O regule wspólnoty

O regule wspólnoty

Święty Bernard z Clairvaux (1090–1153) lubił powtarzać, że nadejdzie czas, iż „stworzenie dostosuje się do zamierzeń Stwórcy”. Zdanie to znalazło się w wielkim traktacie Bernarda O miłowaniu Boga i było wyrazem ogromnego optymizmu wobec człowieka, który szanując własną naturę, zdolności umysłowe i duchowe, spotka w końcu Boga, zapragnie Go kochać z całych sił i wreszcie zostanie w Nim przemieniony: będzie mu przywrócone synowskie podobieństwo. W zdaniu tym tkwi jeszcze jedna ważna informacja — że człowiek „dostosowujący się do zamierzeń Stwórcy” potrzebuje czasu… W życiu duchowym chętnie mówimy o etapach tego życia. Zastanawiając się nad tajemnicą wspólnoty, również nie możemy tego faktu ominąć. Wspólnota także dostosuje się w swoim czasie do zamierzeń Stwórcy.

Nie oznacza to jednak ani biernego czekania, ani podsycanego niecierpliwością aktywizmu. Pierwsze charakteryzuje bowiem duchową niepowagę, a drugie jest prostym objawieniem ludzkiej pychy i źle rozumianej odpowiedzialności. Sam św. Bernard powtarza cytat z Księgi Przysłów 16,4: „Pan wszystko zdziałał dla samego siebie”. Duch Jezusa jest obecny we wszystkich członkach wspólnoty i we wspólnocie samej. Trzeba nam baczniej wsłuchać się w Jego pragnienia. Duch Święty z pewnością poprowadzi nas w kierunku przewidzianym przez Boga.

Wstyd za dawnego siebie

Dojrzewanie wspólnoty do przemiany i zdobycia Bożego podobieństwa jest czasem trudnym, choć przecież ogromnie radosnym, bo każdy z członków wspólnoty może realnie doświadczyć działania Ducha Jezusa i dostrzec realne jego skutki. Często pierwszym owocem takiego działania jest… zawstydzenie. Duch Jezusa daje nam nowe oczy i nagle potrafimy zobaczyć siebie w całej prawdzie zaprawionej dużą dozą dobrego humoru: widzimy siebie „dawnych”, pełnych utajonych ambicji, zazdrości, drażliwości, niecierpliwości, fałszywej świętości, widzimy, jak bardzo byliśmy wyniośli w swojej pokorze i sekciarscy w „przynależności do wspólnoty”, którą zaczęliśmy traktować jako uczęszczanie do elitarnego klubu w golfa. Powtórzmy jednak za św. Bernardem: nadejdzie czas, że stworzenie dostosuje się do zamierzeń Stwórcy.

Współpraca z Duchem Jezusa, który jest obecny, choć często niezauważony we wspólnocie, polega jednak bardziej na poszukiwaniu Nowej Ziemi, na podjęciu trudnej pielgrzymki do Boga, na — jak mówi św. Benedykt w swojej Regule — zmianie obyczajów. Kiedy chrześcijaństwo mówi o podróży, o wędrowaniu, poszukiwaniu Nowej Ziemi — ma na myśli nade wszystko dyspozycję ducha każdego z nas. Jest ona nazwana albo „uległością” wobec Bożych planów, albo posłuszeństwem, albo pokorą. Jesteśmy gotowi podjąć taką podróż, bo zdajemy sobie sprawę, jak wiele nam brakuje, by wspólnota, w której mieszka przecież Duch Jezusa, stała się pokornie jaśniejącym świadectwem.

Potraktujmy ten list jako małą podróż pozwalającą odkryć Nową Ziemię naszej wspólnoty przeznaczoną nam przez Stwórcę. Próbujmy śmiało zakreślić perspektywę tej podróży i znaleźć istniejące przecież drogowskazy.

Spójrzmy nowymi oczami

I my również musimy przygotować się do podróży. Nie należy zabierać ze sobą wielkiego ciężaru wiedzy duchowej ani także sądzić naiwnie, że wszystko „samo” i „jakoś” się ułoży.

Nowa Ziemia powinna oznaczać Nową Ziemię i nie mieć smaku dawnych wspomnień, które siłą rzeczy narzucają się i często usidlają nowe natchnienia. Mówimy, że to doświadczenie i zdobyta już formacja, ale często tak naprawdę chodzi nam tylko o poczucie bezpieczeństwa i zachowanie kiedyś zdobytej pozycji. Jezus każe nam zostawić wszystko, sprzedać „wszystko, co posiadamy” i odważnie podjąć z Nim wędrówkę. Często jednak odchodzimy smutni lub próbujemy się wlec za Jezusem z całym bagażem „dawnego”. Takim ciężarem może być dawny autorytet, przewodnik duchowy, pragnienia i marzenia. Nie chodzi przy tym o zanegowanie przeszłości i siły, która nas poprowadziła do momentu włączenia się w życie wspólnoty, ale o pozostawienie tych spraw na boku. Siła, która nas przyprowadziła do wspólnoty, jest całkowicie odmienna od tej, która będzie nas prowadzić we wspólnocie, choć oczywiście jest to ten sam Jezus Chrystus.

Nowa siła wypływa nie tyle z mojego osobistego kontaktu z Bogiem, z osobistych praktyk i zobowiązań, ile nade wszystko z dialogu pomiędzy członkami wspólnoty. Czerpanie sił z dialogu wspólnotowego, który powinien być szczery i otwarty, nieograniczony, dobrze przemodlony i przemyślany, żeby nie przemienił się w jałową krytykę czy gadulstwo — jest zadaniem ogromnie trudnym, jest — można powiedzieć — sztuką.

Jeśli się chce posłuchać któregoś z członków wspólnoty, trzeba spojrzeć na niego całkowicie nowymi oczyma. To zawiera obowiązek zadania sobie pytania, czy nasze związki we wspólnocie opieramy na „starych znajomościach”, kiedyś zawiązanych przyjaźniach, czy też faktycznie podjęliśmy trud zbudowania czegoś tchnącego nową, przyciągającą innych radością, bez opierania się na „starej bazie” w naszych indywidualnych lotach do nieba… Jeśli budujemy na „starym”, bądźmy przygotowani na bolesną klęskę, bo w chwilach trudnych dojdą do głosu stare nawyki podparte starym autorytetem. Jak mówi obrazowo Jezus — nie przyszywa się nowej łaty do starego sukna ani do starych bukłaków nie wlewa nowego wina… Spojrzeć na członka wspólnoty nowymi oczyma i wysłuchać go do końca.

Następnie należy bez gniewu i pośpiechu wyłożyć swoje racje, bez terroryzowania wspólnoty mającą nadejść apokalipsą, gdyby ta odważyła się nie przyjąć mojego punktu widzenia. Im mniej żaru Bożego i Bożego gniewu w dyskusji wspólnotowej, tym lepiej. Dialog powinien mieć swój przedmiot i cel. Nie zawsze jednak w ciągu jednego krótkiego spotkania da się wszystko rozwiązać. Nie śpieszmy się. Być może wkrótce znajdziemy dobre rozwiązanie. Dialogu nigdy nie należy przeprowadzać z nastawieniem, że jest to zło konieczne i że w ten sposób stracony czas można było poświęcić na modlitwę czy inne duchowe ćwiczenia. To błąd. Dialog, narada, słuchanie innych jest potrzebne wspólnocie jak powietrze. Ustalenia podjęte wspólnie obowiązują wszystkich i nie mogą pozostać tylko na papierze, bo to pierwszy krok do śmierci wspólnoty. Dialog paradoksalnie wzmacnia indywidualną świętość każdego z członków wspólnoty, również dlatego, że nakazuje postawę pojednania, buduje atmosferę do poprawiania siebie nawzajem i doskonale pozwala poznać samego siebie.

Dialog ma być otwarty

Bywa jednak, że niektórzy członkowie wspólnoty potrafią manipulować dialogiem. Elokwencja, mocny charakter, uprawiana asceza, piękna przeszłość, zajmowane w świecie stanowisko, znajomości wreszcie — potrafią wzmocnić wypowiadane zdania, a nawet zaszantażować wspólnotę. Brak sprzeciwu, zbytnia ugodowość, chęć podporządkowania się dla większego spokoju, strach wreszcie przed wygłaszającym opinie — wszystko to na pewno nie jest znakiem wspólnotowego zdrowia. Każdy musi podjąć ryzyko dialogu, aby je odzyskać. Prawda powinna być jednak wypowiadana z miłością i przyjmowana bardziej do serca niż pamięci, która — jeśli nie jest dostatecznie oczyszczona, może wcześniej czy później dokonać subtelnej zemsty na prawdzie. Nie jest też dobrze traktować dialog w kategorii osobistego zwycięstwa czy klęski.

Dialog jednak potrafi zaprowadzić nas do Nowej Ziemi, zbudować w nas i wokół nas całkowicie nową atmosferę i stworzyć nowe związki. Jest to zapewne związane z utratą — podobnie jak wszystko, co daje prawdziwy wzrost duchowy. To, co utracimy, to nade wszystko własne racje, własne, drogie nam wizje, chęć rozciągania naszego autorytetu na wszystko, co wydaje się nam dobrem wspólnoty, wreszcie bezkompromisowość, która we wspólnocie jest zawsze złym doradcą i prowadzi do bolesnych podziałów. Zyskamy ducha służby, któremu obojętne są zasługi, zyskamy dziecięcość, która umie się spodziewać pomocy ze strony innych, zyskamy wyrozumiałość i mocną radość z każdego gestu naszego współbrata, który jeszcze nie tak dawno wydawał się żenująco niedoskonały. Odkryjemy prawdziwą wartość naszej wspólnoty i nas samych. Staniemy się prawdziwie wolni i dyspozycyjni, czyli gotowi na spełnienie w sobie słów wypowiedzianych kiedyś przez Esther de Waal: „Całe życie ma być otwarte na możliwość zmian, gotowe przyjąć nowe wezwania bez względu na to, kiedy i jak się objawią”. Będzie to prawdziwym wypełnieniem przyrzeczenia otwartości — najważniejszego cysterskiego przyrzeczenia. Niech pomocą w tym względzie będą słowa św. Pawła Apostoła wypowiedziane do Filipian: „Zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, biegnę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej wzywa Bóg w górę w Jezusie Chrystusie” (Flp 3,13).

Z pamiętnika Etty

Duch nasz potrzebuje jednak ciągłego wychowania i oczyszczania się w blasku Bożej prawdy i tchnieniu Miłości. W tym liście pragnę zwrócić uwagę tylko na pewne nasze postawy, które opóźniają nasze spotkanie z Nową Ziemią. Wybrałem trzy cytaty z pism Etty Hillesum — młodej holenderskiej Żydówki, zamordowanej w 1943 roku w Birkenau. Etty z ogromną precyzją wskazuje zagrożenia, które często są przez nas bagatelizowane lub — co gorsza — uważane za naszą siłę. Nie ma prostych recept w życiu duchowym, bo każda dusza jest inna, jak mówi św. Teresa z Lisieux, ale już samo nazwanie pewnych symptomów może nam wiele pomóc w otwarciu się na dar kontemplacji, która nigdy nie jest prawdziwa, gdy zaniedbany jest dialog ze światem zewnętrznym i współbraćmi w Chrystusie. Taką notatkę znajdujemy w dzienniku Etty pod datą 4 października 1941 roku:

Na tym polega twoja choroba: chcesz zdefiniować życie po swojemu. Pragniesz je objąć duszą, zamiast pozwolić, by życie ogarnęło ciebie. Jak to było? „Chodzić z głową w chmurach” — to jest możliwe, natomiast próba „wtłoczenia nieba do głowy” — nie. Za każdym razem usiłujesz na nowo stworzyć świat, zamiast cieszyć się nim takim, jaki jest. W tym tkwi coś apodyktycznego.

Te mocne słowa są dla nas zaproszeniem do podjęcia dialogu z otaczającym nas życiem i światem. Pozwoli nam to odkryć logikę Bożej opatrzności, która stworzenie, czas, przestrzeń, w której żyjemy, uważa zawsze za szansę. Można też powiedzieć, że te rzeczywistości są językiem Boga, mówi On przez nie w sposób niezwykle dyskretny i delikatny. Teraz do każdego z nas należy odpowiedź na pytanie, czy faktycznie taka rozmowa mnie interesuje, czy też czekam na specjalny znak lub też rozmawiam tylko z samym sobą. To zamknięcie również jest przedmiotem refleksji Etty. Wie ona doskonale, że nasza wrażliwość, lęk, doznawany ból, ba — sam wysiłek istnienia, tak bardzo zajmują nasze myśli, że zatracamy powoli świadomość, że istnieje jeszcze drugie dno, druga przestrzeń naszego życia:

Ulegając totalnie każdemu strapieniu czy lękowi, usiłujemy zbyt intensywnie przeżywać siebie samych, i dlatego jest to nie do przyjęcia na dłuższą metę (List do Netty van der Hof, Amsterdam, 25 czerwca 1942).

Często też to, co wydaje się naszym dialogiem z Bogiem i otaczającym nas światem, prowadzi do zupełnego zablokowania nowych natchnień, sił i perspektyw. Nasza duchowa zaborczość często mylona z pragnieniem Boga prowadzi w końcu do wyjałowienia duszy i pozbawia nas wewnętrznej siły:

Zastanawiam się niekiedy, czy nie żyję zbyt dogłębnie — aż do gruntu. Żyję, upajam się istnieniem i przetwarzam je aż do dna, tak że nic nie zostaje. Być może konieczna jest jakaś resztka, której nie pobudziliśmy, aby móc tworzyć, bo dzięki niej powstaje to napięcie, stanowiące bodziec do twórczej pracy? (Pamiętnik, rok 1942).

Reguła wspólnoty

Ta garść refleksji pomoże nam, być może, jeszcze bardziej zbliżyć się do Boga i odkryć Nową Ziemię, w której panują prawa Ewangelii. Nasza wspólnotowa wędrówka ma jednak bardzo wyraźnie ustawione drogowskazy. Wystarczy sięgnąć do Ewangelii według św. Mateusza, by odkryć w niej znakomicie wytyczoną drogę do drugiego człowieka, w którym mieszka Chrystus, i to jest właśnie ta Nowa Ziemia w najgłębszym tego słowa znaczeniu. Zwłaszcza rozdział osiemnasty jest fragmentem dla nas szczególnie interesującym. Bibliści wnikliwie nazwali tę część Ewangelii REGUŁĄ WSPÓLNOTY…

Zapytajmy więc, jaki kanon, jaką regułę zostawił Jezus swojemu Kościołowi? Jezus rozpoczyna od bardzo znaczącego wezwania: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego”. Jest to odpowiedź na pytanie uczniów, „kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim?”. Fragment następny mówi o zgorszeniu, lecz wydaje się, że słowa: „strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych”, stanowią prawo, które można nazwać „prawem do zaufania”. Nie możemy zapominać, że nie jesteśmy odpowiedzialni tylko za własne życie i zbawienie, ale także za innych, którzy uwierzyli nam, którzy czekają na naszą pomoc i otwarcie. Najczęściej nie są to ludzie, do których naturalnie byśmy lgnęli, z którymi przebywanie przynosi nam przyjemność i korzyść. Są to właśnie ci „mali”, mijani z obojętnością, którzy także potrafią nas zirytować i zniechęcić, od których często uciekamy, by uratować dobre mniemanie o sobie i osobistej drodze do Boga. Każdy pragnie miłości i ma do niej prawo, nie ma na świecie Dzieci Gorszego Boga…

Wszyscy jesteśmy Dziećmi Jedynego Ojca. On kocha nas wszystkich, to tylko my samowolnie ustalamy, kogo należy kochać, a kogo odrzucić. Mówi o tym następny fragment reguły wspólnoty w przypowieści o owcy zabłąkanej. Prawdziwa miłość objawia się również w odwadze zwrócenia uwagi i w odwadze przyjęcia napomnienia. To prawo zapisane w wersecie 15. rozdziału 18., jak pokazuje praktyka, jest najbardziej zaniedbywane. Zaniedbywane lub spełniane bez potrzebnej miłości i delikatności.

Jezus mówi także, że jest obecny pośród braci, którzy zebrani w dwóch lub trzech, o coś Go proszą w duchu zgody. Chce nam przez to powiedzieć, że nie wystarczy modlić się wspólnie, ale modlitwa taka potrzebuje prawdziwego zjednoczenia między wzywającymi imienia Jezus. Jezus, aby jedność ta stała się rzeczywistością, nakazuje przebaczać drugiemu. Pojednanie jest procesem długotrwałym, lecz jak go rozpocząć, skoro często brak nam ducha otwarcia, zrozumienia i łatwiej nam żyć, przyczepiając drugim etykiety i myśląc według utartych wzorców? Wydaje się, że umie przebaczyć ten człowiek, któremu przebaczono. Warto więc zapytać samego siebie: kimże ja jestem, aby tak srogo sądzić drugiego? Skoro Chrystus przebaczył nam nasze grzechy, nie mamy prawa hodować w sercu uraz czy posługiwać się prawem zemsty.

W życiu najczęściej chodzi o dość błahe sprawy, które podrażniły naszą ambicję i godność. Nie jest tajemnicą, że największą przyczyną zamknięcia ludzkiego serca jest zazdrość. Końcowy fragment reguły wspólnoty, który znów został przedstawiony przez Jezusa w formie przypowieści, mówi o nielitościwym dłużniku. O czym jest ta przypowieść? Nie tylko o nakazie przebaczenia, ale nade wszystko o prawie wdzięczności. Prawo to opiera się na wzajemnej zależności — ja naprawdę potrzebuję drugiego w drodze do Boga, jestem przecież dłużnikiem moich poprzedników w wierze, wychowawców, od których otrzymałem naukę wiary. Nie wszystko zachowałem należycie, wiele zmarnotrawiłem i źle zinterpretowałem, często przywłaszczyłem jako własną mądrość i naukę. Nie mogę więc żądać od innych, aby natychmiast zwrócili mi tę „pożyczkę”, której udzieliłem im w formie troski o wspólnotę, ofiarowanego czasu, modlitwy, nauczania czy wreszcie prostego materialnego wsparcia. Nie możemy żądać, aby za nasze czyny i poświęcenie kochano nas bardziej i wyróżniano. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie…

Niech Jezus wspiera nas wszystkich w tej wędrówce ku Nowej Ziemi i szczodrze obdarza swoim miłosierdziem.

O regule wspólnoty
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz.W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...