnie obecnym na ziemi. Możemy również zamyślić się nad tym tajemniczym faktem, że Pan chciał karmić nas sobą samym.

Moim zdaniem, jest to największa z tajemnic związanych z ofiarą eucharystyczną, większa nawet niż samo przeistoczenie, chociaż stanowiąca nieusuwalny składnik tego, co przeistoczenie dla nas znaczy. Próbując trochę to zrozumieć, zapytajmy się najpierw, co właściwie robił nasz Pan podczas Ostatniej Wieczerzy. Jeśli poprosi się ortodoksyjnego Żyda, aby odmówił modlitwę błogosławieństwa pokarmów przy stole, weźmie on do ręki kawałek chleba, pomodli się, połamie chleb i poda każdemu z obecnych po mniejszym kawałku. To właśnie uczynił Pan: pobłogosławił pokarm, a zrobił to dla uczczenia szczególnej okazji. Świętował Paschę — owa wieczerza była silnie zrytualizowanym posiłkiem otwierającym kilkudniowe uroczystości żydowskie. Żydzi świętują podczas tych obrzędów przejście anioła Pańskiego przez Egipt, które poprzedziło ich ucieczkę z niewoli. Mieli wówczas złożyć w ofierze baranka, zbierając się w grupach wystarczająco licznych, aby móc zjeść później całe ofiarowane zwierzę. Mieli także pokropić jego krwią odrzwia swoich domów. Anioł Pański ominął ich siedziby, zabijając pierworodne potomstwo we wszystkich domach, na których nie było znaku krwi baranka. Żydzi spożyli pospiesznie swoją ofiarę, wezwani przez Boga, aby zjeść wszystko za jednym razem i niczego po sobie nie pozostawić — by mogli być gotowi do drogi, do opuszczenia Egiptu. Ten właśnie posiłek, uczta przygotowująca do wyjścia z niewoli, był od tamtego czasu upamiętniony w wieczerzy paschalnej — nazywanej przez dzisiejszych Żydów seder — którą Jezus spożywał ze swoimi uczniami. Jednak do znanej modlitwy błogosławieństwa nasz Pan dodaje słowa „To jest moje ciało”, a po zakończeniu całego obrzędu bierze do ręki kielich i mówi o nim „To jest moja krew, która za was będzie wylana”. Powiedzieliśmy już, że te słowa wskazywały, iż Jego przyszła śmierć miała być ofiarą, którą On sam składał jako kapłan (Jego śmierć była całkowicie dobrowolna — nikt nie mógł odebrać Mu życia, jeżeli On sam nie oddałby go z własnej woli). Jego czyny podczas wieczerzy pokazały, że dla nas zastąpił On samym sobą baranka paschalnego, który pierwotnie stanowił zarówno ofiarę, jak i posiłek przed ucieczką z niewoli, a także znak różnicy między uchodzącymi Żydami a tymi, którzy chcieli ich zatrzymać w niewolniczym poddaństwie.

Są zasadniczo dwa rodzaje ofiary: holokaust, czyli całopalenie, w którym żertwa — ofiarowane zwierzę — niszczona jest w całości, oraz taka ofiara, w której ludzie jedzą to, co zostaje ofiarowane.

Chrystus uczynił z siebie ofiarę tego drugiego rodzaju; odmawiając modlitwę błogosławieństwa, najpierw przede wszystkim polecił uczniom, żeby spożywali to, co im daje. Dopiero w dalszym ciągu obrzędu okazało się, że sam zastąpił sobą baranka paschalnego, zajmując jego miejsce. Katolicy wierzą, że nie możemy jeść i pić tego, co nam polecił nasz Pan, jeżeli nie będziemy mieli udziału w tym samym chlebie i tym samym kielichu, a to możemy osiągnąć jedynie przez uobecnienie Jego własnej ofiary. Dlatego właśnie utożsamiamy ofiarę Ostatniej Wieczerzy z ofiarą krzyżową i z każdą Mszą świętą.

Jego ciało i krew są nam więc dane na pożywienie — a to jest przecież wielka tajemnica. Bez wątpienia jest to coś symbolicznego: nie odnawiamy wszakże swoich sił cielesnych, nie odżywiamy się fizycznie ciałem Chrystusa w tym samym sensie, w którym żydzi fizycznie karmili się mięsem baranka paschalnego.

Jako chrześcijanie przywykliśmy tak bardzo do idei komunii świętej, że najczęściej nie zauważamy wcale, jak tajemniczy jest już sam ten pomysł. Od dawna istniał między protestantami a katolikami spór o to, czy przyjmując chleb konsekrowany w Eucharystii, spożywamy coś, co jedynie symbolizuje ciało naszego Zbawiciela, czy też samo ciało Chrystusa; czy pijemy krew Chrystusa tylko symbolicznie, czy rzeczywiście. Z powodu tego sporu można było odnieść wrażenie, jakby to tylko katolicy byli w swojej wierze szalenie ekscentryczni, podczas gdy protestanci zdroworozsądkowo uczestniczyli jedynie w normalnym obrzędzie, w którym symbolicznie spożywają ciało Chrystusa i symbolicznie piją Jego krew! Niesamowitość takiej uczty, nawet jeśli miałaby ona odbywać się tylko symbolicznie, umknęła jakoś w sporach o przeistoczenie. Spróbujmy więc uprzytomnić sobie teraz, jak głęboko przedziwna jest sama idea spożywania ciała Boga przez ludzi.

Dlaczego miałby ktoś chcieć jeść czyjeś ciało albo pić czyjąś krew? „Krew Ci wypiję” — to mogłoby być ślubowanie złożone wrogowi. Rzeczywiście, w Starym Testamencie spożywanie ciała człowieka i picie jego krwi wyrażało śmiertelną wrogość. Także członkowie niektórych dzikich plemion chcieli na przykład zjeść ciało odważnego przeciwnika, aby zdobyć czy przejąć tym sposobem jego męstwo. Zastanawiając się nad ideą chrześcijańskiej Eucharystii, niezależnie od tego, czy odprawianej przez katolików, czy przez protestantów, ktoś mógłby zadać sobie pytanie, czy nie chodzi czasem właśnie o przejęcie pożądanych cech boga, którego składa się w ofierze — ale byłby w tym daleko od prawdy. Czy chrześcijanie są jak dzikie plemiona, które dla uczczenia specjalnych okazji jedzą mięso zwierząt, uznawanych w innych okolicznościach za zakazane? Nie, nie o to chodzi w chrześcijańskiej Eucharystii.

Chrześcijanie składają tę ofiarę przede wszystkim dlatego, iż posłuszni są poleceniu Zbawiciela. Powiedział On swoim uczniom, aby czynili to na Jego pamiątkę, to znaczy przypominając niejako Ojcu o tym, czego dokonał Jego Syn. Powiedział im również, że to, co jedzą i piją, jest Jego ciałem i krwią. Uczniowie mogliby twierdzić, że tego nie rozumieją, że nie wiedzą o całej sprawie nic ponad to tylko, że Pan nakazał im sprawować ten rytuał, który jest skuteczną pomocą w osiągnięciu życia wiecznego. Chodzi mi tutaj o to, że ten gest niekoniecznie musi być dla uczniów naturalny i zrozumiały. Chcąc to lepiej pojąć, wyobraźmy sobie przez chwilę takie ceremonie kościelne, oczywiście nieistniejące, jak np. całowanie stóp Zbawiciela albo przywiązywanie się do Niego. To byłyby gesty zrozumiałe, pojmowalibyśmy bowiem myśl, którą wyrażają. Ale jedzenie Zbawiciela?

Z pewnością owo jedzenie i picie są same w sobie czynnościami symbolicznymi. Chodzi o to, że — niezależnie od tego, czy spożywanie ciała i picie krwi dokonuje się dosłownie, czy tylko symbolicznie — same te akty oznaczają z kolei coś innego. Jeśli zatem spożywamy Jego ciało tylko symbolicznie, nie zaś rzeczywiście, nasze działanie jest symbolem drugiego stopnia — symbolem symbolu. Jeśli natomiast spożywamy Jego ciało dosłownie, nasze działanie jest symbolem bezpośrednim 3 Tak czy owak, nasze działanie jest bardzo dziwne przede wszystkim z tego powodu, że nie jest symbolem naturalnym ani łatwo zrozumiałym. To, jak ono symbolizuje, i to, co symbolizuje — to sprawy głęboko tajemnicze.

W naszych czasach niektórzy teologowie próbowali wyjaśnić przeistoczenie w kategoriach tzw. transsygnifikacji. „Substancją” niektórych rzeczy miałoby być w tym ujęciu to, co znaczą one w ludzkim życiu. Niewątpliwie jest to prawda w odniesieniu do pewnych rzeczy, np. pieniędzy. Wspomniani teologowie chcieli dodatkowo powiedzieć, że jest to prawda także w przypadku chleba i wina — że nie są to substancje chemiczne, ale rodzaje ludzkiego pożywienia: pokarm i napój. Teza, że nie są to osobne substancje, jest oczywiście prawdziwa, ale należy równocześnie pamiętać, że chleb i wino przeznaczone do użycia w obrzędzie eucharystycznym określone są jednoznacznie ze względu na rodzaje naturalne, z których są wytwarzane: pszenicę i winogrona. Co do reszty, może to być prawda, tyle że znowu umyka nam tutaj — często niezauważalna — niezwykłość Eucharystii. W omawianym ujęciu zasadza się ona na tym, że transsygnifikacji podlegają wcale nie chleb i wino, ale właśnie ciało i krew Chrystusa, które stają się dla nas pokarmem i napojem. I to jest sedno tajemnicy.

Kiedy Jezus mówił: „Ja jestem chlebem, który zstąpił z nieba”, Jego słowa wyrażały metaforycznie tę samą tajemnicę. Można by sparafrazować tę przenośnię w takich słowach: „Sam będę pokarmem życia, o którym mówię”. Mowa to niejasna, podobnie jak Jego słowa: „Ja jestem drogą”, „Ja jestem prawdą”, „Ja jestem życiem” albo „Ja jestem bramą”. Nie „Moja droga jest jedyną drogą” albo „Ukażę wam prawdę”, tylko „Ja jestem drogą i prawdą”. Podobnie nie mówi nam Chrystus Pan: „Mam dla was pokarm”, lecz: „Ja jestem chlebem”. Nakazane przez Pana spożywanie Jego ciała wyraża dokładnie tę samą metaforę co przytoczone słowa, niezależnie od tego, czy interpretujemy opis działań eucharystycznych dosłownie czy symbolicznie. Nawet jeśli słowa: „Ja jestem chlebem (czyli pokarmem), który zstąpił z nieba”, należy interpretować literalnie, ich dosłowne znaczenie — rzeczywistość posiłku, do której się dosłownie odnoszą — symbolizuje w dalszym ciągu coś innego.

Najjaśniejszą z metafor Jezusa jest przenośnia winnego krzewu. Wyraża ona, iż owo życie dla nas, o którym mówi Chrystus, jest Jego własnym życiem, tak samo jak życie winnych latorośli jest życiem krzewu. Jest to zatem nauka, że uczniowie są więcej niż tylko uczniami — mają uczestniczyć w życiu Bożym, w naturze samego Boga. Tutaj znów nasze rozumienie zawodzi. Pozostaje tylko niejasne przekonanie, mglista intuicja, dlaczego Chrystus nie mówi jedynie, że wskazuje nam drogę, prawdę i życie oraz dostarcza tego, co nam do owego życia niezbędnie potrzebne (tak jak nauczyciel podsuwa uczniowi to, czym ten żywi się w pracy intelektualnej), ale mówi o sobie, że jest drogą, jest prawdą, jest życiem. Nikt jednak nie może wiedzieć, co znaczy dla nas żyć życiem samego Boga. Dlatego właśnie twierdzę, że sens symbolu eucharystycznego — znaczenie tego, że spożywamy ciało Chrystusa i pijemy Jego krew, dosłownie czy symbolicznie — jest tak głęboko tajemniczy. Nie ma się co dziwić, że gdy pierwszych chrześcijan oskarżano w związku z Eucharystią o dziwaczne orgie, ich jedyną odpowiedzią na takie zarzuty było zaprzeczenie, jakoby podczas obrzędu dochodziło do jakichkolwiek nieobyczajności czy kanibalizmu.

„On daje nam swoje ciało — pisał Augustyn — aby uczynić z nas swoje ciało”. To zdanie pokazuje bardzo dobrze, w jaki sposób sakrament symbolizuje jedność Kościoła i skutecznie sprawia, że ludzie, którzy łączą się, aby celebrować Eucharystię i przyjmować komunię świętą, stają się jednym w Chrystusie. „Mistyczne ciało Chrystusa”, jak nazywamy Kościół, jest ciałem w sensie przenośnym. O jedności rodzaju ludzkiego mówi się już w podobnej metaforze, wedle której wszyscy rodzimy się jako „członki Adama”. Mówienie w tym kontekście o jednym ciele, tak jakby wszyscy ludzie składali się na jednego ogromnego człowieka, jest oczywiście metaforą, ale sama jedność życia, podkreślona wyraźnie w tej przenośni, nie ma już charakteru metaforycznego — wszyscy bowiem, bez względu na rasę i kolor skóry, jesteśmy jednej krwi. Mówi się, że przez chrzest zostajemy wszczepieni w ciało nowego Adama. Widzimy, że tutaj znowu występuje przenośnia ukazująca ludzi jako członki należące do jednego człowieka. I znowu, jedność odnowionego w chrzcie życia wskazana przez metaforę nie jest metaforyczna sama w sobie. Chrystus nazwał siebie pokarmem tego życia, pokarmem życia Bożego, które zgodnie z obietnicą już się w nas zaczęło; wiatyk na drogę w nieustannej ucieczce z Egiptu, którym jest dla nas niewola grzechu; żertwa ofiarna, przez którą zostaliśmy pojednani z Bogiem; znak naszej jedności z sobą nawzajem w Chrystusie. Jest to tajemnica wiary taka sama dla prostych i dla uczonych. Jedni i drudzy wierzą bowiem w to samo, a to, co pojmują prości, nie jest wcale lepiej rozumiane przez uczonych — ich służba polega jedynie na usuwaniu śmieci, które rozum ludzki tak często rozrzuca na drodze, stwarzając przeszkody.

tłum. Wojciech Jajdelski

1 Podstawa przekładu: On Transsubstantiation, w: Collected Philosophical Papers of G. E. M. Anscombe, t. 3, Ethics, Religion and Politics, Basil Blackwell, Oksford 1981, s. 107–112. Pierwodruk: broszura wydana przez Catholic Truth Society w Londynie (1974).
2 Teologowie nie zwykli mówić, że nasz Pan jest „fizycznie” obecny w Eucharystii. Myślę, że działo się tak z tej racji, iż dla teologów „fizycznie” oznacza „naturalnie” — samo słowo pochodzi przecież od greckiego wyrazu oznaczającego naturę — a nasz Pan oczywiście nie jest w Eucharystii obecny naturalnie, to znaczy w sposób przyrodzony. Jednak dla współczesnego człowieka zaprzeczenie fizycznej obecności Chrystusa w Eucharystii jest tożsame z zaprzeczeniem doktryny Kościoła katolickiego, ponieważ znaczenia słów się zmieniają. Papież Paweł VI mówi nam w encyklice Mysterium fidei, że „Chrystus jest obecny cały, obecny cieleśnie, w swej rzeczywistości fizycznej”.
3 W pierwszym przypadku to, że jemy chleb ofiarowany podczas obrzędu w kościele, symbolizuje nasze spożywanie ciała Chrystusa, spożywanie, które — jak często wierzą protestanci — nie dokonuje się jednak w rzeczywistości. Jednak spożywanie ciała Chrystusa, symbolizowane w protestanckim obrzędzie przez jedzenie chleba eucharystycznego, samo jest z kolei symbolem czegoś innego jeszcze, co właśnie stanowi dla Anscombe tak wielką tajemnicę. W katolickim rozumieniu Eucharystii kluczowa jest natomiast wiara w to, że wierni rzeczywiście spożywają w obrzędzie prawdziwe ciało Chrystusa. Znaczenie tego rzeczywistego gestu pozostaje wszakże tajemnicze, nie pojmujemy bowiem z jasnością właściwą symbolom życia codziennego — takim jak np. pocałunek — jaki sens ma w naszej relacji z Chrystusem fakt, że nakazał nam jeść swoje ciało i pić swoją krew [przyp. tłum.].

O przeistoczeniu
G.E.M. Anscombe

(ur. 18 marca 1919 r. w Limerick, Irlandia – zm. 5 stycznia 2001 r. w Cambridge, Wielka Brytania) – Gertrude Elizabeth Margaret Anscombe a. Elizabeth Anscombe, brytyjska filozof, tłumaczka i edytorka tekstów, ożywiła refleksję nad filozofią działania Arystotelesa i myślą św....