O zięcia boję się na siódemkę

O zięcia boję się na siódemkę

Gdyby ojczyzna mnie potrzebowała, pójdę walczyć. Zrozumiałem, co to jest patriotyzm, patrząc na Amerykanów. Nikt nie pluje na kraj, nikt nie mówi, że trzeba wyjechać, że nie ma możliwości. Nikt nie powie, że ojczyzna to nic – mówi starszy chorąży Rafał Głogowski

Afganistan. 9 sierpnia 2009 roku. Dwóch polskich żołnierzy zostało lekko rannych podczas ćwiczeń ze strzelania. Na szczęście rany są powierzchowne. Odłamki trafiły w ramiona i barki.

28 lipca. Dwaj żołnierze ranni po ostrzale bazy Warrior. Jeden przeszedł ciężką operację głowy.

17 lipca. Ranni żołnierze po ataku na patrol 10 km na północny zachód od Ghazni. Strzelali nieznani sprawcy. Nasz patrol jechał do siedziby lokalnych władz Khoghian.

14 czerwca. Trzech żołnierzy wjeżdża na minę pułapkę.

7 maja. Polski patrol ostrzelany w pobliżu bazy Four Corners. Polacy jechali na pomoc grupie ostrzeliwanych afgańskich policjantów.

Pojedyncze doniesienie o rannych nie elektryzuje tak, jak cała ich lista. Za sucho brzmiącą w komunikacie Polskich Sił Zadaniowych lub Dowództwa Operacyjnego Sił Zbrojnych RP informacją o ranie ręki czy przestrzelonej nodze kryją się ból, miesiące rehabilitacji, mniejsze zarobki, a czasem koniec kariery, samotność i depresja.

Pierwszego zabitego w Afganistanie 28letniego porucznika Łukasza Kurowskiego prezydent odznaczył Krzyżem Komandorskim Orderu Krzyża Wojskowego. Na pogrzebie byli dowódca wojsk lądowych gen. broni Waldemar Skrzypczak, szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego gen. Franciszek Gągor oraz Minister Obrony Narodowej Aleksander Szczygło. Uroczystość pokazywały wszystkie telewizje. Potem był pogrzeb starszego kaprala Szymona Słowika i starszego szeregowego Huberta Kowalewskiego. Słowik miał 34 lata. Zostawił żonę i kilkuletnie dziecko. Kowalewski był kawalerem. W Afganistanie zginęli też podporucznik Robert Marczewski, kapral Grzegorz Politowski, plutonowy Waldemar Sujdak, kapral Paweł Brodzikowski, kapral Paweł Szwed, starszy chorąży Andrzej Rozmiarek i kapitan Daniel Ambroziński.

Statystyka misji w Iraku wygląda dużo gorzej. Polacy byli tam od 2003 do 2008 roku. 25 zabitych. Pierwszą ofiarą misji był major Hieronim Kupczyk.

Nie wiecie, co się tu dzieje

Strach zmusza do kłamstwa. Ewa. 30 lat. Energiczna i konkretna. Cztery razy prosi, by nie podawać nazwiska. – Mama Tomka myśli, że on jest w Hiszpanii na kursie pilotażu. Nie chcieliśmy jej denerwować – tłumaczy. Tomek jest na misji w Afganistanie. Pracuje w bazie międzynarodowej jako zaopatrzeniowiec. Nie jeździ w patrolach. Nie wystawia nosa za bramę bazy. Dlatego Ewa pozwoliła mu na wyjazd. – To, co pokazują nasze media, stanowi tylko fragment rzeczywistości na misji. Informacje pojawiają się z bardzo dużym opóźnieniem albo w ogóle nie są ujawniane. Poza tym nie mówi się już: „Dzisiaj rannych zostało pięciu Polaków”. Nie mówi się, bo nikogo to nie rusza. W Iraku to była sensacja. Teraz mówienie o stratach mediom się nie opłaca. To tak jak z samolotem, który wpada do oceanu. Dziś to wielkie wydarzenie, a jutro nikt już nie pamięta – mówi Ewa.

Z drugiej strony są wojskowe gazetki pełne nowoczesnego sprzętu. Kto zna polskie wojsko wie, że to bzdura. Sprzęt jest taki, jaki jest, ale nikt nie narzeka.

Dlaczego jadą na misje? Bo chcą zarobić, sprawdzić się, przeżyć przygodę, uciec od problemów w domu. Bo chcą być bohaterami, bo takie mają ambicje, bo boją się odrzucenia przez kolegów, bo mogliby stracić pracę. Bo taki dostali rozkaz.

Polski żołnierz umiera dla Polski

Ewelina. Mieszka pod Poznaniem. Ma 29 lat. Pracuje w salonie samochodowym. W garażu mąż umieścił na kartce brystolu wielki napis: „Polski żołnierz walczy o wolność innych narodów, ale umiera tylko dla Polski” – to cytat z generała Stanisława Maczka. Ewelina wiedziała, że wyjazd na misję to tylko kwestia czasu.

– Nie prosiłam, nie płakałam, nie narzekałam. Wyszłam za żołnierza i miałam świadomość, z czym się to wiąże. Oczywiście była rozmowa przy herbacie w kuchni i pytanie – mogę jechać? Ale odpowiedź nie ma znaczenia, bo jeśli nie pojedziesz, to jesteś czarną owcą. Nie przedłużą kontraktu albo przeniosą na drugi koniec Polski.

Mąż Eweliny ma w sypialni półkę z książkami historycznymi. O legionach Józefa Piłsudskiego, zdobyciu Monte Cassino, powstaniu warszawskim. Zna historię pierwszego polskiego pułku czołgów. Dla takiego żołnierza wyjazd na misję to oczywistość. Gdy wrócił, nie bardzo było wiadomo, co z tymi pieniędzmi i ze sobą zrobić.

Ewelina: – Żołnierz wraca z misji i chce wszystkim dowodzić. Tam co dwa dni jechał na patrol, ryzykował życie, a tu trzeba warzywa kupić na targu i zapłacić za prąd. Najpierw biegał. Potem z kolegami pojechał na quady. Samochodem jeździ jak szatan. Widzę, że brakuje mu adrenaliny. To jest rozdarcie. Z jednej strony nie chcesz mieć z misjami nic wspólnego, nie chcesz opuszczać bliskich, z drugiej, jeśli już pojedziesz, nie możesz o tym zapomnieć.

Woli nie mówić o kłótniach, spaniu plecami do siebie, cichych dniach. Gdyby wiedziała, że tak to się skończy, wtedy, w kuchni, powiedziałaby „nie”.

Rodzina, ach rodzina

Żona stosuje szereg metod, aby nie pękło jej serce. Gdy nie ma dzieci, można siedzieć po godzinach w pracy. Gdy są, ciągle pytają o tatę. I wtedy serce krwawi.

– Na rodzinę nie ma co liczyć – mówi Ewelina. – Mama Michała ciągle pytała o wiadomość z Afganistanu. Nieważne, że Michał dzwonił do niej wczoraj wieczorem. Nieważne, że od tego czasu przysłał maila. Teściowa nie wierzyła, że wszystko jest w porządku. Kiedy przychodziła do mnie na herbatę, miałam sensacje żołądkowe. Ciągle mi przypominała o niebezpieczeństwie. Robiła nawet notatki z artykułów w gazetach. Żałuję, że Michał nie służy w obsłudze lotniczej, zabezpieczeniu albo batalionie łączności. Desantowców i pancerniaków biorą bardzo chętnie.

Po aferze w Nangar Khel, kiedy to sześciu żołnierzy zostało oskarżonych o strzelanie do cywilów, mama Michała zażądała nawet od syna natychmiastowego powrotu do domu. Michał tłumaczył przez telefon, że w tumanach kurzu trudno odróżnić talibańskiego partyzanta od zwykłego mężczyzny. W końcu mamie przeszło.

– Co to jest patriotyzm? – Ewelina jest zdziwiona takim pytaniem. – To jest stos bzdur. Wielokrotnie rozmawialiśmy o tym z Michałem. Według mnie ciąży na nas tradycja tych wszystkich rycerzyków z szablą, którzy szli do powstań. Głównie przegranych. Przecież powstanie warszawskie to była masakra. Francuzi mieli po wojnie Paryż w całości, a Polacy tylko zdjęcia Warszawy – mówi, szukając argumentów.

Jest za całkowitym wycofaniem się Polski z misji. – Tylko niech Pan nie mówi tego mężowi. On uważa polskie wojsko za najlepsze na świecie.

Decyzja

Marta. 35 lat. Mąż – zawodowy szeregowy. Tłumaczy, że większość kolegów Sławka (nie chce mówić kiedy służył i prosi, by zmienić imiona) to pasjonaci wojska urodzeni w mundurze. Pieniądze nie są głównym czynnikiem w podejmowaniu decyzji o wyjeździe.

– Ale gdyby nie zabezpieczenie finansowe, wielu z nich by nie pojechało. To jest ryzyko – mówi otwarcie

Do NATO z tym zabezpieczeniem jednak nam daleko. Podoficer na Zachodzie, który zajmuje się odbieraniem i nadawaniem poczty, po ślubie dostaje od armii urządzony dom. Nie mieszkanie. Dom. W Polsce na mieszkanie czeka się latami. W Stanach Zjednoczonych np., jeśli żołnierz uczy się ekonomii, to gdy pójdzie na uniwersytet, ma ekonomię zaliczoną. Służąc w armii, dostaje punkty. Dzieci albo żona mogą za te punkty za darmo się uczyć. Lekarstwa też są za darmo. Badania lekarskie jak w NASA. Jeden z żołnierzy – znający realia wojskowe za oceanem – opowiada:

– W Stanach Zjednoczonych żony żołnierzy spotykają się, pieką ciasta, pomagają innym. Tam każdy, kto ma pieniądze, pomaga. Rodzina ma w budżecie – czynsz, wodę, prąd (w mieszkaniu wojskowym płaci za to armia) i 20 dolarów dla organizacji charytatywnej. Świetnie działają też „family groups” pomagające żonie żołnierza, który ginie. Kiedyś przychodził listonosz i przynosił list z kartką: „twój mąż zginął”. Teraz przychodzi koleżanka. Amerykańską i polską armię różni też rola kapelana. Tam idzie on z żołnierzami do walki. Ma kamizelkę kuloodporną. Jest zawsze obok. Gdy żołnierz umiera, jest przy nim.

Nie ma momentu, w którym podejmuje się decyzję. To nie jest tak, że żołnierz wchodzi do kuchni i mówi „jadę”. Najpierw jest sygnał, że zbierają ekipę. Trzeba przeanalizować sytuację. Są małżeństwa, które spodziewają się dziecka. Wyjeżdża się prawie na rok. W życiu rodziny przez ten czas dużo się dzieje. Dzieci najgorzej to przeżywają. – Znam takie, które zapomniały twarzy ojca. 10 miesięcy dla dziecka to jest bardzo długo – mówi Marta.

Czy mąż jest dla niej bohaterem? Jest. Marta mówi „bohater” zdziwiona wagą tego słowa. – My, cywile, nie wiemy, co się tam dzieje. To nie są wakacje w ciepłych krajach.

Mąż – żołnierz jest jednak bohaterem tylko dla swojej żony. Sąsiedzi, znajomi, rodzina… Dla nich wszystkich mąż Marty po prostu wykonuje swoją pracę. – Szacunek dla wojskowego to już historia – ocenia Marta.

Honey stage

Mistrzami zabezpieczeń są Amerykanie. Polski żołnierz nasłucha się opowieści na wspólnych patrolach i potem opowiada zdziwionej rodzinie.

Starszy chorąży Rafał Głogowski, podoficer specjalista w Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych w Poznaniu. W wojsku od 1992 roku. Kilkanaście miesięcy przebywał na szkoleniu dla oficerów piechoty w Stanach Zjednoczonych. Żona Anna. Pracownik ZUS.

– Amerykanie często pytali, czy nasze kobiety golą sobie nogi i pachy. Albo czy mamy Internet. Odpowiadałem zawsze zdziwiony „Internet”? Gdy porównuję armię polską i amerykańską, to oni narzekają i my narzekamy. Oni narzekają na brak najnowocześniejszego sprzętu i biurokrację, i my narzekamy na brak najnowocześniejszego sprzętu i biurokrację. Żołnierze, których poznałem, mieli za sobą po siedemnaście, dwadzieścia lat służby. Byli wszędzie. Panama, Irak, Afganistan. Ponieważ wśród żołnierzy jest bardzo dużo rozwodów, po powrocie z misji armia płaci rodzinie żołnierza za odpoczynek w kurorcie. Kiedy wróciłem ze Stanów do żony, wiedziałem, że przez dwa tygodnie będzie miło i przyjemnie. Oni to nazywają „honey stage”. Miodowy okres. Ale przecież miesiącami ja żyłem sam i żona z córką żyły same.

Rozmowa niekontrolowana

O życiu w samotności opowiada Małgosia z małego miasta na północy Wielkopolski. Również prosi o anonimowość, bo „o misjach może opowiadać tylko biuro prasowe MON”. Zarobki, miejsce służby i jej czas to tajemnica wojskowa. Mąż Małgosi jest pilotem w stopniu porucznika.

– Ciągle trzeba się uczyć. Na początku zaznaczałam dni w kalendarzu. To był poważny błąd. Nie wolno myśleć o tym, ile to będzie trwało. Trzeba żyć z myślą, że „tak trzeba”. Potem człowiek uczy się sam załatwiać wszelkie sprawy. Rozmawiając 10 minut dziennie przez telefon, nie można omówić wszystkich poważnych problemów. A kiedy żołnierz wraca do domu, znów trzeba się uczyć życia razem – mówi.

Oczywiście wojsko robi wszystko, by więzi rodzinne nie zostały zerwane. Armia zapewnia 10 minut dziennie rozmów na telefon stacjonarny i 5 minut na komórkę. Na jeden, podany wcześniej, numer. W bazie międzynarodowej jest Internet bezprzewodowy. Żołnierz leży z laptopem na łóżku i rozmawia z dziećmi przez Skypa.

– Ale wiadomo, że jak się mieszka razem, to są wspólne problemy. A na odległość… Dlatego cały czas słyszałam, jak bardzo mnie kocha – mówi Marta.

Są też sklepy, żeby żołnierz czuł się jak w domu. Nie wolno iść na zakupy poza bramę, można kupić pamiątki w sklepach na terenie bazy. Czasami miejscowi handlarze są wpuszczani do środka na tzw. targ wewnętrzny.

Małgosia: – Rozłąka wzmacnia związek. Gdy człowiek tęskni, uświadamia sobie, że kocha tę drugą osobę, wyraźniej też dostrzega, co w związku jest złego. I to można poprawić. Ale ten czas jest najgorszy. Nie wolno o nim myśleć.

Polak Amerykanin dwa bratanki

Starszy chorąży Rafał Głogowski: Polski żołnierz radzi sobie w każdej sytuacji. Amerykański myśli tak: nie ma procedury, nie robimy. Nie ma części, nie naprawiamy, nieważne, że obok stoją dwa takie same samochody i można z nich złożyć trzeci. Amerykanie bardzo mocno za to dbają o flagę. W nocy wisząca flaga musi być podświetlona. Jeśli dotknie ziemi, to trzeba ją spalić. My mieliśmy kiedyś propagandę za komuny. Ta komunistyczna była gorsza niż dzisiejsza amerykańska, bo nikt w nią nie wierzył. W amerykańską uwierzyli wszyscy. Wsiadam do samolotu, razem ze mną trzech amerykańskich żołnierzy w mundurach. Stewardesa mówi przez głośniki: „Powitajmy naszych bohaterów narodowych”. Ludzie biją brawo.

Kiedy szedłem ulicą w mundurze, to ludzie podchodzili i mówili: „Dziękuję, że pomagasz naszym żołnierzom walczyć z terroryzmem”. Najbardziej w propagandę wierzą sami żołnierze. Idą do wojska, „bo ojczyzna ich potrzebuje”. A polscy? Mogę mówić za siebie. Poszedłem, bo nie miałem co zrobić z życiem. Jak to się mówi: „wojsko uratowało mi życie”. Patriotyzm? Gdyby ojczyzna mnie potrzebowała, pójdę walczyć. Zrozumiałem, co to jest patriotyzm, patrząc na Amerykanów. Nikt nie pluje na kraj, nikt nie mówi, że trzeba wyjechać, że nie ma możliwości. Nikt nie powie, że ojczyzna to nic.

Zła wiadomość

Żadna z żon nie myśli o najgorszym.

Małgosia: – W pierwszej chwili człowiek się denerwuje. Zawsze po informacji o wypadku mówię sobie, że to nie musi być ta baza, niekoniecznie to musi być ta osoba. Czekam na telefon od męża. Nieraz rozważaliśmy zmianę jego zawodu. Szczególnie kiedy zbierają ekipę. Gdyby była możliwość przejścia do lotnictwa cywilnego… To byłoby bardziej wykonalne niż zmiana zawodu np. na nauczyciela. Mąż jednak jest bardzo związany z wojskiem. Osoby, które tam idą… Ciągnie ich… Dla nich ważny jest patriotyzm i ojczyzna. Wiadomo. Łatwiej się broni ojczyzny, kiedy ona jest zagrożona. A kiedy jedzie się na misję, to broni się ludzi, których się nie zna i o których nic się nie wie.

Zmiana pracy? – dziwię się. W wojsku przecież jest wikt i opierunek, i praca do emerytury. Małgorzata szybko wyprowadza mnie z błędu: – To już nie jest tak jak kiedyś. Dzisiaj są kontrakty. I kryzys finansowy. Jeśli kontrakt się skończy i nie ma miejsca na to stanowisko, wylatujesz albo zostajesz przeniesiony. Dobrze, że płacą jeszcze regularnie, ale bywają jednostki, w których nie wypłaca się dodatków socjalnych.

Mitem jest też przekonanie, że to żołnierz podejmuje decyzję o wyjeździe. Decyzja jest dawno podjęta. – Jeśli z danej jednostki jadą żołnierze, to jest logiczne, że wcześniej czy później pojedziesz i ty. Wybierasz jedynie termin. Chociaż tyle. Wiesz, że urodzi się dziecko – nie jedziesz. Odchowasz dziecko – możesz się zdecydować. Pojechać musisz zawsze. Wezmą to pod uwagę przy przedłużaniu kontraktu – tłumaczy Małgorzata.

Służba to służba

Dla Małgosi patriotyzm to ważne słowo. Ale postrzega je inaczej niż żołnierz. Patriotyzm Marty to posprzątane ulice, uczciwe płacenie podatków czy chodzenie na wybory. Nie wie tylko, jak połączyć patriotyzm z wyjazdami na misje. – Może chodzi o obronę drugiego człowieka? – pyta retorycznie.

Do rozmowy włącza się mama Małgosi. W skali od jeden do dziesięciu o zięcia boi się „na siódemkę”. – Oglądam wiadomości. Śledzę doniesienia. Jestem zdania, że z Afganistanu powinniśmy się wycofać jak najszybciej. Jeśli chodzi o decyzję zięcia… To nie jest jego widzimisię. To jest służba. Nie robi tego wbrew sobie.

Gdy pytam, czy zięć jest bohaterem, chwilę się zastanawia. Czy my w ogóle mamy jeszcze jakichś bohaterów?

O zięcia boję się na siódemkę
Piotr Miedzianowski

urodzony w 1980 r. – absolwent kulturoznawstwa na WSNHiD, dziennikarz, współtwórca portalu internetowego dla maturzystów.Żonaty, mieszka w Poznaniu....